Kryzys. Katastrofa. Zapaść. Tykająca bomba. Tsunami. Armagedon. Powoli zaczyna brakować określeń na spadający współczynnik dzietności, a czas odwiedzania cmentarzy i „zamierania” przyrody mógł tylko pogłębić poczucie beznadziei.
Nie ma tygodnia, by w stacjach telewizyjnych nie wypowiadali się liczni specjaliści od demografii, a ilekroć w mediach społecznościowych pojawia się dyskusja dotycząca przyczyn malejącej liczby urodzeń – internet rozpala się do czerwoności. Można odnieść wrażenie, że każdy Polak jest już ekspertem w tej dziedzinie i wie, co tak naprawdę stoi za katastrofą demograficzną.
Wysoki PKB bardzo nie lubi dzieci
Ktoś może powiedzieć, że nie powinno się kpić w sytuacji, w której nasz naród (zresztą nie jesteśmy tu szczególnie odosobnieni) powoli zaczyna wymierać. Dane są faktycznie niepokojące. Jeszcze kilka lat temu martwiliśmy się, że notując współczynnik dzietności na poziomie 1,4, daleko nam do tzw. stopy zastąpienia demograficznego, która wynosi 2,1. Obecnie tamten wynik wydaje się szczytem marzeń, bo feralny wskaźnik lada moment zacznie „testować” wartość 1.
W sumie w 2025 roku liczba urodzeń najprawdopodobniej spadnie poniżej 240 tysięcy. Dla porównania, jeszcze dekadę temu było to niemal 370 tys., a 30 lat temu, w końcowej fazie ostatniego prawdziwego wyżu demograficznego, 700 tys.
Na rynek trafiają kolejne książki, które próbują mierzyć się z tym zagadnieniem, choćby „Demografia jest przyszłością. Czy Polska ma szansę odwrócić negatywne trendy” Mateusza Łakomego czy „Jak uniknąć demograficznej katastrofy” Michała Kota i Bartosza Marczuka. Co ciekawe, ich wydźwięk nie jest aż tak katastroficzny – cała wymieniona trójka wciąż wierzy, że jesteśmy (jeszcze) w stanie uciec spod demograficznego topora.
Podobnie sytuacja wygląda w przypadku projektu najnowszej średniookresowej strategii rozwoju kraju do 2035 r. Wzrost liczby urodzeń został w nim wprost uznany za jeden z trzech głównych celów, choć autorzy rządowego dokumentu zdają sobie sprawę, iż równie istotnym zadaniem jest dostosowanie się do spadku liczby ludności.
Wspomniane opracowania próbują definiować źródła spadku dzietności. To logiczne – skoro chcemy mu przeciwdziałać, musimy wiedzieć, co go powoduje. Problem polega na tym, że przyczyn jest bardzo wiele, a w każdym konkretnym przypadku decydującą rolę odgrywa nieco inny zestaw. Zdecydowana większość ma jednak związek z kapitalizmem.
Indywidualizm, osłabienie więzi społecznych, narastająca polaryzacja (a nawet wojna) płci, choroby cywilizacyjne, presja na karierę i rozwój, rosnące ceny mieszkań, wzrost nierówności dochodowych, niskie mediany zarobków, spadek jakości usług publicznych, utowarowienie relacji romantycznych poprzez aplikacje randkowe etc.
Nie zawsze da się między tymi zjawiskami wykazać proste zależności przyczynowo-skutkowe, ale nie ulega wątpliwości, że istnieje silna korelacja pomiędzy dynamiką spadku współczynnika dzietności a wzrostem PKB, który jest chyba najlepszym miernikiem opisującym funkcjonowanie systemu kapitalistycznego.
Są co prawda wyjątki od tej ogólnej reguły, ale tam, gdzie PKB rosło w ostatnich kilkudziesięciu latach najszybciej, tam też mieliśmy do czynienia z najbardziej dynamicznym spadkiem dzietności. Absolutną rekordzistką jest Korea Południowa, ale Polska również znajduje się w ścisłej globalnej czołówce. Z jednej strony mamy więc opisany przez prof. Marcina Piątkowskiego „złoty wiek” i bezprecedensowy wzrost PKB per capita, a z drugiej – prawdziwy demograficzny „zjazd”.
Polska demografia pod ścianą
Z tej perspektywy nie będzie wielką przesadą stwierdzenie, że kapitalizm zmniejsza, a w skrajnych przypadkach wręcz zabija dzietność. Zarazem jednak bez dzieci on sam będzie martwy, gdyż nie zdoła przetrwać nie tylko bez pracowników (tu jeszcze dałoby się problem rozwiązać poprzez automatyzację), ale głównie bez klientów i konsumentów. Choć w literaturze opisano szereg wewnętrznych sprzeczności kapitalizmu, ta konkretna wydaje mi się szczególnie ważna, bo ma egzystencjalny charakter.
Do niedawna globalni posiadacze kapitału mogli ten problem w mniejszym lub większym stopniu ignorować, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, spadające współczynniki dzietności nie przekładały się jeszcze na spadek ogólnej liczby ludności, bo równoważyło je zwiększanie przeciętnej długości życia.
Po drugie, czego świetnym przykładem były choćby państwa Europy Zachodniej w okresie powojennym, deficyty demograficzne można było zasypywać imigracją zarobkową. Doświadczyliśmy tego zresztą także nad Wisłą – ostatnia dekada to czas, kiedy nasz rynek pracy ratowali często Ukraińcy.
Sęk w tym, że właśnie dochodzimy do ściany. Zaczynamy powoli, ale raczej nieuchronnie wchodzić w okres, w którym spadek liczby ludności zdecydowanie przyśpieszy.
U progu XXI wieku, kiedy współczynnik dzietności już szorował po dnie, saldo naturalne (relacja urodzeń żywych do zgonów) wynosiło w Polsce kilka tysięcy osób „na minusie”. Ten rok zakończymy prawdopodobnie na poziomie minus 180-190 tysięcy.
To tak, jakby w rok zniknęło miasto wielkości Torunia lub Rzeszowa, a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w najbliższych latach ten ubytek będzie coraz większy. Wprawdzie Główny Urząd Statystyczny szacuje, że w roku 2050 będzie nas jeszcze ok. 35 mln, ale słychać coraz więcej opinii, iż liczba ta okaże się jednak bliższa 30 mln.
Dlaczego nie uratują nas imigranci
Można by stwierdzić, że nawet pomimo nurkującego współczynnika dzietności w państwach rozwiniętych, wciąż w Azji czy Afryce rodzą się miliony dzieci, a liczba ludności globu jeszcze przez jakiś czas będzie rosnąć. To prawda, ale z perspektywy globalnego kapitału imigracja przestaje jawić się jako rozwiązanie.
Nawet nie dlatego, że rodzi to poważne turbulencje społeczne, zwłaszcza w bogatych państwach Zachodu. Doświadczenia choćby naszych niemieckich sąsiadów z ostatnich lat wskazują, że przybysze z Syrii, Afganistanu, Somalii czy Erytrei nie tylko niespecjalnie się asymilują, ale nie są również w stanie nabyć odpowiednich kwalifikacji zawodowych, choćby ze względu na brak kompetencji językowych czy wręcz umiejętności czytania, oraz znaczne różnice kulturowe. Tym samym nie wypełnią narastającej luki na rynku.
Co więcej, brak zdolności do pracy w nieco bardziej wykwalifikowanych zawodach przekłada się na niższe dochody (albo wręcz ich brak, co dodatkowo obciąża pomoc społeczną), przez co imigranci nie tylko nie są cenionymi pracownikami, ale także dobrymi konsumentami.
W konsekwencji lepiej mieć więcej nowych Polaków, Niemców czy Francuzów niż imigrantów z krajów o niższym poziomie rozwoju technologicznego. Także dlatego, że rodziny z dziećmi należą do najbardziej obiecujących grup konsumentów – zwłaszcza jeśli reprezentują klasę średnią i wyższą, gdzie w ostatnich latach obserwujemy rosnący trend wielodzietności.
W moim odczuciu właśnie dwa opisane wyżej zjawiska (spadek liczby ludności i niskie kompetencje nowych imigrantów) stoją za medialnym wzmożeniem wokół tematyki demograficznej, które obserwujemy w ostatnim okresie.
Po co nam są dzieci
Od lat staram się uczyć studentów na temat tzw. agendy publicznej. W uproszczeniu chodzi o to, że różne powszechne problemy doświadczają różnego poziomu społecznej percepcji. Dobrym przykładem jest niska emisja.
Kilkadziesiąt lat temu problem ten pojawiał się głównie w rozmowach pod sklepem czy na przystanku autobusowym („ale śmierdzi, chyba idzie zima”). Później za sprawą choćby działań Krakowskiego Alarmu Smogowego pojawił się język do opisu tego zjawiska, a tym samym wzrosła społeczna świadomość negatywnego wpływu smogu na zdrowie człowieka.
Kolejne epizody smogowe (w tym ten, który dotknął stolicę w pierwszych tygodniach 2017 roku), sprawiły, że temat wszedł na stałe do ogólnopolskich mediów, a zaraz później do tzw. agendy decyzji, czego efektem było wprowadzenie rządowego programu „Czyste powietrze” we wrześniu 2018 r.
Bardzo ważną rolę w procesie tworzenia agendy publicznej odgrywa też lobbing – czy to prywatny, czy społeczny. To on sprawia, że pewne tematy awansują na drabinie publicznego zainteresowania, podczas gdy inne są spychane w niebyt. Piszę o tym, bo odnoszę wrażenie, że ostatnie demograficzne wzmożenie nie jest dziełem przypadku, ale właśnie lobbingu ze strony globalnego kapitalizmu, któremu towarzyszy silna społeczna emocja.
Warto się temu przyjrzeć bliżej. Dlaczego tak bardzo boimy się spadku dzietności? Po co nam w ogóle te dzieci? Rozumiem oczywiście argument emerytalny, choć jest on wobec przyszłych pokoleń instrumentalny: „nie będzie dzieci, nie będzie komu pracować na nasze świadczenia na starość”.
Ważniejsze jest jednak to, że mając wciąż kilkadziesiąt lat do nadejścia apogeum kryzysu systemu emerytalnego, jesteśmy w stanie w mniejszym lub większym stopniu dostosować się do spadku liczby ludności w wieku produkcyjnym. Wymaga to oczywiście automatyzacji pracy, zmiany formy organizacji życia społecznego, stworzenia poważnego sektora usług i opieki dla osób starszych, a także modyfikacji wzorców polityki redystrybucyjnej (np. zwiększenia progresji podatkowej czy opodatkowania robotów) i jeszcze kilku pomniejszych kwestii.
To jednak da się zrobić, a sam spadek liczby ludności nie jest wystarczającym powodem, by mówić o katastrofie. Przynajmniej z perspektywy społeczeństwa, bo dla kapitalizmu to faktycznie śmiertelne zagrożenie, i to on musi dziś podbijać „kasandryczny” bębenek. Nie chodzi mi tu o żadne teorie spiskowe, ale raczej o wpływ globalnego kapitału na sposób, w jaki myślimy i mówimy o spadku liczby urodzeń.
Populacja na miarę regionalnego imperium
W przypadku Polski bardzo użytecznym narzędziem do sprzedania takiej narracji jest wspomniana już opowieść o „złotym wieku”. Nasze społeczeństwo, które w ostatnich latach doświadczyło niebywałego wzrostu prosperity, zaczyna wierzyć w marzenie o Polsce jako regionalnym imperium.
Abstrahując od faktu, że źródła tego sukcesu mają swoje korzenie głównie w inwestycjach zagranicznych i mogą zniknąć niemal tak szybko, jak się pojawiły, to dziś dla wielu z nas staje się oczywiste, iż to polskie imperium zwyczajnie nie może się demograficznie skurczyć. Wielkość populacji staje się w jakimś sensie celem samym w sobie. Wspomniany już prof. Piątkowski uważa, że zadaniem Polski powinno być osiągnięcie do 2050 roku populacji rzędu 50 mln ludzi.
Nie zdziwię się, jeśli w najbliższym czasie prodzietnościowa „ofensywa” obejmie niespenetrowane wcześniej obszary, w tym choćby popularne platformy streamingowe, gdzie pojawią się seriale promujące dzietność czy wręcz rodzinę – tematy wcześniej raczej pomijane, ośmieszane lub przedstawiane z uwzględnieniem głównie patologii. Zdaję sobie sprawę, że w świetle tego, co obserwowaliśmy tam w ostatnich latach, wspomniana perspektywa może niektórym wydać się wręcz nierealna, ale mnie zupełnie by nie zdziwiła.
Tak samo jak nie zdziwi mnie cicha presja na rządzących, aby wprowadzać kolejne zachęty pronatalistyczne. Globalny kapitał zdaje się zresztą mieć świadomość, iż sam z siebie raczej nie zachęci kobiet do rodzenia dzieci, dlatego potrzebuje innych niż rynkowe mechanizmów, takich jak choćby państwo, którego ogromną zaletą jest to, że może stosować przymus.
Dlaczego to tak istotne? Widzimy nie tylko w Polsce, że dobrowolne zachęty, nawet w postaci pokaźnych transferów socjalnych, jak 800 plus, niespecjalnie przekładają się na odwrócenie negatywnych trendów demograficznych. Stąd też mam silne przekonanie, iż wraz z wyludnieniem Polski zaczną się coraz głośniej pojawiać postulaty bardziej zdecydowanych działań.
Kary za bezdzietność
Dziś wydaje się to mało realne, ale za kilka lat możemy na poważnie usłyszeć pomysł wprowadzenia tzw. podatku bykowego, którym objęte zostaną osoby nieposiadające dzieci (mimo sporych kontrowersji względem takiego rozwiązania, które wynikają choćby z faktu pogłębiającego się problemu bezpłodności). To jednak dopiero początek.
Jeśli prawdziwa jest teza o śmiertelnym zagrożeniu dla kapitalizmu, w perspektywie najbliższych 20-30 lat zaczną się też pojawiać znacznie bardziej „odważne” postulaty niż tylko uruchamianie kolejnych transferów socjalnych dla rodziców. Jakie? Przy założeniu, że dzieci traktujemy jako czynnik produkcji oraz przyszłych klientów, trzeba będzie zwiększyć „produktywność prokreacyjną”, czyli w praktyce odsetek ciąż mnogich.
Skoro kobieta wypada z rynku pracy na kilkanaście miesięcy na czas ciąży i opieki nad niemowlęciem, niech od razu rodzi więcej niż jedno dziecko. W tym zakresie przydatna może się okazać procedura in vitro, która już dziś statystycznie częściej skutkuje właśnie mnogimi ciążami. W świetle tzw. recesji seksualnej, czyli spadającej liczby kontaktów seksualnych w młodszym pokoleniu, sztuczne zapłodnienie może jawić się jako naturalna alternatywa dla coraz rzadszego zapłodnienia naturalnego.
W dalszym kroku nie wykluczam legalizacji surogacji i publicznego wsparcia dla tego procederu. Skoro niektóre kobiety w krajach rozwiniętych są tak wyemancypowane, iż nie chcą rodzić dzieci, zawsze można ściągnąć kobiety z zagranicy i w zamian za opiekę wykorzystać jako „żywe inkubatory”.
Gdyby komuś taka perspektywa wydała się skandaliczna, niech posłucha historii o surogacji na Ukrainie, przywołanych w podkaście „Raport o stanie świata” Dariusza Rosiaka, gdzie opisano przypadki bogatych bezdzietnych par z Zachodu, które „wynajmowały” biedne, ukraińskie kobiety do noszenia w macicach ich dzieci.
Wiele z tych rzeczy mamy już jako ludzkość przetrenowane, reszta jest tylko kwestią decyzji politycznej – i skali. W dzisiejszych głosach ekspertów, którzy w rekomendacjach skupiają się właśnie na wzroście współczynnika dzietności, widać ignorowanie faktu, iż dziecko nie tylko trzeba urodzić, ale później przez kilkanaście lat starać się je wychowywać w bezpiecznych, stabilnych warunkach.
Trochę to przypomina perspektywę części tzw. ruchów pro-life, które nierzadko swoje zainteresowanie ograniczają wyłącznie do kwestii urodzenia dziecka, a to, co później – niespecjalnie je obchodzi.
Zwrot antyemancypacyjny
W tym kontekście nie można pomijać antyemancypacyjnego („antykobiecego”) zwrotu politycznego, którego globalną twarzą jest prezydent USA Donald Trump, a który to zwrot da się z powodzeniem dostrzec także w polskiej polityce. Tak jak wybory w 2023 r. zostały w jakimś stopniu zdeterminowane przez „sprawę kobiecą”, stanowiąc niejako odroczony skutek Ogólnopolskiego Strajku Kobiet z 2020 r., tak o wyniku najbliższych wyborów parlamentarnych może zdecydować „kwestia męska”.
Zresztą rezultaty niedawnych wyborów prezydenckich, w tym wynik kandydatów utożsamianych z tzw. nową prawicą, może wskazywać, że powoli wkraczamy w okres antyemancypacyjnego rewizjonizmu. Co istotne, jego przodownikami będą nie tylko mężczyźni, którzy nie potrafią się odnaleźć w nowej rzeczywistości społecznej, ale także kobiety, które zaczęły dostrzegać negatywne konsekwencje zbyt radykalnego zwrotu feministycznego i obawiają się (słusznie bądź nie) jego konsekwencji.
Efektem dojścia do władzy nowej, ale tradycjonalistycznej neopatriarchalnej prawicy może być, w dłuższej perspektywie, rosnące przyzwolenie dla wprowadzenia bardziej przymusowych „zachęt” wobec kobiet – choćby w postaci redukcji świadczeń emerytalnych dla tych bezdzietnych.
Byłby to osobliwy przejaw zjawiska, które w kontekście chrystianizacyjnym określamy mianem tzw. reakcji pogańskiej. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że jesteśmy świadkami „reakcji patriarchalnej”, swoistego odbicia wahadła po strajku kobiet, którego piątą rocznicę dopiero co obchodziliśmy.
Niezależnie od sytuacji kobiet w całym tym procesie, nie sposób pominąć miejsca i roli samych dzieci. Nie umiem uciec od wrażenia, że w ostatnim demograficznym wzmożeniu od samego początku są traktowane w sposób absolutnie przedmiotowy, choćby jako zaplecze finansowe dla emerytów. Jednocześnie te same dzieci, z taką nadzieją wyczekiwane przez globalny kapitał, mogą w przyszłości tworzyć idee i bodźce, które każą im się zbuntować przeciwko kapitalistycznemu paradygmatowi w myśleniu o gospodarce i społeczeństwie.
Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.
Dr Marcin Kędzierski jest adiunktem w Katedrze Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, ekspertem Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, ojcem szóstki dzieci.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















