Ice Fall jest jak lodowy labirynt; konstrukcja, jaka zimą budowana jest z lodowych bloków w którymś z zimowych kurortów na uciechę rodzin z dziećmi. Lodospad Khumbu nawet nie próbuje podważać tego skojarzenia. Choć sam był przecież dziełem nieludzkim, a jedynie droga przez plątaninę jego lodowych korytarzy to efekt człowieczej inwencji i pracy. Wyjść z labiryntu w jedną czy drugą stronę można tylko po rozciągniętych na prawie całej jego długości linach poręczowych. Jest kwiecień, nie ma jeszcze tłoku. Ale w maju na Ice Fallu będzie tłoczno jak w lodowym lunaparku.
Wieńcząca go ściana seraka ma kilkanaście metrów wysokości i lekko odchyla się od pionu. Choć fakturą przypomina powierzchnię gargantuicznej bezy, jest bardziej solidna i trwała niż wszystko, pod czym i nad czym wcześniej kazał przechodzić lodospad. Z góry zwisają liny poręczowe. Bez nich zdecydowana większość idących na Everest nie dotarłaby nawet w to położone trzy kilometry poniżej szczytu miejsce. Znajdujący się na stanowisku nad serakiem szerpowie – przewodnicy i tragarze, z reguły, choć nie zawsze etniczni Szerpowie, czyli pisani z wielkiej litery mieszkańcy górskich dolin u stóp najwyższych szczytów świata w Nepalu – pomagają swoim klientom. A na wolnym kawałku sznurka wisi on.
Z akcentu Amerykanin. Trzyma kurczowo jumar, cudowny przyrząd zaciskowy, bez którego wejście na Everest pozostawałoby dla wielu odległym marzeniem. Jumar składa się z rękojeści i zapadki zaciskającej się pod obciążeniem na linie jak szczęka, ale swobodnie prześlizgującej się po niej w czasie podchodzenia. Przy czym podchodzenie, czyli użycie własnej siły jest nadal warunkiem skutecznego działania urządzenia. Trzeba zrobić krok do góry, wbić raki w lód i dopiero podciągnąć jumar wyżej na linie.
Kilka tygodni wcześniej obserwowałem rezusy wspinające się na stupę Swajambhu górującą nad Katmandu. Większość z nich wciągała się po rozwieszonych na niej flagach modlitewnych, a tylko nieliczne wybierały trudniejszą drogę, szukając małych chwytów w obłej i wygładzonej fakturze białej kopuły. Podobnie wygląda współczesny himalaizm. Polega na małpowaniu, w podwójnym tego słowa znaczeniu – wciągania się na linie i powtarzaniu drogi, kroków, ruchów poprzedników. W istocie jest więc wysokogórską gałęzią darwinizmu. Z małpy powstałeś, do „małpy” – to także jedno ze środowiskowych określeń na jumar – powrócisz.
Amerykanin najwyraźniej nie odwiedził świątyni małp, pominął też lekcję obsługi swojej „małpy” w drodze na Everest. Wisi bezradnie trzy metry nad podstawą seraka. „Mój jumar nie działa!” – woła w narastającej panice. Prosi, by go stamtąd ściągnąć, aż w końcu wybucha płaczem. To nie jest dobry moment na wywiad, choć w głowie już układała mi się lista pytań. Czemu chcesz wejść na Everest? „Bo jest” – jak odpowiedział George Mallory? Ale są też przecież niezliczone niższe szczyty na świecie. Bo Everest jest wyzwaniem? W pewnych okolicznościach większym wyzwaniem może być nieprzekraczająca dwóch tysięcy metrów Góra Waszyngtona. Albo Rysy zimą. Czemu Himalaje, a nie Góry Kaskadowe, Nadbrzeżne, Appalachy? Czy spełniasz marzenie swoje, czy kogoś z bliskich? Ile byłbyś w stanie poświęcić dla Everestu?
By móc zadać te pytania wiszącemu na linie nieszczęśnikowi, przynajmniej część musiałbym zadać też sobie. Choć wcale nie wchodzę na Dach Świata. Uczestniczę w wyprawie, jakich na Evereście niewiele. Takiej, w której droga jest równie ważna jak cel.
Fascynacja i przerażenie
Mateusz Waligóra, któremu towarzyszę, wyruszył na najwyższy szczyt globu na rowerze znad Zatoki Bengalskiej, by osiągnąć go z poziomu morza. Nie jest pierwszy. Australijczyk Tim Macartney-Snape przeszedł podobną drogę pieszo w 1990 r. Szwed Göran Kropp wyjechał pięć lat później na rowerze ze swojego domu w Sztokholmie, a Austriak Geri Winkler wyruszył znad Morza Martwego z najgłębszej geograficznej depresji na Ziemi. Nie przystaje to do czasów, w których większość próbuje skrócić możliwie aklimatyzację i drogę na szczyt, sypiając w domu w namiotach hipoksyjnych i latając w tę i we w tę śmigłowcami.
Pewien młody Anglik trafił do bazy pod Everestem po zaledwie 48 godzinach od wylotu z Londynu. Kilka dni później ustawiał rotację – czyli wyjście do wyższych obozów w celu aklimatyzacji i poznania drogi – pod swoje urodziny, które chciał spędzić w bazie z dostępem do internetu. Amerykanin z Nowego Jorku z wejściem na szczyt musiał zdążyć przed weselem siostry. Everest z celu wyprawowego stał się urlopowym. Bywa, że nie da się już na nim nie otrzeć choćby o wycieczkę – i to w opcji all inclusive. Ale można próbować.
Przez Ice Fall i dalej aż nad obóz II mogę iść dzięki pozwoleniu na Nuptse, jeden z trudniejszych sąsiadów Everestu [każdy szczyt w Nepalu wymaga wykupienia pozwolenia na wejście; najdroższy Everest kosztuje 11 tys. dolarów, a od przyszłego roku 15 tys. – red.]. Mogę, ale nie muszę. Dwa dni temu łączyłem się na wideo z domem i świętowałem urodziny małego syna, a teraz ryzykuję na Ice Fallu. Choć nie będzie za to nawet „nagrody”, po którą idą prawie wszyscy. Zdjęcia na szczycie, lajków na Instagramie, chwały zdobywcy Dachu Świata, choćby nie wiem jak zdewaluowanej, to jednak ciągle w oczach ogółu stanowiącej najwyższy wyczyn.
Zamiast tego mam widok niewidocznej ani z bazy, ani niemal znikąd ściany Lhotse oblanej złotem o zachodzie słońca. Stąpanie po bardzo zimnym w nocy, a nagrzewającym się w słoneczny dzień jak na palniku Kotle Zachodnim, w którym nigdy nie stanął przecież autor jego oryginalnej nazwy Western Cwm (czytaj: kum, po walijsku dolina), George Mallory. Podążanie po śladach pionierów himalaizmu i bohaterów górskiej literatury – choć nie do końca „po śladach”, bo przecież Ice Fall stale się zmienia. Te same były tylko kiedyś i dziś emocje towarzyszące jego przechodzeniu. Mieszanka fascynacji i przerażenia.
Papieros, który ocala
Ten lodowiec właściwie nie należy do świata przyrody nieożywionej. Jest żywym organizmem. Ciałem olbrzyma, który choć drzemie, nieustannie się porusza. Jego ruchy są szybsze, dużo bardziej nieskoordynowane niż ruchy lodowców spływających dolinami. Za trzy tygodnie będzie wyglądał inaczej. Szczeliny, jak pory w jego skórze, się porozszerzają.
Od zawsze jest scenografią zbudowaną z chaosu, torem przeszkód najeżonym pułapkami i wypadkami, które tylko czyhały, żeby się wydarzyć. Największy miał miejsce dziesięć lat temu, gdy w wyniku obrywu wiszącego tuż ponad nim monstrualnego, spękanego seraka zginęło 16 Szerpów. Tragedia wydarzyła się w tym samym miejscu, co wypadek z 1970 r., który pochłonął życie sześciu.
W całej historii Lodospad Khumbu przerwał życie co najmniej 40 osób. Najczęściej Szerpów, bo też i oni najwięcej razy przechodzili przez ten labirynt. Ale wśród ofiar był też np. młody Australijczyk Tony Tighe, uczestnik kierowanej przez Chrisa Boningtona pierwszej brytyjskiej wyprawy mierzącej się z południowo-zachodnią ścianą Everestu, który zginął wracając w ostatnim dniu zwijania bazy, gdy zawaliła się na niego ściana seraku. Wiedziałem o tym wszystkim, czytałem pod Everestem książkę Boningtona, oglądałem wcześniej dokument o Szerpach i wypadku w 2014 r. wyreżyserowany przez Jennifer Peedom. Ale zmroziła mnie dopiero historia Lakpy Sonama. Szerpy, który idzie z nami przez Ice Fall.
Rok wcześniej schodził nim w sześcioosobowej grupie. Dwójka poszła szybciej, ich czterech zostało z tyłu. Lakpa, nałogowy palacz, zatrzymał się jednak tuż za Polem Futbolowym, jak nazywane jest wcale nie tak płaskie, ale bezpieczne wypłaszczenie w sercu Lodospadu Khumbu. Zdążył odpalić zapalniczkę, gdy lodowa ściana runęła na idących niedaleko przed nim przyjaciół. Mimo szybko rozpoczętych poszukiwań, nie odnaleziono nawet ciał.
Lakpa jest jednym z nielicznych, który bon mot „palę, bo papierosy uratowały mi życie” może obronić. Pali nawet na ponad 6,5 tysiącach metrów, gdzie niepalący po kilkunastu krokach dostają zadyszki. Papierosy może i ratują czasem życie, ale nie zdrowie. Lakpa cierpi na bóle brzucha, ma ziemistą cerę, przed wejściem na lodospad wymiotuje. Choć po Ice Fallu stąpa pewnie, a po rozpiętych nad szczelinami drabinach kroczy wręcz nonszalancko, w jednej ręce trzymając na gimbalu telefon z włączoną kamerą, to w środku musi podgryzać go stres. Kiedyś kochał wspinaczkę, teraz chodzi na Everest, żeby utrzymać rodzinę. Niczego innego nie umie, praca w agencji wyprawowej, zwłaszcza na Evereście, jest jednym z bardziej atrakcyjnych finansowo zajęć, których można podejmować się w Nepalu.
Kopalnia złota
Najbardziej pracowity przewodnik na Evereście zarobił w zeszłym roku 19 tys. dolarów. Sam bonus dla przewodnika w napiwkach od zdobywcy szczytu wynosił co najmniej półtora tysiąca. Dlatego Lakpa Sonam w ubiegłym roku stawał na szczycie aż trzykrotnie. W tym roku podczas drugiej próby bolący brzuch zmusił go do zawrócenia, a Mingma G, szef agencji Imagine Nepal, dla której pracował, wysłał go do szpitala.
Everest stał się nepalską kopalnią złota i nepalskim snem. Nikt nie umie powiedzieć, kiedy to się stało, choć przyczyniło się do tego na pewno trzęsienie ziemi w 2015 r., które zmieniło Nepal, oraz pandemia, która zmieniła świat. No i światowy sukces, którym było pierwsze zimowe wejście na K2. Nepalczycy, głównie Szerpowie, przejęli większość udziałów w biznesie, czy już raczej przemyśle turystyczno-wyprawowym w swoim kraju, wypierając zachodnich operatorów. Często droższych, bo uzależnionych i tak od nepalskich pośredników. Najmocniejsi miejscowi przewodnicy i tragarze wysokościowi chętniej zatrudniają się w prowadzonych przez rodaków agencjach, które płacą więcej, w terminie, gwarantują ubezpieczenia, a w sytuacjach losowych nie porzucają pracowników i ich rodzin, co w przeszłości często zdarzało się zachodnim operatorom. Wielu z tych, którzy wprowadzali marzycieli z dalekiego Wschodu i Zachodu na najwyższe szczyty świata, zamiast z zasłużoną emeryturą, kończyło przewodnicką karierę w biedzie, inwalidztwie i frustracji.
Dziś prowadzący Imagine Nepal Mingma G, współautor i inspirator tamtego sukcesu na K2, mówi otwarcie, że w himalajskim sezonie bardziej boi się o pracujących w górze Szerpów niż o swoich klientów. – Z wami poznaję się w bazie. Z wieloma z nich znam się od dziecka, są moimi krewnymi. Pochodzą z mojej wioski, znam ich matki, żony, dzieci – tłumaczy.
Spora część Szerpów, którzy dla niego pracują, wywodzi się z Rolwalingu, doliny, w której dorastał Mingma. Jej nazwa widnieje na agencyjnych namiotach, choć brak perspektyw i ubóstwo zmusiły większość mieszkańców do wyprowadzki. Najczęściej do Katmandu, w którym tworzą trzymającą się razem emigrancką wspólnotę. Ostatniej zimy w całej dolinie pozostało jedynie trzech mieszkańców. Pochodzący z niej także Furtemba, kierownik bazy Imagine Nepal, podobnie jak Mingma licencjonowany przewodnik międzynarodowy IFMGA, między wiosennym a jesiennym sezonem w Himalajach wyjeżdża do pracy w Norwegii. Prowadzi ludzi po tamtejszych lodowcach. Na ośmiotysięczniki już nie wchodzi, czasem prowadzi jeszcze na niższe sześciotysięczne szczyty. W przeciwieństwie do Mingmy, który jak dowódca polowy towarzyszy czasem jeszcze swoim klientom w drodze na szczyty albo czeka na nich w obozie IV na Przełęczy Południowej.
Z kolei szef jednej z dwóch największych agencji wyprawowych 8K, także Lakpa, niczym reżyser, w czapce z daszkiem i w wielkich okularach słonecznych zasiada między namiotami na rozkładanym krześle i za pomocą radia oraz telefonu satelitarnego przewodzi akcji górskiej. Polemizuje też z pomysłami rządu Nepalu, który chce ograniczyć panujący w bazie pod Everestem luksus i ruch śmigłowców, zwłaszcza w słoneczne dni po okresie niepogody zamieniający to miejsce w heliport z trzema lądowiskami. – Mam klientów, którzy są bogaczami, takich, którzy wspinają się dzięki sponsorom, i takich, którym brakuje pieniędzy. Jedni płacą mi 100 tys. dolarów, inni 35 tys. Tym pierwszym zapewniam lepsze jedzenie, lepsze namioty, licencjonowanych przewodników, transport śmigłowcem – broni wolnorynkowych zasad na Evereście.
Niektórzy zarzucają Szerpom, że przerobili góry na maszynki do zarabiania pieniędzy. Ale komercjalizacja himalaizmu była dziełem ludzi Zachodu. Zatrudniani przez nich wcześniej nepalscy wyrobnicy byli tylko pilnymi uczniami.

Pringlesy i latte
Media chętnie podchwytują opowieści o wykwintnych potrawach i trunkach, które serwowane są pod Everestem, ale wystarczającym świadectwem nadmiaru są paczki Pringlesów w obozie II na 6400 m i stojące w bazie namioty kopułowe rodem z mody na glamping. Bywa, że zamiast na materacach, odpowiednio majętni klienci śpią w nich w łóżkach. Ale najczęściej spełniają one funkcje mes, czyli jadalni i kawiarni. Ekspresy ciśnieniowe i latte pita na pufach zaskakują nawet tych, którzy zdobywali Everest zaledwie kilka lat temu, a dziś czekają na okno pogodowe do ataku na pobliskie szczyty. Korona Himalajów i Karakorum, która dwie dekady temu była wyzwaniem dla najlepszych, dziś jest rozpisanym na kilka lat planem finansowo-treningowym.
Planem natrafiającym na przeszkody, bo ośmiotysięczniki zamykane są dziś jak parki rozrywki. W Nepalu – gdy warunki uniemożliwiają doprowadzenie na szczyt poręczówek. W Chinach – z niewyjaśnionych powodów. Ceną uniknięcia korków, które w tym roku pojawiły też na drodze na szczyt od strony nepalskiej, było podporządkowanie się chińskim zakazom ograniczającym nawet możliwość samodzielnych spacerów z bazy po północnej stronie góry do najbliższej wioski czy klasztoru Rongbuk.
Nakaz używania butli z tlenem wprowadzony przez Chińczyków po tybetańskiej stronie Everestu ma w najbliższej przyszłości objąć nawet najniższy z ośmiotysięczników – Sziszapangmę. Tak oto na najwyższych szczytach kończy się himalaizm. Nawet Szerpowie w Nepalu coraz mniej chętnie widzą na Evereście wyczynowców, niekorzystających z ich asysty czy właśnie z butli, które w niedalekiej przyszłości miałyby być dostarczane do wyższych obozów przez testowane już w tym celu drony.
Wejście na 8848 m n.p.m. bez tlenu z butli jest nadal poważnym i obciążonym wielkim ryzykiem wyzwaniem. Beztlenowa mniejszość stanowi procent lub jego ułamek w ogólnej liczbie zdobywców. W tym roku w taki sposób szczyt osiągnęły i wróciły z niego trzy osoby: Pakistańczyk Sirbaz Khan, Polak Piotr Krzyżowski, który dwa dni wcześniej także bez tlenu z butli stanął na Lhotse, oraz Słowaczka Lenka Poláčková. Dla trzech innych osób – spośród ogółem ośmiu ofiar – taka próba skończyła się tragicznie. U góry śmierć jest namacalna. Czasem owinięta w worek, innym razem ukryta za szybami wyłaniających się spod śniegu gogli albo wyznaczona linią pęknięcia nawisu na grani, z którym na chińską stronę spadł omijający zator szerpa z klientem.
Miasto na lodowcu
W bazie śmierci nie ma. Jest pogłoską. Mogłaby zepsuć nastrój, nadgryźć morale. Czasem tylko ktoś szepnie, że przelatujący właśnie śmigłowiec transportuje podjęte z góry ciało.
Położona na lodowcu baza jest miejscem życia. Przypomina nawet nie wioskę, ale małe miasto. Bossowie agencyjni już snują wizje przeniesienia jej poza teren topniejącego szybko lodowca, dla którego jest środowiskowym obciążeniem, choć dzięki nieźle zorganizowanej gospodarce komunalnej nie wygląda jak śmietnisko położonego na Przełęczy Południowej obozu IV. W środku sezonu baza liczy nawet dwa i pół tysiąca mieszkańców, choć większość stanowią ludzie pracujący na marzenia, które chce spełnić 450 ich klientów.
Choć nie zawsze to one pchają tam ludzi. – Everest nie był nigdy moim wielkim marzeniem – deklaruje po zejściu ze szczytu spieszący się na wesele Amerykanin. Czasem to tylko aspiracje albo nieznośna lekkość zbyt majętnego życia. Siostra i rodzice młodego Anglika, którzy wpadli do niego śmigłowcem z godzinną wizytą, biorą współczesne wyprawy na Everest w nawias jak z montypythonowskiego skeczu. Matka przymierza do zdjęcia maskę do aparatu tlenowego. Ojciec paraduje po lodowcu w tweedowej marynarce, nie tak grubej jak te na ramionach brytyjskich himalaistów z 1924 r.
Nie wszyscy też wchodzą na Everest uczciwie. W środku maja, w dniu ataku szczytowego, pewien Indus z Australii wsiada do śmigłowca, aby omijając Ice Fall wylądować w obozie I. Droga na skróty skończy się dlań ewakuacją z wyższego obozu. „Z punktu widzenia alpinisty trudno sobie wyobrazić straszniejszy widok niż to, co ujrzeliśmy” – bywa, że słowa Mallory’ego, który sto lat temu zginął na Evereście, zyskują tu całkiem nowy kontekst.
Mateusz Waligóra 21 maja wszedł na Everest, autor tekstu dotarł do wysokości ok. 6800 m n.p.m.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















