Jak zobaczyć w wakacje piękno Tatr i nie zderzyć się z tłumem?

Beata Słama, autorka książki o Hali Gąsienicowej: Jesteśmy w punkcie, w którym powinniśmy zacząć się wycofywać z naszego górskiego konsumpcjonizmu. A my mamy coraz większy tłok i reklamę alkoholu oraz pizzę z pieca w „Murowańcu”.
Czyta się kilka minut
Kwitnąca wierzbówka na Hali Gąsienicowej // Fot. Piotr Krzeslak / Adobe Stock
Kwitnąca wierzbówka na Hali Gąsienicowej // Fot. Piotr Krzeslak / Adobe Stock

PRZEMYSŁAW WILCZYŃSKI: Będziemy zachęcać czy odstraszać?

Beata Słama: Zachowajmy równowagę.

Kiedy ostatnio byłaś na Hali?

Zeszłego lata w lipcu. Poszłam zobaczyć „Murowaniec” w nowej odsłonie.

I?

I jest okropny. Posiedziałam trochę w tłumie, ruszyłam w stronę Czarnego Stawu i po kilku krokach natrafiłam na śmieci… Zawróciłam.

Po co napisałaś książkę o tak okropnym miejscu?

Bo to miejsce wspaniałe. I część mojego życia.

Siadasz na Hali, np. na ławeczce przed drewnianą „Betlejemką”, dwie minuty drogi od „Murowańca”. Co widzisz, słyszysz i czujesz? 

Widzę, jak się zmienia światło na szczytach Tatr. A jeśli usiądę wieczorem, to mogę zobaczyć na niebie – gdzieś nad Kopieńcem – Syriusza. Jesienią nad Halą przelatują klucze żurawi. W zimie widzę, jak księżyc oświetla śnieg. Jeśli jest cisza, słychać szum – bo góry szumią. I oczywiście pachną nagrzanymi skałami, ziołami…

W „Betlejemce”, czyli w ośrodku szkolenia taterników, którym kierował Twój były mąż Bogumił Słama, spędziłaś kawał życia. Czym dla Ciebie jest to miejsce?

W sumie mieszkałam tam, z przerwami, osiem lat, na początku lat 90., a potem na początku naszego wieku. Były to jedne z najszczęśliwszych okresów mojego życia. Przebywanie non stop w górach sprawia, że ma się z nimi niemal metafizyczny kontakt. No i nasiąka się specyficznym sposobem życia. Lata 90. to czas, gdy nie tylko nie było tu telefonów komórkowych oraz internetu, ale nawet – od czasu do czasu – prądu, bo był on wydzielany przez „Murowaniec”.

Betlejemka na Hali Gąsienicowej, 13 grudnia 2018 r. // Fot. Michal Ostaszewski / REPORTER

Już wtedy to doceniałam, a teraz za tym tęsknię. Gdy np. siadam do obiadu, w telewizorze lecą wiadomości, a na dodatek odruchowo sięgam po telefon, przypominam sobie „Betlejemkę”. I czas, gdy w danej chwili robiło się jedną rzecz. Szło się w góry często nie w konkretnym celu, ale żeby po prostu w nich być, czuć je jeszcze bardziej. A jeśli nie było pogody, to słuchało się radia, czytało, gadało.

Zresztą „Betlejemka”, z ograniczonym dostępem do internetu, dawała ten luksus nawet na początku lat dwutysięcznych – nie było mowy, by „siedzieć” w sieci, siedząc na Hali.

Będąc dzieckiem taternika, też pomieszkiwałem w „Betlejemce” w latach 80., zwykle w czasie zimowych ferii. Mam dwa wspomnienia zmysłowe, oba dzisiaj w takiej skali niedostępne. Pierwsze: nieprzenikniona ciemność po godz. 22.00, bo wyłączano prąd, a jak już ustaliliśmy, nie było komórek. Drugie: biel śniegu w ilościach dziś rzadko widzianych; wystarczających, by zakryć niemal całą „Betlejemkę”.

Kiedyś napadało tam go tyle, że sięgał wyżej niż jeden z naszych dwumetrowych kolegów. Wokół „Betlejemki” wydrążony został tunel, którym ten dwumetrowiec mógł spokojnie przejść, pozostając niewidocznym.

Do „Betlejemki” wpadła pewnego razu lawina.

Ale już nie za naszych czasów, więc ja i mój mąż za nią nie odpowiadamy (śmiech). Faktycznie, nigdy wcześniej takie wydarzenie nie zostało odnotowane.

Dlaczego w tytule Twojej książki jest słowo „planeta”?

Tytuł zawdzięczam Adamowi Wajrakowi – o „planecie Hali” przeczytałam w którymś z jego tekstów i olśniło mnie, że to idealny tytuł dla mojej książki. Napisałam do niego z pytaniem, czy mogę sobie tę frazę pożyczyć.

Planeta to coś osobnego, ważnego i szczególnego, ale też będącego częścią większego układu – w tym przypadku Tatr. Planeta ma mikrokosmos, na który składają się natura, pejzaże, ale też historie ludzi, którzy przez dekady przewijali się przez „Betlejemkę”, „Murowaniec” i zlikwidowane już Rąbaniska [istniejąca do 2009 r. baza namiotowa Polskiego Związku Alpinizmu w drodze z Brzezin do schroniska „Murowaniec” – red.]. Hala to też styl życia: wspinanie, siedzenie, wspólnota, której symbolem był – w przypadku wspinaczy – długi drewniany stół w pokoju instruktorów w „Betlejemce”. 

Opisujesz ludzi, którzy historię Hali Gąsienicowej – i Tatr – tworzyli.

Z postaciami był problem, bo te najsłynniejsze zostały już przecież opisane. Uwielbiam Mieczysława Karłowicza, który przecież na Hali zginął, czy Mariusza Zaruskiego – bez nich nie da się mówić o historii tych gór. Ale bardziej zależało mi na tym, by wybrzmiały losy ludzi mniej znanych. 

W mojej głowie mocno wybrzmiała Twoja opowieść o znanym w Waszym środowisku, ale niekoniecznie szerszemu gronu, Zbigniewie Skoczylasie. Rządził przez lata Rąbaniskami jak wojskowy, którym zresztą był, rycząc np. o świcie do wspinaczy: „Wstawać, chuje! Góry żądają ofiar!”.

Dzisiaj tego rodzaju rządy szybko by się skończyły… Ale Skoczylas, niezależnie od swoich mocarstwowo-wojskowych zagrywek, był człowiekiem do spodu dobrym. I bardzo zasłużonym dla kraju, o czym się zapomina.

W książce opisuję też postaci równie ciekawe, ale całkiem zapomniane. Na przykład Zenona Maksymowicza. Wysokiego, szczupłego pana, który w latach 70. i 80. zwykł przechadzać się wokół „Murowańca” z rękami złożonymi z tyłu, i pilnować porządku.

„Totumfacki”, „uciekinier” – piszesz o nim w książce.

Wcześniej artysta fotografik, człowiek bardzo wrażliwy, założył po wojnie w Poznaniu sklep z artykułami fotograficznymi, który zabrała mu komuna. Ukrył się w „Murowańcu” przed światem, zostawiając w Wielkopolsce żonę i córkę. Był dość kostyczny, czasami niezbyt sympatyczny, ale na pewno niezwykły. Zmarł w latach 90.

Innym nieoczywistym bohaterem Hali był szwajcarski meteorolog Jean Frédéric Lugeon, który trafił do Polski i został dyrektorem Państwowego Instytutu Meteorologicznego w Warszawie. To on wpadł przed wojną na pomysł, by wybudować obserwatorium na Kasprowym Wierchu. Pokochał Polskę i Tatry, później wrócił do Szwajcarii, a w czasie wojny pomagał Polakom, którzy trafili do jego kraju.

Wróćmy na ławeczkę przed „Betlejemką”. Dla niewtajemniczonych albo chodzących tamtędy dziesiątki razy, ale nieświadomych – to drewniana chatka mijana na Hali po prawej stronie, idąc w kierunku „Murowańca”. Świetny punkt obserwacyjny, bo jest równocześnie blisko tego, co w Tatrach najbardziej elitarne, ale i najbardziej masowe. Zacznijmy od elitarności „Betlejemki”.

Jeszcze w latach 80. i 90. nie dało się zostać taternikiem, nie przechodząc przez jej izby jako kursant. By uzyskać uprawnienia, najpierw robiło się kurs skałkowy, a później przyjeżdżało właśnie tu, by pod okiem instruktora przejść część tatrzańską – wspinaczkową i wykładową. Był kurs topografii, orientacji w terenie przy użyciu kompasu, bo nie było jeszcze telefonów i apek. Kursanci uczyli się operowania sprzętem i zasad asekuracji.

Teraz komórki i apki są, co nie oznacza, że wspomniane umiejętności straciły na znaczeniu.

Gdy niedawno na jednym ze wspinaczkowych forów poradziłam komuś, by kupił sobie mapy, odpowiedział, że chyba muszę być stara (śmiech).

A wracając do „Betlejemki”, przyszły taternik, spędziwszy tu trzy tygodnie, zdawał trudny, wyczerpujący egzamin i mógł zostać samodzielnym taternikiem.

Dziś „Betlejemka”, nadal szkoląca, nie ma w tej mierze monopolu. To dobrze czy źle?

Źle w tym sensie, że szefostwo Polskiego Związku Alpinizmu przegapiło moment, by korzystając z historycznej marki, uczynić „Betlejemkę” wiodącym ośrodkiem szkolenia. Skorzystały z tego prywatne szkoły, które mają bardziej elastyczne oferty i są oblegane.

W książce ten górski elitarny mikroświat „Betlejemki” opisujesz z czułością. Czego nie da się powiedzieć o Twoich opisach masowości – też dobrze widocznej ze wspomnianej ławeczki, bo nie da się przegapić sunącego tamtędy tłumu.

Mnie ta górska masowość w wydaniu tatrzańskim przeraża. Szczególnie nieznośna stała się po pandemii. O ile dekadę wcześniej Tatry odwiedzało ponad dwa i pół miliona ludzi rocznie, teraz to już ponad pięć milionów, czyli mniej więcej populacja Norwegii! To niesie ze sobą mnóstwo zagrożeń, których Tatrzański Park Narodowy jakby nie dostrzegał. Chodzi mi nie tylko o tony zanieczyszczeń czy krzywdę zwierząt. Odbierana nam jest godność i intymność obcowania z górami.

Nam, czyli komu?

W pierwszym odruchu powiedziałabym: „Nam, ludziom gór”. Albo nam, którzy chcemy w górach być, przebywać, a nie je konsumować, czyli iść tylko po to, by „zaliczyć” jakiś cel, pobić jakiś rekord. Zdaję sobie jednak sprawę, że takie stwierdzenia narażają mnie na zarzut snobizmu i elitaryzmu.

Z drugiej strony, nic nie poradzę, że na to, co się dzieje w Tatrach, patrzę krytycznie, bo po prostu je kocham. I bolesne jest dla mnie patrzenie na macdonaldyzację i infantylizację turystyki. Sama natura gór, ich piękno, przestają ludziom wystarczać, muszą być jakieś „wartości dodane”: trzeba nazwać tatrzański szczyt „dwutysięcznikiem”, coś kolekcjonować, sfotografować się na wierzchołku z kartką z wysokością, pochwalić się w internecie.

W „Planecie Hali” przytaczasz zdanie usłyszane w „Murowańcu”: „Gęsia Szyja? Nic ciekawego, same skały”.

To doskonała ilustracja podejścia, o jakim mówiłam wyżej. Stąd właśnie powodzenie ścieżek nad koronami drzew, te wszystkie koszmarne wieże widokowe. Czy potrzeba wzniesienia wieży widokowej tylko po to, by zobaczyć z niej ten sam widok, co bez wieży, albo przejażdżka fasiągiem, to nie są przejawy infantylizmu?

Ale czytelnik Twojej książki dowie się, że podobne zapędy to nie wymysł ostatnich lat. Nad Czarnym Stawem Gąsienicowym ponad sto lat temu miał powstać hotel, do którego prowadziłaby szeroka droga dojazdowa.

Towarzystwo Tatrzańskie chciało uprzystępniać góry – były to jednak czasy, w których Zakopane odwiedzało około dziesięciu tysięcy turystów rocznie, a równocześnie nie było takiej jak dziś świadomości ekologicznej. Towarzystwo o Tatry jednak też dbało, bacząc na przykład, by nie każdy gazda mający skrawek ziemi w drodze na Halę Gąsienicową mógł postawić swój wyszynk. Dziś to TPN chroni nas przed najbardziej absurdalnymi pomysłami „zagospodarowania terenu”. Co by było, gdyby ta ochrona nie istniała, widać choćby po Dolinie Chochołowskiej. Wyrąbany las, pluszowe gęsi, rowery, kolejki, dorożki…

W książce skupiasz się na środowisku wspinaczkowym, turyści służą Ci – takie odnoszę wrażenie – za niechciane tło. A mnie ciekawi, jak się zmienia ta masowa turystyka.

Coraz częściej obserwuję ludzi, dla których wyjście w góry jest jedną z szeregu aktywności. Była paralotnia, jacht, teraz idziemy na Rysy. Częstsza jest też teraz turystyka jednodniowa albo weekendowa – kiedyś były dwutygodniowe urlopy, turnusy w domach wczasowych.

Schron pod Przełęczą Świnicką o wymiarach 4 na 3 m, służył turystom jako miejsce postoju podczas wycieczek na Świnicę. Wybudowany przez Kompanię Wysokogórską, służył do lat dwudziestych XX w. // Fot. Józef Oppenheim / Muzeum Tatrzańskie

Kolejna zmiana: kiedyś człowieka gór poznawało się po ubiorze, dziś tak samo ubrani bywają wspinacze, turyści i spacerowicze. Lecz cóż z tego, że tatrzański turysta jest doskonale ubrany, skoro bywa, że nie wie, gdzie właściwie jest. Słyszał o Rysach, to idzie, ale nic nie czytał, nie zna całego kulturowo-historycznego backgroundu chodzenia po górach.

Teraz Tatry i Zakopane są pełne przez cały czas. Bo turystyka tatrzańska jest nierozerwalnie związana z Zakopanem, które chłonie wielkie liczby odwiedzających. Nie tylko turystów, ale też zwolenników sauny, dyskoteki i królikarni. Część tej masy ulewa się na Tatry.

Ale część rosnących statystyk to pokłosie tego samego zjawiska, które pcha ludzi na bieżnie czy do fitness clubów. Tego, że ludzie chcą się ruszać.

Dlatego nie próbuję odpowiedzieć na pytanie, jak regulować ruch turystyczny. Jasne, że chciałabym pustych, spokojnych Tatr, ale to niemożliwe, bo obok jest Zakopane splecione z tymi górami w jakimś dramatycznym uścisku.

Da się ograniczyć liczbę turystów w Tatrach?

Da się, ale każdy z pomysłów na to, jak do tego doprowadzić, ma swoje wady. Możemy podnieść ceny biletów wstępu do TPN, tylko że wtedy turyści może nie przyjadą i górale nie zarobią, no i na wejście będzie stać kogoś z pieniędzmi, a już niekoniecznie średnio sytuowaną wielodzietną rodzinę zafascynowaną górami. Możemy wprowadzić dzienny limit osób, tylko że wówczas mogą się załapać państwo pragnący tylko napić się piwa w „Murowańcu”, a nasza kochająca góry rodzina odpadnie.

Limity dzienne są stosowane w wielu miejscach świata.

Żeby wejść do Wielkiego Kanionu, trzeba się zapisywać z dużym wyprzedzeniem. W Parku Narodowym Yosemite można być przez siedem dni z rzędu i ani godziny dłużej. Takich przykładów znajdziemy więcej.

Tymczasem Tatry po polskiej stronie to prostokącik o wymiarach mniej więcej dziesięć na trzydzieści kilometrów.

Z  niezwykle gęstą siecią szlaków, w związku z czym zwierzęta nie mają nawet szansy oddalić się od tego gwaru i tłumu.

Żyłam na przełomie epok, więc pamiętam czasy PRL-u, kiedy po prostu żyliśmy, nie tęskniąc specjalnie za tym, czego nie mieliśmy. Później przeżyłam czasy zachłyśnięcia się dobrobytem, tym, że można kupić sobie niemal wszystko. Z wiekiem być może się radykalizuję i moim zdaniem teraz jest taki moment, w którym powinniśmy zacząć się z tego konsumpcjonizmu – widocznego także w górach – powoli wycofywać. Tymczasem my idziemy w drugą stronę, robiąc z gór deptak. Mamy schronisko na Hali Kondratowej z noclegami za 150 złotych za dobę. Mamy hotel „Murowaniec” z reklamą alkoholu na specjalnym ekranie i pizzą z pieca.

„Murowaniec”, zwany przez Ciebie hotelem, za chwilę skończy sto lat działalności. Czym się różni hotel od schroniska?

Schronisko może mieć trzy dania do wyboru i skromną ofertę noclegową dla „strudzonego wędrowca”. To duch, wspólnota, więź. Hotel to biznes, który nie przetrwa bez Wi-Fi, ciepłej wody i grubej karty dań.

W hotelu, jak piszesz, strudzony wędrowiec może nie znaleźć miejsca, jeśli „nie przewidzi wiele miesięcy przed, że będzie strudzony”.

Różnica jest więc wyraźna. Przyznam się, że ja – w ślad za Władysławem Cywińskim – uważam, iż w Tatrach niespecjalnie potrzebne są dziś schroniska, ani tym bardziej hotele.

Burzyłabyś?

I tak, i nie. Przecież to straszne, przepełnione do granic możliwości „Morskie Oko” z niedobrym jedzeniem i aroganckim personelem jest równocześnie bardzo ważne dla wielu ludzi gór, a przede wszystkim dla wspinaczy. Z kolei „Murowaniec” zawsze był trochę hotelowy, bo łatwo dostępny, ale jednak kiedyś miał schroniskowy klimat – wytarta wykładzina, trochę zniszczone meble, ale też domowe obiady i swojska atmosfera.

Teraz się to zmieniło. Nowi właściciele spaskudzili wnętrze, zastawili je jakimiś ohydnymi automatami, a przed toaletami zamontowano kołowrotki. Z drugiej strony trudno się dziwić, skoro PTTK nie ukrywa, że tatrzańskie schroniska to kury znoszące złote jaja, więc czynsze są ogromne. 

Na końcu książki zadajesz kilka fundamentalnych pytań, np. gdzie przebiega granica między udostępnianiem a chronieniem?

Nie wiem, ale ta granica została już przekroczona – na rzecz udostępniania.

„Jaka liczba koni, które upadną i padną na drodze do Morskiego Oka, sprawi, że władze Parku przestaną bać się wozackiego lobby”?

Nie interesuje mnie, czy te konie to lubią i czy się męczą. To park narodowy w XXI wieku i nie powinniśmy wykorzystywać zwierząt ku swojej uciesze i wygodzie. Kropka.

Polecisz na koniec jakieś trasy tatrzańskie i pozatatrzańskie, gdzie ludzie się ze sobą nie zderzają?

Jeśli polecę, to i tam zaczną się zderzać.

Nikomu nie powiem.

Dolina Pańszczycy, przepiękna. Jałowa i kamienista. Beżowo-żółta, najpiękniejsza, gdy nagrzana słońcem. Wychodzi się nagle z zielonego świata Hali i wchodzi do tego wysokogórskiego.

Zresztą nie jest aż tak ważne, gdzie się w Tatrach jest, istotniejsza bywa pora. Pamiętam pewną listopadową wycieczkę z Hali na Gęsią Szyję. Listopad to już nie jesień, ale jeszcze nie zima, świeciło blade słońce i panował nieziemski spokój, prawie gęsty. Byłam zupełnie sama i nigdy nie zapomnę tego uczucia harmonii, wyciszenia i świadomości, że w górach jestem na swoim miejscu. 

A poza Tatrami? Góry Sowie. Cudowne i wciąż jeszcze puste. Serdecznie nie polecam. Niech już tłumy zostaną sobie w Tatrach, a Góry Sowie pozostaną takie, jakie są.

Beata Słama // Fot. Lucyna Lewandowska / Wydawnictwo Czarne

BEATA SŁAMA jest pisarką, redaktorką i tłumaczką. Prowadzi stronę Górski Dom Kultury, współpracuje m.in. z kwartalnikiem „Tatry” i portalem wspinanie.pl. Współautorka książek „Magia nart” i „Drzewa, które wybrały Tatry” wydanych przez TPN oraz autorka wydanej w tym roku przez Czarne „Planety Hali”. Pochodzi z Warszawy, mieszka w Zakopanem.

 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Jak odzyskać Tatry