Najdroższe drożdżówki w kraju, czyli jak wydać pieniądze bez sensu

Polską drożdżówkę poznasz w ciemno, zwłaszcza kiedy się zeschnie. Zwyczajność jest wymogiem, ale i szczytem możliwości. Za to ją kochamy.
Czyta się kilka minut
Kolejka po drożdzówki, Warszawa lipiec 2026 r. // Fot. Paweł Bravo
Kolejka po drożdzówki, Warszawa lipiec 2026 r. // Fot. Paweł Bravo

Szczęśliwy kraj, gdzie kolejka po darmowy obiad u sióstr felicjanek albo z kociołka Hare Kryszna przed stacją metra jest krótsza od tej po drożdżówki za 40 złotych. 

Widzę ją dobrze, starczy, że z okna kuchni się wychylę, czego mi się nie chce robić, bo za dużo rzeczy blokuje parapet, podręczna doniczka z bazylią, słoje z pęczkami koperku i pietruszki, tudzież sporo innych zawadzadeł, co to nie wiadomo za bardzo, gdzie odłożyć. Ale ona tam jest, wychodziłem zerkać na tę paradę ogłuszonych upałem istot nawet w najgorsze dni, kiedy w cieniu było prawie czterdzieści, i to w zielonej, nie bardzo betonowej dzielnicy.

Nawet nie wiedziałem, że aż tak się zgentryfikowała. No owszem, przez ostatnie lata przybyło parę kawiarni, gdzie jak otworzysz laptopa bez jabłuszka na klapie do owsianego latte, to popatrzą na ciebie trochę litościwie. Jest jakiś sklep ze zdrową żywnością w chorych cenach. Obowiązkowy wegański ramen, ale tylko jeden i wcale nie taki zły. 

Nie odnotowałem dotąd butiku Hermèsa, gdzie kuszą oko szaliki wymalowane w piękne wzorki przez Jana Bajtlika, który – z czego możecie, drodzy Tygodnikowicze, być dumni – pokazał światu pierwociny talentu jako ilustrator na tych tu właśnie łamach. Może kiedyś zaprojektuje apaszkę dla naszych prenumeratorów, kto wie.

Hermèsa więc jeszcze nie ma, ale i tak jest gdzie wydać bez sensu pieniądze – w cukierence, którą czołowy nasz influencer gastronomiczny pokazał z konsternacją w filmiku o najdroższych drożdżówkach w kraju. Można słusznie twierdzić, że ta konsternacja tylko dla klików. Oburzenie i szok nam się tak zdewaluowały na rynku uwagi, że aż strach myśleć, na jakie prawdziwe zło okażemy się znieczuleni w chwili próby. Ale nieraz tu wspominany Książulo akurat ma takie zasięgi i moc przyciągania, że nawet rolka „etam, takie sobie bułki za dychę” też napędziłaby tłumy. 

W tym przypadku, trzeba rzetelnie odnotować, ten nieustraszony ogon, który w najgorszym żarze zawija za róg, mija sklep zielarski i dochodzi aż do sieciowej drogerii, wybrał wersję zgoła budżetową – drożdżówki z poziomkami. Influencer pokazał bowiem w tym samym nagraniu również wypieki z lokalu w centrum, ale za złotych aż 60. Mój wewnętrzny populista popędził tam z odbezpieczonym rewolwerem (chociaż stale mu tłumaczę, że martwy utracjusz to zmarnowana okazja dla wspólnoty, bo nie da się z niego zedrzeć podatku); skoro uwolnił nas od natrętnego towarzystwa, to możemy przestać zajmować się ceną, a zająć się smakiem.

Jeszcze tylko trzeba dla porządku odnieść to do rytualnej połajanki z sezonu ogórkowego na temat drożyzny jagodzianek; rozmawialiśmy już o tym, dlaczego to dobry znak z perspektywy społecznej. Przepyszne dzikie jagódki (dla uniknięcia sporów regionalnych trzymajmy się botanicznej nazwy vaccinium myrtillus) rosną wszerz i wzdłuż Polski bez ludzkich starań, ale wychodzą z lasu na rynek spożywczy tylko dzięki uciążliwej pracy, za każdą zgiętą w pałąk roboczogodzinę należy się zapłata.

Poziomki, powiecie, równie leśne, rzadkie, cenne niczym jakieś słowiańskie trufle. Nieprawda. Dzięki pandemii, która zmusiła nas, by uważniej zająć się obejściem, zaprowadziliśmy poziomki na tarasie, zrazu sceptycznie (no bo jak to tak, leśnego duszka zaklinać w plastik), prędko to przeszło w entuzjazm. Rosną jak głupie, owocują szczodrze. Smak może mniej intensywny? Zapewne, ale dla potrzeb cukierni na pewno się nadają. 

Oba kosztowne wypieki wyglądały jak karykatura. Ta bita śmietana czy mascarpone, ta piramidka poziomek... może to i smaczne, ale po co to nazywać drożdżówką? Sprzedawajcie to jako galette aux fraises des bois. Nie byłoby tyle szumu wynikłego ze zderzenia porządków, drożdżówka pozostałaby we własnej domenie – prostej, wręcz zgrzebnej, gdzie zwyczajność jest zarazem wymogiem, ale i szczytem możliwości. Za to ją kochamy. 

Pomimo próby wciskania jej w modne kaftany – z kremem pistacjowym ją nawet widziano – i tak wraca do klasyki, ser, jabłko, śliwka, truskawka. Czy coś tak powszedniego i nieambitnego można w ogóle nazwać klasyką? Jest przy tym arcypolska – jasne, w każdym kraju różne bulanżerie i baeckereje pieką pokrewne rozmaitości. Ale polską drożdżówkę poznasz w ciemno, zwłaszcza kiedy się zeschnie.

Przypomina mi w swej jedyności brytyjskie fish and chips. Danie przez ponad stulecie definiowało tam codzienny jadłospis. Było tak bardzo „narodowe”, że czcicielom tożsamości nie przeszkadzało, iż w szczytowym okresie rozpowszechnienia budki rybne w Anglii zakładali często Żydzi, a w Szkocji niemal monopol na nie mieli Włosi (!). Przypadało to na czasy, kiedy jeszcze poważne imperium bez ceregieli narzucało jednej czwartej świata normy i obyczaje. Ale dorsza z frytkami (i octem!) nie znajdziecie nigdzie poza wyspami. 

Tam też już wycofał się do niszy, wypchnięty przez indyjskie i azjatyckie kuchnie uliczne. Jednak czy ktoś np. próbował ratować danie, sprzedając wersje z kawiorem? Albo w tutce z papieru w rzucik z torebki Vuittona? O, i to jest może kierunek dla cukierni z mojego sąsiedztwa. Nazwisko świetnego projektanta znajdziecie na początku tekstu. A tymczasem, jak już tam nieszczęśni stoicie, zajrzyjcie do sklepu zielarskiego po coś na obrzęk nóg. Jest tam przemiły i wybitnie kompetentny personel, na rozum też coś doradzi.

I w tym miejscu powinien pojawić się przepis na bitą śmietanę (solimy lekko przed ubiciem, cukru mało, a może trochę mascarpone pod koniec?), bo co innego można jeszcze zrobić z poziomkami? Nie, żartuję, nawet tego wysiłku szkoda. Drożdżówki z definicji są wyrobem, który się kupuje w piekarni, a nie piecze samemu, nawet jeśli ktoś się lubi z drożdżami i jest niezły w zagniataniu. 

Ale żeby pozostać w temacie cukierniczym, opowiem wam o cieście oliwno-cytrynowym, które znalazłem w „New York Timesie” i okazało się po paru przeróbkach wybitne w swym stosunku prostoty do efektu (bo przepisów owszem, ciekawych, ale niewartych próbowania lub za trudnych dla zapracowanego człowieka są tam, rzecz jasna, tysiące). 

To jedno z tych moich ulubionych ciast, które wymagają tylko jednej miski i trzepaczki (jakby się uprzeć, to nawet i widelec starczy). Mikser pomoże, ale nie jest wcale konieczny.

Ciasto cytrynowe na oliwie // KatyinSF / Shutterstock

Ciasto cytrynowe na oliwie

  • 120 g białej czekolady
  • 5 jajek
  • 150 g cukru
  • 150 ml lekkiego jogurtu (nie bardzo gęstego)
  • 125 ml dobrej oliwy z oliwek
  • skórka z 2 cytryn
  • 6 łyżek soku z cytryny
  • kapka ekstraktu waniliowego
  • 100 g mąki migdałowej
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 140 g mąki pszennej
  • gałka muszkatołowa, sól

Wstawiamy pokruszoną czekoladę w dużej stalowej lub szklanej misce do rozgrzanego piekarnika na kilka minut, żeby się stopiła. 

Wyjmujemy z pieca (ostrożnie) i trzepaczką rozbijamy ewentualne ostatnie grudki. 

Dajemy chwilę przestygnąć, ale nie całkiem, kiedy jest jeszcze ciepła, wlewamy oliwę i dokładnie mieszamy. 

Dodajemy po kolei jajka i mieszamy. Potem dodajemy po kolei cukier, jogurt, skórkę i sok z cytryny

Kiedy się wszystko połączy, wsypujemy mąkę migdałową i proszek do pieczenia. Wreszcie porządna szczypta soli i gałki muszkatołowej

I na koniec mąka. Mieszamy starannie, by nie zostały grudki, ale jak najkrócej. 

Przelewamy do tortownicy o średnicy 22-24 cm wysmarowanej oliwą i wyłożonej na dnie krążkiem papieru do pieczenia. 

Po przelaniu podnosimy i stukamy tortownicą o blat, żeby uwolnić ewentualne bąbelki powietrza. 

Pieczemy w 160 stopniach ok. 40 minut, aż się zezłoci, a wbity patyczek wyjdzie względnie suchy. 

Studzimy kwadrans, potem ostrożnie wyjmujemy z tortownicy i dalej studzimy. Na wydaniu można posypać cukrem pudrem.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 28/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Drożyzna drożdżówek