Miłość romantyczna: jaki mamy z nią kłopot i czy bliskość bez niej jest możliwa?

Tomasz Szlendak, socjolog: Wszystko się zmieniło, za wyjątkiem obyczaju. Brakuje nowej formy wiążącej nas w stałe pary, w miejsce miłości romantycznej, która nie ma już prawa skutecznie działać.
Czyta się kilka minut
// Ilustracja: Paper Trident / Adobe Stock
// Ilustracja: Paper Trident / Adobe Stock

Katarzyna Kubisiowska: Słowa przysięgi małżeńskiej: „i nie opuszczę cię aż do śmierci” mają jeszcze moc?

Tomasz Szlendak: A wie pani, że to Kościół katolicki był pierwszą instytucją, która w Europie akceptowała tzw. małżeństwo z miłości? Para, której nie uznawały rodziny, mogła uciec do świątyni, gdzie udzielano jej sakramentu małżeństwa. Mieli tylko zadeklarować, że nie wyobrażają sobie życia bez siebie.

I to jest właśnie podstawowy składnik miłości romantycznej?

To jest ta miłość, w której my decydujemy, z kim chcemy żyć. Kluczowa jest tu wolna wola. Ale proszę też mieć na uwadze, że małżeństwo zostało wymyślone wtedy, kiedy średnia długość jego trwania mogła wynosić maksymalnie 15 lat. Jakość życia, choćby w państwach europejskich, była dalece niższa niż dzisiaj. Przeciętny mężczyzna brytyjski jeszcze na początku XX w. żył mniej więcej 42 lata, w związku z czym perspektywa małżeństwa aż po grób nie wydawała się nierealistyczna. Dla porównania: dziś kobiety żyją plus minus 80 lat, a mężczyźni krócej o osiem.

Czyli długość życia warunkuje trwałość małżeństwa?

Oraz procesy emancypacyjne, których beneficjentami nie są kobiety, lecz mężczyźni...

Słucham?

Bez wątpienia kobiety przeszły zbiorowy awans społeczny: zdobywają wyższe wykształcenie, co łączy się z ich bardziej prestiżowymi zawodami, statusem, zarobkami. Kobiety na procesach emancypacyjnych coś więc zyskały, poza tym jednym: w większości przypadków marzą o miłości romantycznej, a nie mają jej z kim realizować.

Dlaczego?

Problem w tym, że wysokojakościowi mężczyźni z klasy średniej, którzy mogliby być partnerami dla kobiet, nie chcą się angażować w związki. Lub wykazują tendencję do przedłużania okresu, w którym eksperymentują na rynku matrymonialnym, traktowanym, mówiąc brutalnie, jako ten z usługami seksualnymi.

Ale dlaczego nie chcą się angażować?

Nie chcą brać odpowiedzialności, inwestować w związek, z którego biorą się dzieci, a na nie trzeba przecież łożyć. Na przykład Szwedki mogą spokojnie wychowywać swoje dzieci w układzie jednoosobowym, w gospodarstwie domowym wspieranym wyłącznie przez państwo i bez obecności mężczyzny.

A Polki?

Nadal nie mają takiego komfortu. Do opieki nad dzieckiem i do zapewnienia mu odpowiednich zasobów potrzeba u nas dwojga. I chociaż wiemy, że od dziesięciu lat około 20 proc. dzieci w Polsce nie przychodzi na świat w małżeństwach, to nadal rodzą je kobiety w stałych związkach, a nie singielki.

A ten „wysokojakościowy” mężczyzna to dawny książę z bajki?

Wykształcony, dobrze zarabiający, pochodzący z odpowiedniego domu i z pozycją społeczną.

Na przykład prezes banku?

Niekoniecznie. To powinien być mężczyzna z ambicjami i rokujący. Taki, który za 20 lat może zostać tym prezesem, albo co najmniej znaleźć się w środku machiny bankowej.

I to dla kobiet ma być magnesem?

Ten typ na pewno jest poszukiwany. Wyemancypowane kobiety na rynku pracy są coraz bardziej równe wysokojakościowym mężczyznom. Luka płacowa w Polsce wynosi obecnie zaledwie 7 proc. O tyle mniej zarabiają kobiety na tych samych stanowiskach co mężczyźni. W związku z tym stawiają im coraz wyższą poprzeczkę. Wykształcona, pnąca się po szczeblach kariery kobieta będzie szukała mężczyzny przynajmniej równie sprawnego ekonomicznie i społecznie, co ona.

To dlaczego ci wysokojakościowi mężczyźni nie chcą się angażować w relacje z wysokojakościowymi kobietami?

Zmienił się kulturowy układ. Porównajmy dzisiejszą sytuację z początkiem wieku XIX. Wtedy mężczyźni uzyskiwali status właśnie poprzez małżeństwo. Bez żony i dzieci nie mogło być mowy o pozycji mężczyzny na poziomie. Dlatego mężczyźni dążyli do tego, by rodziny zakładać.

Przed wojną zawodowy wojskowy, by wziąć ślub, musiał uzyskać zgodę od przełożonego, który decydował, czy ów żołnierz jest wystarczająco odpowiedzialny, by zostać głową rodziny.

A dziś nierówności społeczne i ekonomiczne między mężczyznami są statystycznie daleko większe niż te w obrębie populacji kobiet. Inaczej mówiąc, ok. 30 proc. mężczyzn pozostaje na marginesie: nie posiadają cech poszukiwanych na rynku matrymonialnym. Lokują się na drugim biegunie wysokojakościowego mężczyzny. Rzecz jasna, z nimi też współczesna kobieta nie może zbudować związku, bo zwyczajnie są dla niej niewidzialni.

Gdzie więc lokują się wykształceni, dobrze prosperujący mężczyźni, którym jednak w pewnym momencie powinęła się noga i stracili finansową płynność?

Proszę spojrzeć na wyrwy, które zrobiły rozmaite momenty historyczne, w tym tak istotne jak polski Czerwiec 1989 r. Po pierwsze, zmienił się status mężczyzny, który przez kilkadziesiąt lat w PRL dawał gwarancję sukcesu na rynku matrymonialnym. Nawet bycie robotnikiem wykwalifikowanym czy szefem zmiany umożliwiało raczej bezproblemowe znalezienie pary. To samo dotyczy kobiet, które migrowały ze wsi do większych miast, by zasilić zakłady przemysłowe.

A po drugie?

Transformacja ustrojowa nałożyła się na zmiany w obrębie systemu pracy, bardzo silnie związane z postępem technologicznym. Zmienił się więc świat i rozregulowały się zasady jego funkcjonowania. Część mężczyzn technologia wypchnęła z rynku pracy albo sprawiła, że zajmują dziś niskie pozycje. Upadło wiele przedsiębiorstw, a mężczyźni często nie potrafią sobie poradzić w nowych okolicznościach. Przekazują wzorzec nieradzenia sobie własnym synom, co mocno wpływa na nowy typ męskości dającej się zaobserwować w pokoleniu dzisiejszych 20- i 30-latków.

Tak łatwo dziedziczy się bezradność?

Owszem, rozumianą jako pasywność i wycofanie.

Na to samo wychodzi.

Można te cechy zestawić z silnym kapitalizmem w swojej rozwojowej fazie w USA lat 60. Wtedy obowiązywał wzorzec self-made mana – kogoś, kto dobrze sobie radzi na wolnym rynku. I ten wzorzec był przekazywany z ojca na syna. U nas to się pozrywało. Ojcowie nie dysponowali wzorcami, które mogłyby się przydać ich synom w nowych, kapitalistycznych okolicznościach.

Chodzi tu wyłącznie o ekonomię?

Niektóre kobiety mają za sobą doświadczenie trwałych związków, które niejednokrotnie, nawet przy ich wysokiej pozycji społecznej i zasobach, powodowały, że to głównie one musiały wysilać się w domu przy garach. Przez kolejne dekady sprawowały funkcje opiekuńcze zarówno nad dziećmi, jak i nad partnerami, a po drodze też rodzicami i teściami.

Badania pokazują, że we Francji kobiety w wieku 55+, kiedy dzieci wyprowadzają się z domu, coraz częściej decydują się na rozstanie z mężem i zaczynają żyć po swojemu. Mają za sobą etap, do którego już nie chcą wracać. Mówią, że co jak co, ale nie wrócą już do trwałego związku, który, choć był oparty na miłości romantycznej, sprowadził się do niebotycznej liczby obowiązków.

Te Francuzki można spotkać np. w Maroku, w towarzystwie młodszych mężczyzn. W ten sposób spędzają tam wakacje: one czerpią korzyści towarzysko-seksualne, oni – materialne.

To jeden ze sposobów podnoszenia samooceny w związku z młodszym mężczyzną.

Przez finansową transakcję?

W turbokapitalizmie to transakcja jak każda inna. Wytworzył on konsumentów, którzy mają wysokie oczekiwania. Nie tylko w ramach kupna czy usług, ale w każdej innej sferze życia, od religii po dobrostan psychiczny. Istnieje twarde oczekiwanie, że towar będzie spełniał warunki, które postawił konsument. Jeśli tak się nie dzieje, a towar jest wybrakowany, to konsument wpada w gniew i frustrację. Mało tego: jest przekonany, że do tego gniewu ma prawo.

I ta kapitalistyczna postawa przekłada się na związki międzyludzkie?

Partnerów i partnerek poszukuje się dziś na podobnych zasadach. Mają spełniać określone warunki. Co więcej, te warunki się mnożą i mnożą. On ma być wysportowany, zdecydowany, ale też wrażliwy, empatyczny. Kobiety mają coraz więcej wymagań wobec potencjalnych partnerów długoterminowych. I to jest też odpowiedź na pytanie, dlaczego mężczyźni unikają trwałych związków.

Proponuję nazwać po imieniu: boją się.

Jeśli ktoś na rynku matrymonialnym randkuje bezskutecznie, dostrzegając, że kolejnym potencjalnym partnerom czegoś brakuje, to z czasem wpada w gniew, a potem w nienawiść do całej kategorii. Ta konsumencka postawa mocno się przekłada na nieskuteczność poszukiwań. Zaczynamy się zachowywać, jakbyśmy przechadzali się po wielkim sieciowym sklepie, w którym ludzie umieszczają swoje profile, a my decydujemy, który z tych profili nam najbardziej odpowiada. I ten wybrany wkładamy do koszyczka.

To zasada działania aplikacji randkowych.

W Polsce na co dzień używa ich 2,5 mln ludzi. Korzystają z nich osoby między 18. a 44. rokiem życia. Powszedniość używania aplikacji maleje więc z wiekiem, ale nie spada do zera.

Kłopot pojawia się w momencie, kiedy ludzie, którzy poznali się w internecie, spotkają się oko w oko: usłyszą swój głos, poczują zapach, zobaczą, kto jak się porusza. I pojawia się problem wynikający ze zderzenia profilu z realem.

Wyobrażenie o sobie przegrywa z realnością?

No bo kto na profilu randkowym przedstawia się w złym świetle? To ma być zachęta, wizytówka. Trzeba przyciągnąć uwagę i poruszyć kogoś na tyle, by zechciał nawiązać kontakt. W ten sposób ludzie wybierają w nieskończoność, cały czas licząc, że znajdą kogoś lepszego. Profile zlewają się w jedną, wielką, szarą kałużę. W socjologii mówi się, że to aplikacje do niewybierania. Ich celem nie jest łączenie ludzi w związki, tylko utrzymywanie ich w stanie samotności. Sprzyja to powrotom do aplikacji i do niekończących się poszukiwań ideału.

Czyli aplikacje randkowe nie mają sprawczości swatki?

Swatka działała dawniej na ograniczonym terytorium, np. w parafii. Posiadała wyjątkową wiedzę dotyczącą tego, kim są ludzie, co robią, z jakiej pochodzą rodziny, czym się cechują, jakie mają rysy osobowości i kogo z kim można połączyć na tyle skutecznie, by nie było strat po żadnej ze stron.

A dziś w aplikacji możemy jednym pociągnięciem palca rozszerzać promień naszego rażenia do 50 km od miejsca zamieszkania. Ba, na cały kontynent.

Co jest mało praktyczne.

Przez większość naszej historii funkcjonowaliśmy w świecie, w którym związki były aranżowane przez kogoś z zewnątrz. Jak nie rodzice, to właśnie swatki. Były też one trwalsze z powodów religijnych. Na Zachodzie instytucja małżeństwa niekoniecznie musiała zawierać komponent uczuciowy. Albo jeszcze inaczej: emocje, intymność, bliskość, pojawiały się na późniejszych etapach. Historia społeczna pokazuje, że sporo związków zaaranżowanych okazywało się udanymi.

Więc to ma sens?

A nawet pewną przyszłość. W tym wielkim zamieszaniu, zagonieniu, braku czasu na spotkanie i poznanie drugiego człowieka, będą powstawać poważne firmy – zatrudniające psychiatrów i seksuologów – zajmujące się tym, czym kiedyś swatki. Ma się rozumieć, będzie to oferta dla klasy średniej i możnych tego świata. W sumie to ogólna tendencja: jak grzyby po deszczu powstają zawody nastawione na nasz dobrostan. Nie jesteśmy w stanie sobie sami z problemem poradzić, więc rozwiązywanie kłopotów przerzucamy na instancje zewnętrzne.

W Pana książce „Miłość nie istnieje” zaznaczyłam frapujący fragment, w którym powołuje się Pan na socjologa Erica Andersona. Twierdzi on, że zdrada w wykonaniu mężczyzn jest racjonalną odpowiedzią na irracjonalne oczekiwania związane z monogamią seksualną.

Anderson idzie jeszcze dalej i mówi, że monogamia rozumiana jako seksualna wyłączność jest społecznie wymuszana i jako taka wyrządza krzywdę wielu ludziom i związkom.

Pełna brawura.

Monogamia odegrała jedną z kluczowych ról w ewolucji Homo sapiens. Pojawienie się monogamicznych par nakierowanych na opiekę nad dziećmi – bo to jest tu kluczowe – zaowocowało szeroką współpracą między rodzinami. Wiązanie się w długotrwałe pary przesądziło o budowaniu złożonych sieci relacji społecznych, wymagających rozwinięcia inteligencji społecznej.

Czyli monogamia jest wbrew ludzkiej naturze?

Tylko ta rozumiana jako seksualna wyłączność. Panuje przekonanie, powtarzane też przez uczonych badających niewierność, że do seksu poza parą motywuje ludzi głównie brak zadowolenia z obecnego związku i chęć znalezienia atrakcyjniejszego partnera. W rzeczywistości spektrum motywacji jest szersze. Ludzie mogą czerpać satysfakcję ze związków, a mimo to angażują się w poboczne przygody seksualne. O poziomie satysfakcji z obecnej relacji decyduje przyjaźń z partnerem, a nie seks, który z czasem mógł zejść na dalszy plan. Do zdrady może zatem prowadzić brak seksu.

Z badań przywołanych w książce jasno wynika, że Polki i Polacy zdradzają się na potęgę.

Miłość romantyczna składa się z kilku części pierwszych. To intymność, namiętność i zaangażowanie, które wzorzec tej miłości nakazuje realizować z jedną i tą samą osobą. A one nie muszą być realizowane z jedną osobą. Możemy te poszczególne komponenty realizować z innymi osobami. I to właśnie seks pierwszy oddzielił się od maszynerii miłości romantycznej. Nagle okazało się – w Europie mniej więcej w czasach kontrkultury końca lat 60., a w Polsce gwałtownie po transformacji – że można go uprawiać przed, w trakcie i obok związku.

To nie hedonizm?

Raczej próba odnalezienia się w nowym świecie, w którym wszystko się zmieniło, za wyjątkiem obyczaju. Brakuje jakiejś nowej formy wiążącej nas w stałe pary, w miejsce miłości romantycznej, która nie ma prawa w tych zmienionych okolicznościach skutecznie działać. Ale wciąż istnieje tęsknota za tym modelem, w dużej mierze przy niemożności jego realizacji.

A wpływ pornografii na jakość relacji międzyludzkich?

Pornografia umożliwia sporej grupie mężczyzn unikanie wchodzenia na rynek matrymonialny. Bo specyfika męskiej seksualności dalece różni się od kobiecej. Mężczyźni mogą zaspokoić swoje potrzeby seksualne w zaciszu domowym z dwuwymiarowym obrazem. Natomiast większość kobiet nie jest w stanie tego zrobić, ponieważ do podniecenia nie wystarczy im zdjęcie mężczyzny. Przeważnie potrzebują licznych bodźców, odpowiedniego kontekstu, otoczenia, anturażu. Więc mężczyźni, zwłaszcza ci młodzi, wycofujący się z realnych konkurów o partnerki, poprzestają na pornografii, do której mają teraz nieograniczony dostęp. Efekt jest taki, że prawie 30 proc. amerykańskich mężczyzn do 29. roku życia nie miało żadnych kontaktów intymnych z kobietami w ciągu ostatniego roku.

A polscy mężczyźni?

Dysponujemy wynikami badań, z których wynika, że młodzi Polacy nagminnie z niej korzystają. Co zapewne w dużym stopniu osłabia ich chęć wchodzenia w kontakty z kobietami.

Nasuwa się pytanie o starość ludzi, którzy nie tworzą stałych związków.

Będziemy musieli przywyknąć do świata, w którym potrzeba bliskości nie jest już zabezpieczana przez romantyczną bajkę. I sądzę, że dojdzie do racjonalizacji zaspokajania tej potrzeby bliskości. Ona przecież nie zniknie. Może będą powstawać domy spokojnej starości, ale rozumiane jako rodzaj komun. Zamieszkają tam ludzie, którzy zdecydują się żyć razem na ostatnich etapach życia po to, by się wspierać. W takich okolicznościach będą się tworzyć bliskie relacje, ale niekoniecznie realizowane w parze.

Tomasz Szlendak // Fot. Archiwum prywatne

TOMASZ SZLENDAK (ur. 1974) jest socjologiem. Prof. dr hab. na Wydziale Filozofii i Nauk Społecznych UMK. Bada przemiany obyczajów, praktyki kulturalne, praktyki socjalizacyjne i relacje między płciami. Wydał m.in. „Leniwe maskotki, rekiny na smyczy. W co kultura konsumpcyjna przemieniła mężczyzn i kobiety”, „Socjologia rodziny. Ewolucja. Historia. Zróżnicowanie”, „Nowe praktyki kulturowe Polaków. Megaceremoniały i subświaty” (z Krzysztofem Olechnickim). Ostatnio w Znaku ukazała się jego nowa książka: „Miłość nie istnieje. Związki, randki i życie solo w XXI wieku”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 40/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Bliskość bez bajki