Tańszego niż w Polsce narciarstwa szukajcie w Alpach. A prawdziwej zimy poza Europą

Narciarstwo jest dziś nie tyle sportem, ile wyrazem tęsknoty. Nie za zeszłorocznym śniegiem, którego brakowało tylko nieco mniej niż w tym roku, ale za tym dawnym. Zima z białym puchem nadal istnieje. Gdzie indziej.
Czyta się kilka minut
Trasa narciarska Talabfahrt Sillian w ośrodku Sillian / Hochpustertal w Tyrolu Wschodnim. Austria, luty 2024 r. // Fot. Bartek Dobroch
Trasa narciarska Talabfahrt Sillian w ośrodku Sillian / Hochpustertal w Tyrolu Wschodnim. Austria, luty 2024 r. // Fot. Bartek Dobroch

Jak pisać o radości z narciarstwa, gdy w ostatnim dniu stycznia za oknem siąpi deszcz, powietrze ma zapach kwietnia, a w ogrodzie domu położonego w niewysokich, ale jednak górach, ze śniegu zostały tylko szczątki ulepionego z synem bałwana? I gdy w prognozach na luty pojawia się wprawdzie delikatny mróz, ale nie widać opadów.

Naturalna pokrywa śnieżna tej zimy była dotąd poza wysokimi górami zjawiskiem incydentalnym. Większość stacji narciarskich nieprzerwanie działała, w tych większych i popularnych stacjach – w Białce Tatrzańskiej, Krynicy czy Szczyrku – widać było nawet tłumy, wszystko jednak dzięki wcześniejszym i utrzymującym się nocami mrozom, pozwalającym na produkcję sztucznego śniegu. W Polsce narciarstwo stało się aktywnością sztucznie utrzymywaną przy życiu. 

Na bazujących na naturalnym puchu nartostradach do Kuźnic na przełomie stycznia i lutego sytuacja była gorsza niż w nieodległych czasach po weekendzie majowym, którym Kasprowy Wierch zwykł zamykać sezon narciarski. Pokrywa śnieżna nie pozwalała nawet na dotarcie bez odpinania nart do położonej na wysokości tysiąca metrów dolnej stacji kolejki linowej.

W zimowej panoramie polskiego narciarstwa lat 20. XXI w. zwraca uwagę wizualny szczegół. Widoczny zarówno wśród trasowych kosynierów zmierzających po nartach na parking, jak i pozatrasowych szwoleżerów, którzy po dotarciu do krańca śniegu zamieniają się także w piechotę maszerującą w dół doliną z deskami na ramieniu. To delikatny element błota na skorupach butów.

Dla miłośników naturalnego śniegu, skiturów, biegówek to kolejna z rzędu trudna zima, wymagająca cierpliwości i determinacji w poszukiwaniu białego runa. Zadowalający się wytworami armatek śnieżnych narciarze trasowi powinni wiedzieć, że masowa produkcja śniegu raczej pogłębia klimatyczny problem z niedoborem naturalnego, gdyż wymaga zużycia dużej ilości prądu i wody. W Alpach w ciągu tylko jednego sezonu zużywa się w tym celu wodę w ilości równej zapotrzebowaniu prawie dwumilionowej aglomeracji. 

Dla nas wystarczy 

Niedobór śniegu nie jest oczywiście tylko polskim problemem. Dotyka on dysponujących większą ilością przeznaczonych do narciarstwa terenów południowych sąsiadów, a także krajów alpejskich. W lutym ubiegłego roku białe nitki tras w austriackim Schladming wiodły do zielonej Doliny Enns, w której pasły się krowy. Na południowych stokach w Karyntii i Tyrolu Wschodnim granica śniegu sięgała dwóch tysięcy metrów (w lutym, w sercu najwyższych gór Europy!). W styczniu tego roku we włoskich i austriackich Alpach brakowało miejsc, w których poniżej tysiąca pięciuset metrów można było uprawiać skupiające się na dolinach narciarstwo biegowe. 

Upadki małych ośrodków przebijają się na czołówki internetowych portali, choć nazwy francuskich Le Grand Puy i Alpe du Grand Serre ani niemieckiego Jenner am Königsee nie mówią wiele nawet znawcom Alp. Po prawdzie aktualny sezon przyniósł jedynie trwałe zamknięcie pierwszego z nich, wieści o śmierci drugiego okazały się przedwczesne, a trzeci zrezygnował jedynie z przygotowywania tras. Bez wątpienia jednak najbliższe lata przyniosą więcej potwierdzonych informacji o zamknięciu położonych poniżej 1500 m n.p.m. stacji w Alpach, a według Instytutu Badań nad Śniegiem i Lawinami w Davos do końca stulecia jedynie ośrodki położone powyżej 2,5 tys. metrów będą mogły polegać na naturalnym puchu. 

Śniegu i miejsca do uprawiania narciarstwa powinno wystarczyć dla przedstawicieli żyjących obecnie pokoleń. Zwłaszcza że zapewne w pokoleniu ich nienarodzonych jeszcze wnuków zainteresowanie coraz bardziej limitowanym i elitarnym korzystaniem z uroków zimy spadnie. Albo stanie się atrakcją wielkomiejskich centrów zimowej rozrywki, sztucznych stoków i snowparków, jakie istnieją już m.in. w Dubaju, Amsterdamie, litewskich Druskiennikach i w kilku miastach Chin. We wrześniu w Szanghaju z medialnym rozgłosem otwarto największy na świecie kryty ośrodek narciarski połączony z zimowym lunaparkiem. 

Tymczasem znikanie tras do narciarstwa biegowego przebiega niemal niezauważalnie. Plusowe temperatury często nie pozwalają na zaistnienie pokrywy śnieżnej wystarczającej do przejazdu ratraka i założenia śladu. Wydany zaledwie dziesięć lat temu przewodnik „Na nartach biegowych w Krakowie i okolicach”, opisujący 38 tras, w świetle obecnej „niezimy” jawi się jako dokument historyczny. Amatorzy biegówek z reszty Polski modląc się o śnieg patrzą w kierunku Jakuszyc, mekki polskiego narciarstwa biegowego. Chłodny mikroklimat Gór Izerskich i leśne położenie pozwala tamtejszym trasom przetrwać aż do wiosny. Mimo zniszczeń w wyniku wrześniowej powodzi, nie brakuje ich też na Ziemi Kłodzkiej. Biegać można już w odciętych wówczas od świata Bielicach.

W Małopolsce trasy biegowe rozdeptują czasem piesi, a niektóre – to casus gorczańskiej pętli „Śladami olimpijczyków” prowadzącej na Turbacz – są rozjeżdżane przez kuligi, skutery śnieżne, a nawet samochody terenowe.

Szymoszkowa droższa niż Francja 

Narciarstwo zjazdowe, choć ostatnimi czasy bardziej masowe niż to biegowe, też nigdy nie było nadto egalitarne. Ekonomiczny próg wejścia był wysoki: wymagał wypożyczenia lub zakupu sprzętu, nabycia karnetu i lekcji jazdy z instruktorem. Przyszłość tej aktywności wygląda na coraz bardziej elitarną. I to nie tylko w jej sportowej gałęzi, w której na skutek topnienia lodowców i zamykania letnich poletek treningowych w Alpach zawodnicza elita musi trenować na południowej półkuli.

Wraz ze wzrostem kosztów, które muszą ponosić stacje narciarskie, rośnie także koszt rekreacyjnego narciarstwa. W uzależnionych od ciągłej produkcji sztucznego śniegu polskich stacjach wzrost cen na poziomie 30 proc. w ciągu trzech sezonów jest wyraźniejszy niż w alpejskich ośrodkach.

Na zakopiańskiej Harendzie w ciągu dwóch lat cena dwudniowego karnetu skoczyła w górę o 125 zł. Oczywiście, nawet w najdroższych polskich stacjach za dzienny karnet zapłacimy mniej niż w znanych alpejskich ośrodkach. Jednocześnie w Alpach bez trudu znaleźć można mniej popularne ośrodki – np. położony nieopodal Grenoble Les Sept Laux – gdzie karnet kosztuje równowartość ceny tego z Polany Szymoszkowej w Zakopanem. Porównanie warunków transakcji ujawnia jednak bolesną dla rodzimej stacji dysproporcję. Gdy bowiem podzielimy cenę dziennego karnetu przez długość tras, które obejmuje, wychodzi, że we francuskim ośrodku (niemożliwe do przejeżdżenia w ciągu jednego dnia 120 km tras) za kilometr zapłacimy w przeliczeniu 1,45 zł, natomiast na Szymoszkowej (1,7 km tras)… 100.

W atrakcyjnych porównywalnie do zakopiańskiej stacji ośrodkach w Austrii jeździ się za jedyne 10 euro dziennie. I to bez kolejek, które są – w szczycie sezonu – powszechnym motywem polskiego narciarstwa. Rodzime stacje wygrywają z alpejskimi przede wszystkim bliskością, dającą mieszkańcom Krakowa czy Wrocławia szansę jazdy w ramach jednodniowego czy nawet popołudniowego wypadu. 

Choć oferują odpowiednie warunki głównie dla niezbyt intensywnego, zróżnicowanego poziomem rodzinnego narciarstwa, to do niedawna ich oferta najmocniej uszczuplała właśnie budżety rodzin. Dzieciom, nawet tym najmłodszym, które w alpejskich ośrodkach do 6., 8., a gdzieniegdzie, jak na lodowcu Stubai, nawet do 10. roku życia jeżdżą za darmo, przysługiwały karnety ulgowe tańsze zazwyczaj o... zaledwie 10 zł. Nie wpisywało się to w opowieść o pazernych góralach – było raczej szyderstwem z mitu państwa przyjaznego rodzinom. W temacie zniżek austriackie ośrodki nadal są górą. Ale właściciele polskich stacji, choć jeszcze nie wszyscy, zaczęli się od nich uczyć, oferując karnety rodzinne lub DZD (dorosły z dzieckiem) pozwalające za dopłatą złotówki czy 10 zł pojeździć z cztero- lub pięciolatkiem. Bez nich rodzinie z dwójką dzieci bardziej kalkulowało się jechać nawet do jednego z droższych ośrodków w Austrii, niż szusować po polskich stokach.

Ta zasada w niektórych miejscach nadal obowiązuje, bo jak to w Polsce bywa, ulgi mają swoje odstępstwa. Łaskawość właścicieli stacji w Zieleńcu pozwala korzystać z ulgowego karnetu dzieciom, ale tylko do lat 10. Te do lat 5. jeżdżą za darmo, choć „oferta dotyczy wyłącznie kolei krzesełkowych – wyciągi narciarskie oraz taśmy są z niej wyłączone”. A chodzi o dzieci najczęściej za małe, by korzystały z kolei krzesełkowej.

Tymczasem w tyrolskim Nauders już po zamknięciu stacji narciarskiej (te alpejskie działają najczęściej do godz. 16-16.30) w centrum miejscowości do późnego wieczora działa taśma – zwana z niemiecka Zauberteppich, magicznym dywanem – która zupełnie za darmo wywozi na krótki stok spragnionych nadal jazdy najmłodszych narciarzy i snowboardzistów czy też korzystające z pobliskiej wypożyczalni sanek rodziny. Biorąc pod uwagę ulgi i udogodnienia, nie dziwi zauważalny przez narciarski biznes w Polsce odpływ klientów, zwłaszcza rodzin, do alpejskiej konkurencji.

Karnet to nie wszystko. Także w cenach noclegów, zwłaszcza poza okresem lokalnych ferii, można w Austrii czy we Włoszech znaleźć oferty konkurencyjne wobec tych w Szczyrku czy Zakopanem. Cenę da się jeszcze obniżyć, szukając noclegu kilkanaście kilometrów od ośrodka, albo wybierając mniej popularne cele. Dla niezmotoryzowanych najatrakcyjniejsze będą oferty biur podróży specjalizujących się w wyjazdach narciarskich, które proponują nawet przystępne cenowo dla polskiej kieszeni wyjazdy do Andermatt czy Laax w najdroższej spośród narciarskich krajów Szwajcarii.

Koszt uprawiania narciarstwa w Europie wyrównuje się. Znacznie zdrożało ono u naszych południowych sąsiadów. Cena dziennego karnetu na słowackim Chopoku, dzięki 50 km tras największym ośrodku narciarskim w naszej części Europy, jest wprawdzie dynamiczna – to kolejny nowy trend w dużych stacjach narciarskich – ale mniej więcej równa cenom w podobnych ośrodkach w Austrii. Zaledwie 20 euro droższy jest 6-dniowy karnet w tamtejszym Saalbach-Hinterglemm, w którym odbywają się właśnie mistrzostwa świata w narciarstwie alpejskim, a do dyspozycji miłośników nart i snowboardu jest aż 270 km tras.

Val Venosta. Północne Włochy, 25 stycznia 2025 r. // Fot. Bartek Dobroch

Ze skąpośnieżnej Europy...

W polskim języku nie ma odpowiednika dla niemieckiego przymiotnika schneesicher. Gdyby istniał, brzmiałby może tak – „śniegopewny”. To, jak wyjaśnia słownik niemiecko-niemiecki, „posiadający z pewnością wystarczająco dużo śniegu do uprawiania sportów zimowych”. Lubujący się w zasadach i ich objaśnieniach Niemcy ukuli nawet definicję dla wywodzącego się od tego słowa rzeczownika Schneesicherheit. Zakłada ona, że owa gwarancja śniegowa odnosi się do obszaru, na którym pokrywa śnieżna (30 cm, względnie 15 cm) utrzymuje się przez co najmniej sto dni.

Oczywiście termin ten musiał powstać, zanim pół wieku temu upowszechniły się armatki śnieżne. W Polsce definicję spełniał Kasprowy Wierch wraz z nartostradami, co jednak ta i poprzednia zima podaje w wątpliwość. Dziś ten termin nadużywany jest przez alpejskie stacje narciarskie w celach marketingowych, choć powinien dotyczyć ośrodków, które dzięki wysokości i korzystnemu położeniu mogą opierać swoje funkcjonowanie na naturalnych dostawach śniegu. I gwarantować warunki do korzystania z niego wszelkim formom narciarstwa – trasowego, jak i pozatrasowego.

Miłośnicy freeride’u, czyli jazdy w puchu, cierpią w warunkach obecnej zimy podwójnie. Europejska pogoda poskąpiła opadów, a gdy się takie pojawiały, świeży śnieg padał na goły grunt lub twardy podkład, podwyższając zagrożenie lawinowe nawet do alarmowej „czwórki”. Choć powinna ona zapalać czerwoną lampkę do jazdy poza przygotowanymi stokami, tęsknota za świeżym śniegiem i niepowtarzalnym doznaniem, jakie daje jazda w jego głębi, przytępia rozsądek i odpowiedzialność. Ten psychologiczny czynnik wyjaśnia zagadkę, dlaczego podczas – znów postawmy na słowotwórstwo – skąpośnieżnych zim ma miejsce tak dużo wypadków i śmierci wśród narciarzy. Tak było np. przed tygodniem po długo wyczekiwanym w Alpach opadzie. Na szczęście nikomu nic nie stało się w Soldzie, w Tyrolu Poludniowym, gdzie dwóch jeźdźców bez głowy wyzwoliło lawinę, która spadła na wyciąg narciarski i otarła się o trasę.

...do śniegopewnej Japonii 

Ta niepewność, która sięga już nawet wysokich Alp, skłania miłośników różnych form narciarstwa do poszukiwania śniegu w odleglejszych i mniej oczywistych przynajmniej z polskiej perspektywy rejonach. Niewygórowane ceny biletów lotniczych, gwarancja śniegu, a nawet mrozu, ogrom znakomicie przygotowanych tras, przyciągają coraz więcej miłośników biegówek do Norwegii i Finlandii.

Poszukiwacze śnieżnego puchu szukają jeszcze dalej. Jego duże opady na wschodzie Turcji inspirowały nawet wielką literaturę i pierwszą wydaną w Polsce powieść Orhana Pamuka „Śnieg”. Chociaż masowo odwiedzana ze względu na słońce i morze Turcja nigdy zapewne nie zyska podobnej sławy wśród narciarzy, zwłaszcza po styczniowym tragicznym pożarze hotelu w ośrodku narciarskim na północnym zachodzie kraju.

Szanse na stanie się nową, choć zgodną z rolą historyczną, Kolchidą dla narciarskich argonautów ma za to Gruzja z sięgającymi ponad 3000 metrów ośrodkami narciarskimi Gudauri, Tetnuldi czy niepowtarzalną wioską Bakhmaro, do której zimą dotrzeć można tylko ratrakiem, zastępującym także w jej otoczeniu nieobecne wyciągi. Podobnie jak w macedońskiej Popovej Šapce w górach Szar. 

Natomiast po odpowiedź na pytanie, gdzie jest wszystek śnieg, który u nas nie spadł, trzeba tej zimy udać się aż do Japonii. Już grudniowe opady w światowej stolicy jazdy w puchu Niseko pobiły rekord sprzed 68 lat. Kolejny padł na Hokkaido 4 lutego. W mieście Obihiro w ciągu 12 godzin spadło 129 cm śniegu. Zima zaskoczyła nawet trudnych do zaskoczenia japońskich drogowców. A prognozy przewidują kolejne śnieżyce i utrzymujące się zimno.

Obrazki z Japonii w miłośnikach nart i zim z poprzedniego stulecia mogą budzić zazdrość, ale i nadzieję. Pokazują, że jeszcze zima nie minęła. Jest gdzie indziej.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 7/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Poszukiwacze zaginionej zimy