8 marca w komunistycznej Polsce. Tandetny rytuał czy docenienie kobiet?

Dzień Kobiet w PRL-u nie był okazją, by zwrócić uwagę na warunki pracy i płacy. Ale mimo fasadowej oprawy kobiety chciały go świętować, bo odbierały go jako rzeczywiste dowartościowanie.
Czyta się kilka minut
Kobieca brygada budowlana na zdjęciach dla czasopisma „Przyjaciółka”, 1949 r. // Fot. WAF / NAC
Kobieca brygada budowlana na zdjęciach dla czasopisma „Przyjaciółka”, 1949 r. // Fot. WAF / NAC

EWELINA BURDA: Skąd się wziął Dzień Kobiet?

Prof. Błażej Brzostek: Miał swoją tradycję, ale PRL wpisał go we własny kalendarz, który miał wzmocnić symboliczną rolę państwa. Nasycono go świętami różnych grup, głównie zawodowych: Dzień Hutnika, Kolejarza, Energetyka. Bo świętowanie było dla ludzi ważne, ale opierało się głównie na kalendarzu katolickim. Władzy zależało, by stworzyć przeciwwagę, która nabierze właściwego znaczenia, gdy społeczeństwo się zurbanizuje i zlaicyzuje

I w tym zestawie pojawia się także Dzień Kobiet.

Który dobrze pokazuje, jak myślano wówczas o kobietach: jak o jednorodnej grupie. Świętowanie włączone było w rytm pracy: zwłaszcza w mieście, w zakładach. Ten dzień miał dowartościować kobiecą część załogi, kobiety-pracowniczki.

Kobiety tamtych czasów go lubiły?

Tu mamy dwie opowieści: przeciwstawne, a jednocześnie się uzupełniające. Pierwsza wynika z odrzucenia PRL-owskiego rytualizmu, którego 8 marca staje się wyraźnym przykładem. To rytualność powierzchowna, tandetna, która zawiera w sobie elementy przymusu i przemocy.

Do czego zmuszało świętowanie?

Do uczestnictwa w akademiach, na których przemawiali mężczyźni pełniący kluczowe funkcje w zakładach pracy. Święto kobiet nie było momentem na zwrócenie uwagi na warunki pracy i płacy. Kobiety miały ustawiać się w rządku, uśmiechać, przyjmować goździki, wyrażać zadowolenie i wdzięczność.

Kwiaty dla milicjantki w Dniu Kobiet. Warszawa, 8 marca 1972 r. // Fot. Henryk Rosiak / CAF / PAP

A ta druga opowieść?

Z opowieści i dokumentów wybija się narracja o tym, że w załogach kobiecych ten dzień był traktowany bardzo poważnie: jako rzeczywiste dowartościowanie pracownic. I coś, co rozrywało mozolną rutynę pracy. W PRL-u istniał duży deficyt godności pracownika i pracownicy, o którym opowiedziano w pełni w okresie Solidarności. I takie uroczystości, nawet ze świadomością ich fasadowości, ten deficyt w pewnym stopniu zaspakajały.

Jaskrawy przykład: 8 marca 1971 r. w zakładach dziewiarskich „Watra” w Lubawce miał miejsce strajk, który wynikał z niedostatecznie uroczystego obejścia tego dnia przez dyrekcję. Nie było to oczywiście typowe zachowanie, ale kobiety za fasadową oprawą uroczystości chciały i organizowały ten dzień, który był szansą na miłe spotkania, drobne upominki, przyjemności.

Dzień Kobiet, jak to często z nim bywa, jest pretekstem: tutaj do rozmowy o życiu codziennym kobiet w PRL-u, któremu poświęcił Pan książkę. Jak opisać codzienność w tak zróżnicowanym pod względem realiów życia okresie?

Nie da się sprowadzić do jednego mianownika doświadczeń społecznych z okresu stalinizmu, ze środkowego czy schyłkowego PRL-u. To egzystencja kilku pokoleń, spotykających się na różnych etapach życia. Doświadczenia kulturowe i cywilizacyjne kobiet z tych pokoleń dzieli przepaść.

Trudne jest też opisywanie historii kobiet jako jednej grupy.

Znam wątpliwości na temat tego, czy należy wyróżniać historię kobiet, ale nie podzielam ich: pisanie o historii zawsze jest wyróżnianiem. Nie ma historii totalnej, w której zawrzemy cały kształt życia. Zawsze się coś wyróżnia: grupę, przestrzeń, ciąg zdarzeń.

Zarzuty o wyróżnianie pochodzą z różnych stron.

Jeden z tych argumentów nazwałbym „męskim”. Cechuje się on podejrzliwością: dlaczego właściwie skupiać się na historii kobiet? Czy przypadkiem nie z powodów politycznych? A może to ideologia gender? Może feminizm czy inny jakiś „-izm” wypaczający perspektywę? Niestety, myśli tak też niemało osób z dyplomem historyka. 

A ten drugi argument?

Jest zupełnie przeciwstawny. Zakłada, że wyróżnianie kobiecej historii jest jakimś rodzajem stygmatyzacji: wyodrębnia ją jako temat, czyli potencjalnie czyni z niej obszar „młodszy”, mniej ważny, podrzędny. I przede wszystkim esencjonalizuje kobiecość, przypisuje jej jakieś stałe cechy. A to już może być uprzedmiotowieniem.

Uważam, że ważne jest to wszystko, co jest „pomiędzy”. Przede wszystkim badanie tego, jak dawniejsze społeczeństwo konstruowało płeć, przydawało jej sensy. Dostrzeżenie odrębnych przestrzeni kobiecych i męskich w społeczeństwie wieku XX jest rzeczą elementarną. 

Jedną z zasadniczych różnic, którą Pan punktuje, jest czas. „Czas wytwarzany społecznie był w dużym stopniu odrębny dla mężczyzn i kobiet”.

Ta odręb­ność właśnie jest społecznie wytwarzana, więc ma też charakter historyczny. W próbie opowiedzenia o życiu codziennym kobiet w PRL-u zwracam uwagę na cykle i rytmy. Te wielkie i naturalne, jak pory roku i następujące po sobie lata, cykl biologiczny kobiety czy cykl rolny, ale i te cykle społecznie wytwarzane. 

To prześledźmy taki cykl życia. W PRL-u rodzi się dziewczynka… 

I jest większa niż kiedykolwiek wcześniej nadzieja na to, że nie umrze przy porodzie lub w pierwszych miesiącach życia. Idzie do szkoły, która jest masowa i koedukacyjna, a przed sobą ma bezpłatne szkolnictwo średnie i wyższe. Dorasta w społeczeństwie, które jest chyba bardziej niż kiedykolwiek jednolite i społecznie wyrównane. 

Zaczyna dojrzewać. W poradniku z 1956 r. autorstwa doktora Pumpiańskiego przeczyta: „U zdrowej kobiety miesiączka zazwyczaj nie wywołuje żadnych dolegliwości”.

Pierwsza miesiączka bardzo dobrze pokazuje zmiany, jakie zachodzą w społeczeństwie, w jego kondycji psychofizycznej. W PRL-u szybko obniża się wiek pierwszej miesiączki, bo dzieci są nieźle odżywione.

Ale o pierwszej miesiączce wstydzi się powiedzieć.

Albo boi się, że coś złego się z nią dzieje, że jest śmiertelnie chora. To stale był temat zamknięty, może na wsi traktowany bardziej naturalnie, tak jak poród, bo przecież dzieci znały życie zwierząt gospodarskich.

Tak czy owak o miesiączce mówi się między kobietami, a mężczyźni nie chcą o niej wiedzieć, choć to oni są zwykle lekarzami „od spraw kobiecych” i publicznie wypowiadają się na te tematy. Natomiast w poradnictwie traktowano te sprawy dość technicznie, od strony higieny. 

Skok w zakresie dostępności środków higieny nastąpił w latach 70., nawet w Polsce zaczęto produkować tampony. Ale zaraz potem nastał ciężki kryzys i wszystko znikło. Nawet wata i lignina bywały trudno dostępne.

Tak jak mleko w proszku, które promowano jako najlepszy sposób karmienia dzieci.

Nowoczesność opierała się na kulcie fachowca. Przez lata przekonywano, by dziecko szybko „odstawiać” i przejść na pokarm sztuczny. Tylko że w drugiej połowie lat 70. nastał kryzys dostępności i tysiące niemowlaków znalazły się w zagrożeniu. I znowu kobiety ruszyły na „polowanie”, zawiązując mnóstwo relacji i sieci. Tak było zresztą w ogóle z zaopatrzeniem domu: kobiety amortyzowały gospodarkę niedoboru.

To znaczy?

Gospodarka niedoboru oznacza, że schemat zarządzania jest sztywny, odgórny i zarazem rozrzutny, planuje się stale ponad stan, a potem „goni plan”. Buduje się osiedle, ale brakuje środków na przedszkole. W tej sytuacji to właśnie kobiece sieci społeczne sprawiały, że rodziny dawały sobie radę.

Podobnie z brakami mięsa: tu ratowała „baba z mięsem”, która nielegalnie przywoziła je ze wsi. Amortyzowaniem systemu była wszelka podobna działalność, domowa zapobiegliwość, samopomoc i wystawanie w kolejkach.

A na co miały wpływ PRL-owskie kobiety?

Na wiele sfer życia. Były branże, np. szkolnictwo, w którym zyskiwały stopniowo władzę. Znamienne jednak, że w głoszącym równość kobiety systemie konserwowały się bardzo tradycyjne struktury społeczne. W dużym stopniu za sprawą kobiet. Mam na myśli zwłaszcza życie religijne. 

Z różnych badań z lat 70. wynika dość jednoznacznie, że w rodzinach kobiety pilnowały pewnych zasad i obyczajów częściej niż mężczyźni. Np. odmawiania domowego pacierza, a zwłaszcza porządku i rytuału świąt domowych. Opisała to wtedy socjolożka Jadwiga Komorowska.

Można się zastanawiać, czy ta świąteczna aktywność nie była odreagowaniem poczucia zależności w życiu powszednim. Zresztą czynnikiem tego konserwatyzmu była często obecność babci, nierzadko opiekującej się miejskimi wnukami, ale zanurzonej w kulturze wsi. 

Bo kobiety licznie migrują do miast.

Stale, ale w różny sposób. Wspomniane babcie czasowo. Ale całe pokolenia młodych kobiet zmieniają miejsce życia. Pod koniec PRL-u, gdy migracje były bardzo małe, to kobiety w nich przeważały. Musiały zwykle wykonać większy niż mężczyźni wysiłek, aby otrzymać zadowalającą pracę. Daleko już było wtedy do obietnic z lat 50., gdy wzywano kobiety za kierownice traktorów i do murarki. Tu mamy zróżnicowane opowieści o ich losie.

Jakie one są?

Pierwsza wskazuje na wielkie wyzwolenie kobiet w latach 50. dzięki tym ruchom. Zdążają do samodzielnej pracy i po wiedzę, na budowy, do fabryk i szkół. Odrywają się od patriarchalnych rodzin. Druga opowieść rysuje czarną stronę tej sytuacji, czyli ucieczkę przed kolektywizacją rolnictwa, biedą i brakiem nadziei – ku niepewnej, budzącej lęk przyszłości.

Jak żyje w mieście ta kobieta pracująca?

Słowem kluczem jest awans społeczny. Ale czy ciężka, niskopłatna praca i łóżko w hotelu pracowniczym nie stanowią „awansu” tylko na chwilę? A wielu ludzi żyło tak latami. Otworzyły się drogi do kształcenia zawodowego, ale po całym dniu pracy wytrwanie w szkole wieczorowej było trudne. Wielu tysiącom kobiet się to udało, ale wielu tysiącom nie – to istotna różnica losu.

Zbierając opowieści ze wspomnień czy konkursów pamiętnikarskich, widzimy głównie doświadczenie tych, którym się udało. Inne losy są trudniejsze do odtworzenia. I często są bardzo smutne.

Dziesięć procent pracownic przemysłowych jako pierwszy kontakt seksualny wskazywało gwałt.

Tak czytamy w badaniach wrocławskich z lat PRL-u. Weźmy pod uwagę, że sama deklaracja tego typu jest trudna, więc realnie było ich pewnie więcej. To fragment życia społecznego, który wciąż wymaga badań historycznych. Wydaje się, że dezorganizacja społeczna lat 50., w tym wielkie migracje, odegrała tu swoją rolę.

Z tych losów nieopowiedzianych zwraca Pan uwagę na to, co działo się na samym początku PRL-u z kobietami i ich biznesami.

Po II wojnie światowej typowe stało się zakładanie przez kobiety mikrofirm, dających utrzymanie jednej, dwóm, trzem osobom. Państwo zniszczyło bezwzględnie tę tkankę w czasie tzw. bitwy o handel.

Z czego to wynikało?

Zniszczenie – z projektu ideologicznego. Postanowiono zlikwidować prywatną gospodarkę. A dawała ona oparcie co najmniej setkom tysięcy kobiet. Po wojnie te mikrobiznesy rozwinęły się, gdyż kobiet było więcej niż mężczyzn, wiele straciło bliskich w czasie wojny i wykorzystywało „domowe” umiejętności do utrzymania się. 

Była to głównie mała gastronomia: sodowiarnie, paszteciarnie, kawiarenki, ale też krawiectwo czy fryzjerstwo. Prowadzone na spółkę z siostrami czy koleżankami. W informatorach adresowych sprzed 1950 r. widać setki nazw małych firm z kobiecymi nazwiskami.

Co się dzieje z tymi kobietami później?

Muszą iść do pracy na państwowym etacie albo do spółdzielni, też przez państwo kontrolowanej. Albo decydują się na działalność nielegalną, domową, domokrążną. Wtedy są zagrożone milicyjnymi represjami. A w przedsiębiorstwach państwowych kto na ogół kieruje odcinkiem pracy, brygadą, wydziałem?

Najpewniej mężczyzna.

Otóż to. Dyrektorami, kierownikami, szefami spółdzielni, organizacji partyjnych czy związkowych są na ogół mężczyźni. Mężczyźni nadzorowani przez innych mężczyzn. Kobiety są w sytuacji podległości strukturalnej, która będzie trwać przez kolejne dekady.

Świetnie pokazuje to scena z filmu Zanussiego „Bilans kwartalny” z 1974 r. Pracownica z działu księgowości, którą gra Maja Komorowska, przychodzi na zebranie dyrekcji, bo jest przedstawicielką związku zawodowego. Tam siedzi ośmiu facetów spowitych dymem papierosów, którzy sprawy załatwiają wyłącznie między sobą. Kobieta? Obecna, ale się nie liczy.

A polityka?

Najbardziej charakterystyczny wydaje mi się tu bilans całego PRL-u. Kontrowersje wokół Okrągłego Stołu, które znamy od lat, dotyczyły tego, czy należało „negocjować z komuną”. Natomiast nie istnieje w zasadzie problem tego, kto negocjował. Tymczasem po obu stronach negocjowali niemal wyłącznie mężczyźni. 

Po stronie PZPR-u do stołu dopuszczono jedną kobietę. Po drugiej, opozycyjnej, musiał zachorować mężczyzna, szacowny profesor, aby do obrad dołączyła kobieta. 

Wcześniej toczyły się negocjacje w Magdalence, które też obrosły negatywnymi emocjami, gdy opublikowano zdjęcia bruderszaftów opozycjonistów z szefem MSW Czesławem Kiszczakiem. Ale mnie bardziej znamienny wydaje się schemat „męskiego dogadania się przy wódce”, bo tak te zdjęcia też można odczytać.

Okrągły Stół jest dla mnie symboliczny: pokazuje granice społecznej emancypacji. Jest naprawdę uderzające, że tak skończył się system głoszący równość płci, i że tak to zakończenie rozegrała również strona zwana społeczną.

Wróćmy do codzienności: dlaczego ciągnie nas do opowieści o niej?

W kropli codzienności widać funkcjonowanie społeczeństwa. I tak jak kropla wody, codzienność jest czymś przejrzystym – po prostu się dzieje. Ciekawe są tu ruchy cykliczne i wracanie przez kolejne pokolenia do pewnych wzorców, które wydawały się już odłożone na boczny tor.

Przykłady z kobiecego losu?

Zmiany prawa aborcyjnego. A z tych mniej oczywistych np. zmiany emocji wokół tzw. porodów domowych. We wczesnym PRL-u były one powszechne. Po prostu rodziło się w domu, zgodnie z zasadami znanymi od pokoleń. Ale te porody bywały trudne, nader często kończyły się tragicznie. Gdy przyjeżdżał lekarz, było za późno.

Aby ten stan zmienić, dokonano „medykalizacji” porodu: przeniesiono go do szpitala, co było standardem w latach 70. Wtedy właśnie rodzić się zaczęły nostalgie za porodem domowym, idealizowanym, bo różnym od anonimowych porodówek pozbawiających intymności, w odcięciu od bliskich. To opowieść o realiach kobiecych w PRL-u, a brzmi…

…brzmi zupełnie jak z dziś. 

Błażej Brzostek // materiały prasowe PIW

BŁAŻEJ BRZOSTEK jest historykiem, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim i w Muzeum Warszawy. Zajmuje się historią społeczną i dziejami miast. Pisał o życiu robotników warszawskich lat stalinizmu, o codzienności w przestrzeni publicznej Warszawy i o kuchni w PRL-u. Zajmuje się także historią Rumunii. Jego najnowszą książkę „Życie codzienne kobiet w PRL” wydał Państwowy Instytut Wydawniczy. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 10/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Amortyzatorki