„Muszę przystanąć w biegu, chociaż nigdzie nie dobiegłem. I odpocząć! Odpocząć za wszelką cenę!” – mówi napięty jak struna bohater „Dnia świra”, próbując przekrzyczeć szum polskiego morza. To jeden z najbardziej memotwórczych tekstów wygłaszanych w tym filmie przez znękanego belfra, odegranego przed ponad 20 laty przez Marka Kondrata.
Temat odpoczynku ponad pół miliona polskich pracowników oświaty oraz milionów uczniów wrócił przy okazji gdzieniegdzie trwających już, a w większości województw dopiero zbliżających się zimowych ferii. Odżyło też pytanie, dla kogo właściwie i po co są te dwutygodniowe wakacje, które tu i ówdzie rozpoczęły się dosłownie chwilę po – takoż dwutygodniowej – przerwie bożonarodzeniowej.
Ekspert o feriach zimowych: to przeżytek
„Jestem zwolennikiem wprowadzenia przerwy jesiennej. W listopadzie i grudniu zarówno nauczyciele, jak i uczniowie ciągną już resztkami sił, z kolei dwa tygodnie zimą to przeżytek PRL, kiedy dzieci wyjeżdżały na dwutygodniowe zimowiska czy kolonie. Teraz nawet klasa średnia, jeśli wyjeżdża, to zazwyczaj na tydzień” – powiedział niedawno zakopiańskiemu dodatkowi „Gazety Wyborczej” Jarosław Pytlak, dyrektor jednej ze społecznych warszawskich podstawówek.
Ale choć także Ministerstwo Edukacji Narodowej dostrzegło potrzebę zmian, a podległy mu Instytut Badań Edukacyjnych powołał nawet – jak podaje w tym samym tekście „GW” – specjalny zespół rekomendujący zmiany, na razie korekty będą cokolwiek nieśmiałe. O ile do tego roku województwa dzielono na cztery grupy, wymieniające się dwutygodniowym odpoczynkiem z innymi „na zakładkę”, już od przyszłego roku grupy mają być trzy – a okresy ich pauzy nie mają na siebie nachodzić. Nie zmieni się rzecz zasadnicza: ferie zaczną się (dla jednych) w okolicach połowy stycznia i potrwają (dla innych) do początku marca. A zatem będzie, przynajmniej wedle krytyków, inaczej, ale nadal tak samo bez sensu.
Czy lepszym rozwiązaniem byłoby – jak proponuje Jarosław Pytlak – przeniesienie przynajmniej jednego z feryjnych tygodni na jesień? A może po prostu zabranie pięciu dni odpoczynku, skoro uczniowie dostali od nowej władzy „prezent” w postaci ograniczenia zadań domowych, nauczyciele zaś to grupa w stereotypowym odbiorze najwięcej ze wszystkich odpoczywająca?
Kłopot w tym, że prawda o obciążeniach polskiego ucznia, a tym bardziej pedagoga, jest dość daleka od stereotypu.
Czy ferie zimowe to dodatkowe wolne dla nauczycieli?
Od biedy dałoby się bronić jedynie tezy o relatywnie niewielkim obciążeniu obu grup w skali dwunastu miesięcy. 175-180 – mniej więcej tyle dni w tym roku szkolnym spędzą w klasach uczniowie i nauczyciele, z czego w prostym rachunku wynika, że polskie sale szkolne są nieznacznie częściej zamknięte niż otwarte (dni wolne to poza weekendami i dłuższymi przerwami wakacyjno-świątecznymi także święta państwowe i tzw. dni dyrektorskie, do dyspozycji zarządzającego daną placówką). Ale i te dane są mylące: w końcu i uczniowie, i pedagodzy mają multum pracy w domu. Ci pierwsi przygotowują się choćby do sprawdzianów, a w ostatnich latach podstawówki i szkoły ponadpodstawowej szykują się do egzaminów końcowych, wokół których w polskim systemie edukacji wszystko się kręci.
Jeszcze trudniej byłoby dowieść, że polska kadra szkolna oraz jej nieletni podopieczni pracują niewiele w skali tygodnia. Co prawda mityczne pensum, a więc tygodniowa pula czasu spędzonego przy tablicy wynosi dla większości nauczycieli osiemnaście godzin lekcyjnych, ale to tylko część obowiązków. Wedle przeprowadzanych ponad dekadę temu przez Instytut Badań Edukacyjnych pomiarów obciążenia pracą polskiego nauczyciela, jego przeciętne tygodniowe obłożenie zawodową aktywnością to czterdzieści kilka godzin. Tyle samo – a więc nawet nieco więcej niż standardowy etat – zdarza się spędzać w szkole albo nad książkami niektórym uczniom, np. tym z dwóch ostatnich klas podstawówek, zbliżających się do egzaminu ósmoklasisty.
Co innego jednak niż ta godzinowa buchalteria jest istotą szkolnego obciążenia. „Zawód nauczyciela należy do grupy tzw. profesji pomocowych (helping professions) lub inaczej profesji zorientowanych na człowieka (people-oriented professions). (…) Zawody tej grupy, bez względu na to, czy zaliczają się do profesji medycznych (np. lekarz, pielęgniarka), szeroko rozumianej pomocy społecznej i administracji publicznej (…), czy wreszcie do grupy pracowników systemu oświaty (…), charakteryzują się pewnymi cechami wspólnymi” – pisze w książce „Psychospołeczne warunki pracy polskiego nauczyciela” pedagog poznańskiego UAM prof. Jacek Pyżalski, dodając, że cechy te to m.in. większe niż w innych profesjach zaangażowanie emocjonalne, a także znaczna dysproporcja między dawaniem a braniem. „Oznacza to, że symboliczne gratyfikacje wynikające z pełnienia ról zawodowych często nie są w stanie zbilansować kosztów ponoszonych przez pracownika” – dodaje prof. Pyżalski.
Nawet sto tysięcy wypalonych nauczycieli
Zapewne właśnie dlatego wskaźniki wypalenia zawodowego nauczycieli są – pomimo stereotypu pracy lekkiej, łatwej i kończącej się zwykle w okolicach godz. 14 – relatywnie wysokie. Gdy wskaźnik ten badał w 2010 r. łódzki Instytut Medycyny Pracy (pod kierunkiem prof. Pyżalskiego), jedną z trzech składowych wypalenia – czyli obniżone osobiste zaangażowanie w pracę – wykazywało ponad 27 proc. badanych. Drugi z czynników, a więc wyczerpanie emocjonalne, dotyczył niemal co dziesiątego nauczyciela, trzeci zaś (cynizm) mniej więcej co dwudziestego (4,47 proc.). W raporcie z badań IMP autorzy przytaczali też wcześniejsze pomiary Stanisławy Tucholskiej, „która stwierdziła pełnoobjawowy zespół wypalenia zawodowego u 20,7 proc. nauczycieli”.
Kłopot w tym, że – jak zaznacza prof. Pyżalski – przez półtorej dekady aż do dziś nie było w Polsce reprezentatywnych badań nauczycielskiego wypalenia. W 2023 r. ogólnopolskie pomiary dobrostanu zawodowego tej grupy zawodowej zlecił Librus, ale choć przebadano ponad 7 tysięcy osób, nie zostały one dobrane losowo. Pomimo tego wskaźniki – pokazujące, że poszczególne cechy wypalenia widoczne są u ponad połowy nauczycieli – powinny dawać do myślenia.
– Gdybym na podstawie tych nielicznych pomiarów, którymi dysponujemy, miał dokonać jakiegoś ostrożnego uśrednienia, to powiedziałbym, że w populacji polskich nauczycieli wypaleni mogą stanowić kilkanaście procent – ocenia prof. Pyżalski.
Te kilkanaście procent to i tak dużo, bo oznacza nawet 100 tys. z armii 600 tys. polskich nauczycieli. – To także dużo w tym sensie, że wśród wypalonych mogą przecież być tacy, którzy w niemal stu procentach kształtują na co dzień życie uczniów – dodaje prof. Pyżalski. – Wyobraźmy sobie np. sytuację, w której cechy wypalenia wykazuje będąca z dziećmi przez cały dzień nauczycielka z klas 1-3 albo szkolna pedagożka.
Co może wpływać, poza cechami indywidualnymi, na wskaźniki przemęczenia i wypalenia polskich pedagogów? Na pewno nie pomaga ani utrzymująca się od lat zła atmosfera wokół szkoły, ani relatywnie niskie (choć od stycznia ub. roku wyższe o ok. 30 proc.) płace, ani tym bardziej brak stabilizacji, o który dbają politycy wszystkich opcji – przez ponad trzy dekady III RP niemal żadna rządząca ekipa nie oszczędziła polskiej kadrze pedagogicznej reform (bywało, że sprzecznych, jak powołanie, a później odwołanie gimnazjów, czy posłanie sześciolatków do szkół, a po latach wycofanie tej zmiany).
Jak do tego wszystkiego ma się specyfika nauczycielskiego wypoczynku? I jak się ta specyfika ma do resetu idealnego?
Naukowcy: lepiej wypoczywać regularnie i krótko, niż długo i rzadko
– Izraelscy naukowcy zbadali skuteczność wypoczynku, przyglądając się tym samym ludziom przez dłuższy czas – referuje prof. Pyżalski. – Badali poziom obciążenia pracą, a także stopień wypalenia w zależności od tego, na jaki wypoczynek mogli liczyć badani. Okazało się, że samo zbliżanie się dłuższego urlopu niosło ze sobą zmniejszenie natężenia stresu związanego z pracą, ale już w połowie trwania tej długiej przerwy na powrót się zwiększało, by krótko po zakończeniu pauzy powrócić do poziomu sprzed urlopu. Wniosek z tego, ale też z innych badań jest taki, że powinniśmy odpoczywać często, regularnie, a niekoniecznie zawsze długo.
Polski system edukacji to raczej antyteza tych idealnych warunków: nauczyciele i uczniowie odpoczywają zwykle długo, nieregularnie, w dodatku będąc – jak w okresie od września do grudnia – odcięci od możliwości resetu. W dodatku gdy przychodzi, jak w okresie grudzień-luty, kumulacja wakacji, jednych na nie zwyczajnie nie stać, a innych odstraszą tradycyjne feryjne tłumy w obleganych miejscach zimowego wypoczynku.
Może więc pora wreszcie na zmiany w szkolnym kalendarzu – odważniejsze niż te, które planuje od przyszłego roku rząd.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















