Dziecko jako dobro luksusowe, czyli historia dzieciństwa w Polsce

Kiedyś śmierć dziecka, choć była dramatem, traktowana była jako coś „zwyczajnego”. Dziś, mimo najlepszej opieki w historii, mamy ich coraz mniej.
Czyta się kilka minut
Plac zabaw w Łodzi, styczeń 2024 r. // Fot. Marcin Stępień / Agencja Wyborcza.pl
Plac zabaw w Łodzi, styczeń 2024 r. // Fot. Marcin Stępień / Agencja Wyborcza.pl

O globalnej popularności Bożego Narodzenia nie decydują wyłącznie względy religijne – święta te są dziś częściej okazją do organizacji światowego festiwalu konsumpcji, podczas którego na pewien czas na pierwszy plan wysuwają się dzieci

Szeroko rozumiana oferta świąteczna adresowana jest w dużym stopniu właśnie do nich, a najbardziej kultowy film, który od lat niezmiennie zbiera „na gwiazdkę” ponad trzymilionową widownię, opowiada historię chłopca, który został podczas świąt sam w domu.

Polska liderem wypalenia rodzicielskiego

Zanim Kevin zagości u nas ponownie, warto nieco bliżej przyjrzeć się dzieciom, ich miejscu w rzeczywistości społecznej oraz roli, jaką odgrywały, odgrywają i mogą odgrywać w przyszłości. Temat wydaje się ważny zwłaszcza z perspektywy Polski, która mierzy się z jednym z najniższych współczynników dzietności (1,099 na kobietę) nie tylko w Europie, ale i na świecie.

Jeszcze w czasach wyżu demograficznego lat 80. minionego stulecia dzieci w wieku 0-6 lat stanowiły ok. 10 proc. populacji naszego kraju. Dziś to mniej niż 5 proc. – z coraz gorszymi prognozami. Kiedy pytam swoich studentów, czyli osoby, które statystycznie za kilka lat powinny zostać rodzicami, o ich doświadczenia w kontaktach z dziećmi (choćby w dalszej rodzinie), często zapada milczenie. Zachowując wszelkie proporcje, ludzie w najmłodszym wieku stają się gatunkiem zagrożonym wyginięciem.

Z drugiej strony, analizując materiały ukazujące się w ostatnich latach w wielu polskich mediach, można odnieść wrażenie, że dzieciaki, choć nieliczne, są gatunkiem niebezpiecznym dla rodziców. „Dzieci odebrały im radość życia”. „Jak wielu rodziców żałuje posiadania dzieci?”, „Bezdzietni z wyboru nie żałują swojej decyzji” – to tylko wybrane przykłady tytułów publikacji. 

Można oczywiście utyskiwać, iż w obecnej sytuacji demograficznej publikowanie takich artykułów jest przejawem nieodpowiedzialności, ale nie można ignorować faktu, że skoro takie teksty się pojawiają, to znaczy, że musi być na nie popyt i muszą odzwierciedlać jakiś problem.

I rzeczywiście – polscy rodzice są jednymi z globalnych liderów (obok USA i Belgii) wypalenia rodzicielskiego. Według szerokich badań z lat 2018-2019, przeprowadzonych w 42 krajach, ryzyko takiego zjawiska jest w Polsce pięć razy wyższe niż w krajach spoza Zachodu. 

Dotyka ono jednej na dziesięć matek dzieci do 5. roku życia. Mało tego, 13 proc. polskich matek (niemal dwa razy więcej niż w Niemczech) deklaruje wręcz, że żałuje posiadania dzieci. Analizując wyniki tych i innych badań, jak też zasłyszane tu i ówdzie opowieści o stygmatyzowaniu matek z dziećmi (mają być rzekomo hałaśliwe i niegrzeczne) w przestrzeni publicznej, można by pomyśleć, iż dzieci są w jakimś sensie „złem koniecznym”.

Co Jezus Chrystus mówił o dzieciach

Nim przejdę do nieco szerszej analizy współczesności, warto na chwilę wrócić do wydarzeń sprzed 2000 lat, które stały się inspiracją do dzisiejszego świętowania. Jak to się dzieje, że w kraju, w którym dzieci niekoniecznie są wszędzie mile widziane, nadal tak wielkimi uczuciami obdarzamy Boże Narodzenie i gromadząc się wokół żłóbka, śpiewamy z serca „Oj, maluśki”?

Historia narodzin oraz dzieciństwa Jezusa jest absolutnie wyjątkowa i do dziś budzi niezwykle silne emocje – zarówno pozytywne, jak i negatywne. Jedni rozczulają się nad małą dzieciną narodzoną w zimnym żłobie, nieraz w iście infantylnym (nomen omen) stylu. Dla innych z kolei pomysł, żeby Bóg mógł stać się człowiekiem i przyjąć ciało małego dziecka, jawi się jako skrajna aberracja. Jeszcze inni, próbując jakoś pogodzić ten tygiel emocji, świętują X-mas, choć nawet usunięcie słowa „Chrystus” zasadniczo nie zmienia dziecięcej atmosfery świąt.

Nie jestem ani historykiem starożytności, ani biblistą, pozostaje mi zatem zdać się na opinie badaczy, którzy wskazują, że epicka opowieść z Betlejem niekoniecznie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Choć nie negują oni historyczności samego Jezusa, to dość jednoznacznie wskazują, że opowieść zapisana w Ewangelii wedł­ug św. Łukasza niespecjalnie trzyma się faktów, które dziś możemy z dość dużą dokładnością odtworzyć. 

Pomijam już sam wątek rodowodu Jezusa, który różni się w opisach Mateusza i Łukasza, ale nawet szczegółowe opisy historyczne dotyczące spisu powszechnego i panujących wówczas władców, które w zamyśle autorów prawdopodobnie miały nadawać tekstowi przymiot autentyczności, są zwyczajnie błędne. 

Zresztą najstarsza Ewangelia, której autorstwo przypisuje się św. Markowi, uczniowi św. Piotra, i która stanowiła punkt odniesienia dla kolejnych wersji opisu życia Jezusa, zupełnie pomija okres jego dzieciństwa. Został on dołożony później (zapewne dopiero w II w.), choć zdaje się, że już sam Jezus, a później Jego uczniowie, w dość rewolucyjny sposób podchodzili do dzieci.

Jeśli bowiem przyjrzymy się społecznemu statusowi najmłodszych w tamtych czasach (zresztą ta sytuacja nie zmieniła się w zasadzie aż do początków XX w.), był on relatywnie niski. Dzieci żadną miarą nie były traktowane w sposób podmiotowy i nie dysponowały żadnymi prawami.

Tak często umierały, że lepiej było ich nie kochać

Co prawda szczegółowy zapis wyjątkowych okoliczności narodzin Jezusa (gwiazda na wschodzie, mędrcy etc. ) nie różni się od występujących w starożytności opisów przyjścia na świat królów czy innych wybitnych postaci, ale już skupienie się na dziecku jako podmiocie stanowiło pewne novum

Jeszcze większą nowością była jednak zapisana na kartach Ewangelii historia zagubienia 12-letniego Jezusa, jak również późniejsze fragmenty, w których ewangeliści wprost wspominają o relacjach Jezusa z dziećmi. Podobną nowością były liczne apokryfy, opisujące okres dzieciństwa Jezusa (choćby Ewangelia Dzieciństwa Tomasza, ukazująca życie Chrystusa w wieku od 5 do 12 lat).

Wcześniej najmłodsi nie pojawiali się w tekstach starożytnych ani jako główni aktorzy, ani nawet jako tło, chyba że jako dziedzice majątku. Tymczasem Jezus mówi: „Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.  Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje” (Mt 18, 3-5).

Autor Ewangelii, który to zdanie przytacza, dokonuje wyraźnego przekroczenia obowiązujących norm. W jakimś sensie transgresja ta stanowi jedną z największych rewolucji społecznych, jakie znajdziemy nie tylko na kartach Nowego Testamentu, ale w całej wczesnochrześcijańskiej kulturze.

Rewolucji, dodajmy, która niespecjalnie się przyjęła, z dość łatwo zrozumiałych powodów. Aż do połowy XX w. duża część dzieci (w średniowieczu nawet do 40 proc.) nie dożywała wieku pełnoletniego, umierając najczęściej w pierwszych latach życia z powodu komplikacji okołoporodowych, braku higieny, chorób zakaźnych czy niedożywienia. Śmierć dziecka, jakkolwiek zawsze stanowiąca rodzinną tragedię, była więc traktowana jako coś „zwyczajnego”. Dzieci po prostu umierały.

Doświadczenie to miało bardzo konkretne konsekwencje społeczne – aby jakoś poradzić sobie z tą traumą, rodzice starali się nie tworzyć zbyt silnych więzi emocjonalnych z najmłodszymi potomkami – Jan Kochanowski rozpaczający nad śmiercią trzyletniej córki Urszuli stanowił tu osobliwy wyjątek. Zwykli ludzie nie mogli sobie pozwolić na taki rodzaj przywiązania.

Skutkowało to jednocześnie większą swobodą w podejściu do opieki nad najmniejszymi z nas. Tzw. helicopter parenting, nieustannie ingerujący w każdy aspekt codzienności dziecka, byłby dla naszych przodków czymś absolutnie dziwacznym. Dziecko było warte poważniejszej uwagi, kiedy uzyskiwało zdolność do pracy.

Nawet w domach szlacheckich czy bogatego mieszczaństwa, gdzie dzieci cieszyły się statusem dziedziców, opieka nad nimi była powierzana osobom trzecim. Dopiero w XIX w. zaczęły się pojawiać, głównie w kulturze mieszczańskiej, elementy „dzieciocentryczne”, jak oddzielne pokoje w mieszkaniach, ale wciąż stanowiły margines. Ponadto akurat polskie społeczeństwo w większości ma chłopskie korzenie. Pomysł, żeby traktować Boże Narodzenie jako wyjątkowy czas z dziećmi i dla dzieci, spotkałby się w tych rodzinach ze zdumieniem.

Prawa dzieci mają zaledwie sto lat

Miejsce i rola dzieci w społeczeństwie zaczęły się wyraźnie zmieniać dopiero w XX w. wraz z dwoma procesami – urbanizacją i przyjmowaniem bardziej miejskiego stylu życia z jednej strony, a z drugiej – radykalnym ograniczeniem śmiertelności wśród dzieci. W 1924 r. uchwalona została Deklaracja Genewska Praw Dziecka, którą 35 lat później, w 1959 r., rozwinięto do postaci Deklaracji Praw Dziecka ONZ. 

Ważnym elementem tego procesu było powołanie do życia w 1946 r. Funduszu Narodów Zjednoczonych na rzecz Dzieci (UNICEF), którego inicjatorem i pierwszym dyrektorem generalnym był Polak, Ludwik Rajchman.  Symbolicznym zwieńczeniem tej historii stało się przyjęcie przez Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych w 1989 r. Konwencji o prawach dziecka.

Okres po II wojnie światowej to stosunkowo krótki czas w historii ludzkości, kiedy dzieci zostały wyniesione na piedestał, a przynajmniej można odnieść takie wrażenie, obserwując rzeczywistość społeczną, polityczną czy gospodarczą. Nie sposób wykluczyć, że globalna kariera Bożego Narodzenia, wraz z jego dzieciocentryczną perspektywą, jest pochodną tego procesu. Paradoksalnie jednak (a może wcale nie?) emancypacji dzieci towarzyszy globalne zjawisko spadku współczynnika dzietności. Traktujemy najmłodszych prawdopodobnie najlepiej w historii, ale jednocześnie jest ich coraz mniej.

W trzeciej dekadzie XXI w. dzieci, zwłaszcza w krajach rozwiniętych, stały się „dobrem rzadkim”, a nawet „dobrem luksusowym”. Spełnienie wszystkich społecznych oczekiwań wobec rodzicielstwa wiąże się z koniecznością ponoszenia dużych nakładów na proces wychowania dziecka, których osoby mniej zamożne często nie są w stanie unieść. Stąd też wielodzietność, która zwyczajowo kojarzona była z ubogimi rodzinami, dziś coraz częściej staje się domeną bogatej klasy średniej i wyższej.

Zmiana, którą obserwujemy, ma konsekwencje. Dopiero co za sprawą m.in. systemów ubezpieczeń społecznych uwolniliśmy się od konieczności posiadania dużej liczby potomstwa (gwarantującego niegdyś opiekę na starość), a już stajemy w obliczu sytuacji, w której wspomniane systemy bez dzieci zwyczajnie się załamią. Co prawda nie postrzegamy już potomstwa czysto utylitarnie jako pomocy w pracy na przydomowej roli, ale zaczęliśmy na nie patrzeć jak na gwarancję naszych emerytur – tyle że system ten na naszych oczach ulega rozpadowi.

Dziecko zmienia perspektywę, pozwala dojrzeć

Święta Bożego Narodzenia, podczas których będziemy się kręcić wokół żłóbka, stanowią dobrą okazję, by zapytać, po co w ogóle są nam dzieci. Czy ich rolą społeczną jest zapewnienie nam emerytur? Czy poza tym są wyłącznie źródłem przykrości i cierpień? Myślę, że istnieje szereg innych powodów, dla których dzieci odgrywają bardzo ważną, pozytywną rolę, i to wykraczającą poza wąską, utylitarną perspektywę.

Zacząłbym od aspektu najbardziej kontrowersyjnego, ale w moim przekonaniu bardzo ważnego. W przestrzeni publicznej ostatnich lat dość mocno przyjęło się hasło o „piekle kobiet”, związane z przepisami ustawy antyaborcyjnej. Choć nie taka była intencja jego pomysłodawców, to w prostym (prostackim) odbiorze tym piekłem kobiet stały się właśnie dzieci, stojące na drodze do ich samorealizacji. 

Tymczasem obserwując wiele pań, starszych i młodszych, nabywam coraz silniejszego przekonania, że ich piekłem (ale też mężczyzn!) może być brak dzieci. I nie chodzi mi o problemy z niepłodnością, z którymi styka się nawet co piąta para w naszym kraju.

Dziecko w wielu przypadkach radykalnie zmienia życiową perspektywę. Pozwala dojrzeć, choćby poprzez fakt, iż zaczynamy żyć nie tylko dla siebie, ale też dla innych. Nie twierdzę, że wraz z pojawieniem się dziecka mężczyźni przestają być od razu „Piotrusiami Panami”, a kobiety „wiecznymi dziewczynkami”. Zdarza się bowiem, że mężczyźni uciekają przed odpowiedzialnością za swe potomstwo, co również skutecznie zniechęca kobiety do rodzenia dzieci.

Zarazem trudno mi sobie wyobrazić silniejszy bodziec sprzyjający przejściu osobistej przemiany niż właśnie przyjęcie i opieka nad małym, bezbronnym człowiekiem.

Po drugie, obecność dzieci może stanowić szansę nie tylko na złagodzenie społecznych obyczajów, które w ostatnich latach uległy często zdziczeniu, ale także na odbudowę lokalnych wspólnot. Oczywiście nie można ignorować faktu, że niestety współcześnie coraz częściej dziecko traktowane jest jak projekt – w takim przypadku w opiekunach może się rodzić wręcz agresja, która w zamyśle ma pomóc w realizacji interesów konkretnego dziecka, kosztem innych dzieci i ich rodziców. 

Mam jednak głębokie przekonanie, że dzieci potrafią nie tylko dzielić, ale przede wszystkim łączyć. To właśnie wokół inicjatyw dla małolatów można odbudować najłatwiej lokalne społeczności – dzielnicowy piknik dla dzieci jest doskonałą okazją do nawiązania relacji pomiędzy dorosłymi. Towarzystwo dzieci może nam też pomóc zadbać o język używany na co dzień; dorośli zwykle pilnują się, aby w obecności dzieci „nie rzucać mięsem” i nie łamać innych norm. Nawet więcej, najmłodsi potrafią wzbudzać na naszych zafrasowanych twarzach uśmiech.

Tyle będziemy żyli, ile będą o nas pamiętać

Równocześnie coraz więcej z nas czuje, iż relacje z dziećmi nie powinny być poddane aż tak mocno procesowi utowarowienia. Nawet jeśli wielu rodziców jest zmuszonych do korzystania z różnych form opieki instytucjonalnej, to zarazem głęboko czują oni, jaka wartość tkwi w budowaniu indywidualnej więzi z dzieckiem i przeżywaniu wspólnego czasu z nim. 

Choć powszechna „smartfonoza” skutecznie nas od siebie oddala, i nietrudno znaleźć w przestrzeni publicznej sytuacje, w których i rodzic, i dziecko zatopieni są w swoich telefonach, to wciąż właśnie rodzina i relacje między rodzicami a dziećmi stanowią chyba ostatni bastion obrony przed przemieleniem społeczeństwa przez media społecznościowe

Wprowadzenie zakazu korzystania z social mediów dla osób do 16. roku życia, co obserwujemy właśnie w Australii, jest szansą nie tylko na uratowanie psychiki dzieci, ale także odbudowę relacji społecznych, gdyż nagle pojawi się grupa, której nie będzie na „socjalach”. Możliwe, że właśnie te dzieci (i tylko one) są w stanie wyrwać nas z wirtualnego świata fasadowych relacji.

Równie ważna jest też kolejna rola społeczna – dziecko potrafi wyciągnąć nas z popularnej od pewnego czasu „strefy komfortu”, ciężko bowiem znaleźć coś dużo bardziej ryzykownego niż opieka nad maluchem. Rodzicielstwo, zwłaszcza to wielodzietne, jest nieustannym życiem na krawędzi, co wbrew pozorom może mieć pozytywne konsekwencje społeczno-gospodarcze, gdyż rodzicielstwo sprzyja postawie otwartości na „odpowiedzialne ryzyko”. 

Jest w nas też głęboko zakorzenione pragnienie, by zapewnić dzieciom lepsze warunki od tych, w których sami dorastaliśmy. To niezwykle ważny czynnik popychający nas do rozwoju. W jakimś sensie dzieci ukierunkowują nas na przyszłość, a nie tylko trwanie w teraźniejszości.

Dzieci mają jeszcze jedną supermoc, mogą nadać sens naszej egzystencji, zwłaszcza w obliczu starzenia się społeczeństwa. Niezależnie od wiary w życie po śmierci, dzieci są w jakimś sensie nośnikiem pamięci. Zmarła prababcia będzie żyć tak długo, jak długo będą żyć jej prawnuki. Dzieci są zarazem pielgrzymami nadziei, której tak bardzo nam dziś brakuje.

W jednej z modlitw odmawianych w czasie tradycyjnej Pasterki znajdziemy następujące słowa: „Panie Boże, udziel naszej rodzinie oraz przyjaciołom i znajomym daru miłości, zgody i pokoju. Niech świętowanie pamiątki narodzenia Twojego Syna napełni nas radością i nadzieją”. Myślę, że to przesłanie płynące ze świętowania Bożego Narodzenia ma absolutnie uniwersalny charakter. Jeśli faktycznie potrzebujemy dzieci, to nie z powodu emerytur, ale właśnie radości i nadziei, które ze sobą przynoszą.

Niezależnie od tego, czy wierzymy, że Jezus-niemowlę był Bogiem, czy też nie, bożonarodzeniowa opowieść jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły się ludzkości.  Życzę sobie i Państwu, abyśmy potrafili się tym zachwycić. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51-52/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Dobro luksusowe