Czy Józef Uznański naprawdę skoczył z kolejki na Kasprowy? Prześwietlamy legendę

Brawurowa ucieczka Józefa Uznańskiego po 80 latach nadal jest przedmiotem dyskusji. Czy rzeczywiście umknął hitlerowcom skokiem z kolejki linowej na Kasprowy Wierch?
Czyta się kilka minut
Józef Uznański / archiwum prywatne
Józef Uznański / archiwum prywatne

Tej najmocniej działającej na wyobraźnię wojennej historii tatrzańskiej słuchają turyści wjeżdżający kolejką linową na świętą górę polskich narciarzy:  „W czasie wojny Józef Uznański, narciarz i kurier tatrzański nazywany »Ujkiem« jechał koleją na górę, by ruszyć z tajną misją na Słowację. Nie wiedział, że na szczycie czekają na niego niemieccy żołnierze. Jak tylko się zorientował, przypiął narty i wyskoczył z wagonika w stronę Żlebu pod Palcem. Świetnie jeździł, toteż niemieckie kule i psy nie miały z nim żadnych szans”.

Brzmi to jak streszczenie baśni rozgrywającej się „dawno temu, za górami, za lasami”. Niezaprzeczalnym jest jedynie fakt, że „Ujek” był znakomitym narciarzem i że trwała wojna. Choć opowiadana przez Sebastiana Karpiela-Bułeckę gawęda nie precyzuje nawet, że zdarzyło się to w lutym 1944 r., tajna misja oraz niemieckie kule i psy przeciągają historię na stronę legendy. Skok z kolejki trafił tam już dekady temu. Tak bywa z historiami, których bohater jest jedynym świadkiem.

Legendy o Józefie Uznańskim

Opowieść o skoku z kolejki dzieli ludzi według quasi-religijnego schematu: pierwsi to wyznawcy jedynej bohaterskiej prawdy; drudzy to innowiercy, którzy wprawdzie nie negują skoku, ale wyznają alternatywną wersję historii; trzeci to niewierzący, którzy uznają skok za ludową legendę. W „Sklepie potrzeb kulturalnych”, demitologizującym rozmaite podhalańskie opowieści, postaci i zjawiska, Antoni Kroh pisał, że gdy jako młody pracownik Muzeum Tatrzańskiego zaczepił wskazanego mu mężczyznę w czerwonej goprowskiej kurtce, by ustalić fakty związane z jego głośnym wyczynem, otrzymał kategoryczną odmowę („– Fces w kufe? – Dziękuję, nie – odpowiedziałem uprzejmie”).

Według muzealniczki Róży Drojeckiej ową „tajną misją” Uznańskiego było spotkanie z córką Tyrolczyka kierującego posterunkiem Grenzschutzu na Kasprowym. Z troski o to, by córka nie została posądzona o Rassenschande – spotykanie się z Polakiem – ostrzegał on wcześniej Uznańskiego, by wybił sobie z głowy zakazaną miłość. Gdy ten nie posłuchał, Tyrolczyk zasadził się na niego z kamratami w górnej stacji kolejki. „Józek wjechał na górę, zobaczył, kto na niego czeka, otworzył okno wagonika, trzymając się zewnętrznej barierki wysiadł na drugą stronę i śmignął im przed nosem na Halę Gąsienicową do Brońci Bustryckiej”.

Opowieść żyła w czasach PRL-u własnym życiem, implikując także wersje, w których skoku w ogóle nie było. W czasach prymatu propagandy nad faktami, gdy bohaterskie opowieści o tatrzańskich kurierach i ratownikach niosących pomoc radzieckim partyzantom służyły władzy do przykrycia prawdy na temat zaangażowania części górali po stronie kolaborującego z nazistami Goralenvolku – nikomu, łącznie z Uznańskim, ukrywającym po wojnie swoje akowskie i partyzanckie losy, nie zależało na przywróceniu jej faktograficznego charakteru.

Zaczęła ją także przetwarzać kultura, wywierając wpływ na historię wyobrażoną skoku. W trzeciej części „Eroiki”, ostatecznie niewłączonej przez Andrzeja Munka do filmu noweli „Con bravura”, pojawia się ratownik Nowotarski, któremu przebrana za zakonnicę główna bohaterka przekazuje kurierskie hasło: „przychodzę w sprawie białych gołębi”. Wezwany do telefonu i najwyraźniej ostrzeżony, chwyta narty, zeskakuje z tarasu górnej stacji i zjeżdża szusem wprost do Doliny Suchej Kasprowej, uciekając przed kulami Niemców strzelających ze zbliżającego się wagonika kolejki. 

Odtworzenie sceny skoku planowali później także twórcy opowiadającego o kurierach tatrzańskich „Znicza olimpijskiego”. Dublujący aktora kaskader Krzysztof Fus nie był jednak narciarzem na miarę Uznańskiego, a podczas zdjęć zimą 1969 r. brakowało śniegu na efektowne narciarskie popisy. Fus skakał więc z wagonika kolejki bez nart, chwytając się w locie świerka, co przy trzeciej powtórce skończyło się upadkiem z wysokości ponad 15 metrów, śmiercią kliniczną, czasowym paraliżem i amnezją. Ten skok, uznawany za największy kaskaderski wyczyn w polskim kinie, na lata wpłynął na odbiór historii o skoku Uznańskiego jako wyczynu dosłownie karkołomnego, a zatem niewiarygodnego.

Po latach kolejną wariację historii stworzył w „Białej odwadze” Marcin Koszałka: to niezbyt spektakularny epizod narciarskiej ucieczki bohatera przed Grenzschutzami wprost spod stacji kolejki na Kasprowym do Żlebu pod Palcem. Skoku tu zabrakło.

Karierę sportową Uznańskiego przerwała wojna

Życie Józefa Uznańskiego trudno sprowadzić do jednej akcji, „tatrzańskiego Jamesa Bonda”. Znając je, trudno też wątpić w prawdziwość tamtego skoku. Urodził się 30 marca 1924 r. w Zakopanem, niemalże z nartami na nogach. Jako czterolatek wygrał pierwsze zawody: bieg narciarski na 100 metrów. Jako 12-latek dzięki ojcu kolegi, austriackiemu inżynierowi i budowniczemu kolejki, wyjechał nią na Kasprowy, zanim na pokład wpuszczono pierwszych oficjalnych pasażerów. Gdy miał lat 14, w Międzynarodowych Mistrzostwach Polski zajął 18. miejsce na 167 startujących, a potem dołożył ósme w slalomie i siódme w kombinacji alpejskiej. Trenując u boku olimpijczyka Bronisława Czecha, zjeżdżał trudnymi żlebami, w tym usytuowanym tuż pod górną stacją kolejki Żlebem pod Palcem.

Obiecującą zawodniczą karierę przerwała wojna. Wśród pierwszych ofiar hitlerowskiego terroru pod Tatrami byli znakomici narciarze. Za samo posiadanie nart można było wówczas trafić do katowni Podhala „Palace” i do obozów. Nie mogąc jeździć na nartach, Uznański uprawiał wspinaczkę. W trójkę z poznanym już w szkole podstawowej Janem Krupskim i Józefem Świerkiem, w 1943 r. poprowadził nową drogę na południowej ścianie Niebieskiej Turni. 

Trzej nastoletni taternicy rok wcześniej dokonali czynu, który miał się zapisać w zbiorze najgłośniejszych wojennych historii tatrzańskich – również balansujących na granicy legendy. Błędnie przypisuje się go znanemu zespołowi taterników Łapiński–Paszucha. W mglistej wieczornej aurze, niewidoczni znad Morskiego Oka, wspięli się na wierzchołek Mnicha, a następnie poluzowali węzły i częściowo powybijali haki mocujące swastykę wiszącą na wschodniej ścianie, osadzoną przez Niemców na drewnianym stelażu i pomalowaną na biało. Pierwszy halny dokończył dzieła, zrzucając symbol i roztrzaskując o piargi.

W sylwestra 1944 r. Uznański z Krupskim stanęli w drzwiach schroniska Murowaniec i odśpiewali „Mazurka Dąbrowskiego”. Niepowstrzymani przez Niemców, przekonanych najwyraźniej, że to partyzanci, którzy otoczyli schronisko, zniknęli w ciemności i zjechali na nartach do Zakopanego.

Józef Uznański / archiwum prywatne

Żołnierz podziemia, ścigany przez Sowietów

Uznański faktycznie działał już wówczas w partyzantce. Ale zaczynał w wieku 18 lat jako żołnierz Związku Walki Zbrojnej. Pełnił w nim funkcję łącznika na Podhalu i w Gorcach, czasem zdarzało mu się także chodzić na Słowację. Wbrew powielanym informacjom nie był zarejestrowany jako kurier tatrzański, nie przeprowadzał nikogo przez zieloną granicę. Choć bez wątpienia przez nią chodził, także dowodząc nienależącą jeszcze formalnie do AK dwunastoosobową grupą.

„Wydaje się, że ich działalność i udział w październiku 1944 r. w Słowackim Powstaniu Narodowym był akcją samodzielną i nieuzgodnioną z miejscowymi strukturami AK. Podobnie jak zatrzymanie, a następnie wypuszczenie na wolność spotkanego w Tatrach Wacława Krzeptowskiego [jednego z przywódców Goralenvolku – red.]” – pisze historyk Dawid Golik w książce „Partyzanci »Lamparta«”.

Rzeczywiście jesienią 1944 r. Uznański zniknął z Zakopanego, zaszył się w Gorcach, działał w partyzantce, w I Pułku Strzelców Podhalańskich, IV Batalionie „Lamparta” – kapitana Juliana Zapały. Nosił pseudonim „Jeleń”. Od grudnia do końca wojny był w AK, brał udział w kilku akcjach przeciwko Niemcom. Niedługo po wojnie został jednak aresztowany w Nowym Sączu przez Sowietów. O mały włos nie podzielił losu drugiego podhalańskiego „Ujka” – jak z szacunkiem określano wywiezionego na Sybir Józefa Krzeptowskiego.

Z obozu zbiorczego NKWD na Słowacji udało mu się zbiec. Wolnością nie cieszył się długo. Wraz z kolegami z partyzantki planowali ucieczkę na Zachód, przez góry do Austrii. Wysłany na zwiady do punktu zbiórki na Gubałówce, trafił na obławę. „I tak przeszedłem przez NKWD, UB, Plac Inwalidów w Krakowie, forty na ul. Kamiennej” – opowiadał po latach portalowi Nasz Kasprowy. 

I znów dokonał skoku, co do którego historycy nie mają wątpliwości. 6 września 1945 r. wraz z dwoma towarzyszami zbiegł z Bastionu IV –  więzienia UB, położonego właśnie przy ul. Kamiennej w Krakowie. „Po ustaleniu daty ucieczki z osobami przebywającymi na wolności, w uzgodnionym dniu wyprowadzeni do pracy więźniowie obezwładnili strażnika, zjechali po linie z murów Bastionu, pokonali druty kolczaste i uciekli przygotowanym wcześniej samochodem” – pisze Krzysztof Pięciak.

Uznański wrócił do Zakopanego, z którego znów uciekał na zachód, tym razem jednak na Ziemie Odzyskane. Praca w nadleśnictwie w Mosinie koło Gorzowa Wielkopolskiego wydawała się bezpiecznym azylem. Tam jednak znów dopadła go przeszłość: ścigało go UB. Ciężko pobity, wylądował w gorzowskim szpitalu. Także stamtąd udało mu się uciec na wolność. Kolejny raz jednak musiał się ukrywać. Dopiero po dwóch latach, 13 grudnia 1954 r., ujawnił się w prokuraturze wojskowej w Zielonej Górze.

Pionier nowoczesnego ratownictwa górskiego 

Po trzydziestce zaczął nowe życie w Zakopanem. Było zbyt późno na karierę narciarską, ale znów jeździł i skakał. Przewodnictwo tatrzańskie go nie wciągnęło. Spełniał się w roli instruktora narciarskiego, ale w pełni odnalazł się w ratownictwie górskim. Już w 1959 r. w Grupie Tatrzańskiej GOPR przeszedł na zawodowstwo.

Uczestniczył w 313 wyprawach ratunkowych i około 200 zwózkach narciarskich, ale w historii polskiego ratownictwa górskiego zapisał się przede wszystkim jako pionier i tester nowo wprowadzanych w Tatrach technik ratowniczych. W tym zjazdów w szelkach Grammingera, czyli tzw. zestawie alpejskim używanym do ratowania rannych z najwyższych ścian. Rekord w długości zjazdu, który poprawiał przez kolejne lata, ustanowił ostatecznie 480-metrowym zjazdem na stalowej lince na ścianie Kazalnicy Mięguszowieckiej. „Tylko przez kilkadziesiąt metrów ma się w zjeździe kontakt ze ścianą. A potem wolny zwis i to kręcenie. Na Kazalnicy wisi się chyba z 15 metrów od ściany. A złudzenie jest takie, że na środek Czarnego Stawu się trafi” – opowiadał mi w rozmowie dla „Gazety Wyborczej”. 

Gdy zjazdy zastąpiło (obarczone też wówczas niemałym ryzykiem) ratownictwo śmigłowcowe, Uznański był pierwszym uczestnikiem takich akcji. A kiedy wzorem Austriaków wprowadzono i u nas do ratownictwa górskiego psy lawinowe, został przewodnikiem i instruktorem pierwszego z nich, Cygana, owczarka niemieckiego (choć z bieszczadzkim rodowodem).

Do później starości dzielił się też wiedzą jako starszy instruktor ratownictwa górskiego i próbował nowych rzeczy. Wojciech Marczułajtis uczył go na osiemdziesiątkę jazdy na snowboardzie, a w jednym z ostatnich sezonów narciarskich na werandzie drewnianego domu pod Nosalem, który po jego śmierci spłonął, „Ujek” chwalił się świątecznym prezentem od wnuków – szerokimi nartami do jazdy w puchu. Zmarł 20 lutego 2012 r.

Jak było naprawdę ze skokiem Uznańskiego

U schyłku życia nie musiał kryć już faktów za legendami i przemilczeniami. Z jego rozmów z przyjaciółmi, dziennikarzami i filmowcami wyłania się też spójna i wiarygodna wersja opowieści o najsłynniejszym skoku.

Niemiec, nie Tyrolczyk, Karl Stieber, nie kierował posterunkiem Grenzschutzu, ale Berghotelem „Kasprowy”, w którego restauracji bufetową była jego siostrzenica Magda. Młodzi spotykali się potajemnie, ale dziewczyna w połowie wojny opuściła Zakopane, nie mogła być więc powodem „tajnej misji” Uznańskiego w lutym 1944 r. W istocie o świcie miał on wyruszyć przez Dolinę Olczyską, Halę Gąsienicową i Liliowe do leśniczego w Podbańskiej, by przekazać tam ustalenia związane z planowanym wówczas na Słowacji powstaniem przeciw reżimowi ks. Tisy.

Zima była śnieżna, w nocy przyszedł kolejny opad. Nie było mowy, żeby iść, zostawiając ślady. Jedynym wyjściem był wjazd kolejką. Kolega konduktor – wnuk „Ujka” Kamil Uznański zapamiętał z opowieści dziadka jego nazwisko: Tylka-Suleja – poinformował go o kontroli na Kasprowym. Zaproponował, że uchyli prawe drzwi tuż przed stacją. Poza Uznańskim i starszym Niemcem lub Austriakiem nie było w wagoniku innych narciarzy. Narty, choć przewożono je wówczas w zewnętrznym koszu, mógł wieźć dzięki temu w środku. Położył je na podłodze koło drzwi udając, że poprawia wiązania. Tuż przed stacją, gdy kolejka zwolniła, zeskoczył na nartach do grubo wyścielonego śniegiem Żlebu pod Palcem z wysokości nie więcej niż dwóch metrów. Niezauważony, szybko zniknął za skalnym zwężeniem i zjechał do Doliny Suchej Kasprowej.

Większym wyczynem w świetle jego słów było wydostanie się stamtąd i nocne podejście w zaspach na Halę Gąsienicową do kryjówki w schronisku Bustryckich.

– To nie był skok, tylko zeskok – uściśla przyjaciel „Ujka” Apoloniusz Rajwa.

Nie wszyscy przyjaciele wierzyli w tę wersję. – Opowiadał ją tyle razy, że w końcu sam uwierzył w to, że skoczył – mówił mi po śmierci „Ujka” Jan Krupski.

Nie chciałem burzyć statusu tatrzańskiej legendy, domagając się potwierdzenia jej prawdziwości, ale nie mogłem nie zapytać Kamila, toprowca i współtowarzysza wielu narciarskich przygód:

– A według ciebie skoczył?

– Tak o tym opowiadał, a mnie by dziadek przecież nie oszukał.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 50/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Bohater niejednego skoku