Koniec lat 60. XX wieku. W Chinach trwa rewolucja kulturalna. Ye Wenjie, młoda studentka astrofizyki, zostaje wysłana na reedukację do obozu znajdującego się w górach Wielkiego Chinganu. Pracując przy wyrębie lasów płaci za „grzechy” ojca, profesora zabitego za rzekomo reakcyjne poglądy.
Trucizny z komunistycznych Chin
Pewnego dnia w obozie drwali zjawia się młody dziennikarz Bai Mulin. Ma ze sobą angielską książkę, którą w sekrecie tłumaczy na chiński.
„Zwróciła na nią uwagę góra, która chce ją rozprowadzić wśród wybranych członków kadry do użytku wewnętrznego. Przetłumaczyłem część o lasach” – wyjaśnia dziewczynie swoje zadanie. Dodaje, że jest poruszony tym, co zobaczył w ostatnich dniach w okolicy obozu. Mówi, że chce o tym napisać do kierownictwa w Pekinie.
Ye zna angielski, bierze więc książkę od Bai Mulina. Czyta opowieść o destrukcyjnym dla przyrody wpływie środków chemicznych stosowanych w rolnictwie. Pod wpływem lektury postanawia pomóc napisać list do władz. Przyjdzie jej za to zapłacić, gdy przesyłka trafi w ręce oficerów politycznych, którzy z miejsca uznają ją za wywrotową. Bai Mulin wszystkiego się wyprze, ale Ye trafi do ciężkiego więzienia.
Lektura książki ma jednak dla niej poważniejsze konsekwencje. Dziewczyna dochodzi do wniosku, że „nie można oczekiwać od ludzkości moralnego przebudzenia, tak jak nie można się spodziewać, że ludzie uniosą się nad ziemię, ciągnąc się za włosy. Moralne przebudzenie wymaga interwencji siły spoza rodzaju ludzkiego”.
Kilka lat później Ye trafi do tajnej bazy wojskowej i skorzysta z danej jej tam szansy obudzenia takiej siły. Wyśle w kosmos wołanie o ratunek, które zostanie wysłuchane. A w przyszłości stanie na czele ruchu, którego celem jest podporządkowanie ludzkości przybywającym z kosmosu Obcym.
Więcej niż Netflix: kim była Rachel Carson
Cała ta historia to rzecz jasna fragment bestsellerowej powieści „Problem trzech ciał”, napisanej przez chińskiego autora science fiction Liu Cixina i zekranizowanej niedawno – z mizernym efektem – przez Netflix. Wszystko jest tu pięknie zmyślone, z wyjątkiem jednego elementu.
Książka, którą Ye dostaje od Bai Mulina, to „Milcząca wiosna” Rachel Carson. I Liu Cixin nie przesadził, przypisując jej takie znaczenie. Ukazanie się tego tytułu w USA to jeden z momentów przełomowych i fundujących współczesny ruch ekologiczny.
Rachel Carson przez całe zawodowe życie zajmowała się ochroną przyrody. Od 1936 r. pracowała w federalnym Biurze Rybołówstwa w Baltimore, gdzie z początku była odpowiedzialna za przygotowywanie tekstów do audycji radiowych poświęconych życiu w oceanach. Szybko poznano się na jej talentach popularyzatorskich.

Gdy w 1939 r. instytucję przekształcono w Biuro Rybołówstwa i Dzikiej Przyrody USA, Carson miała już niezłą pozycję i rozpoznawalność, ale prawdziwą gwiazdą stała się dzięki publikowanemu od 1951 r. na łamach „New Yorkera” cyklu „The Sea Around Us” (Morze wokół nas). Zdobywała nagrody (w tym National Book Award), jeździła z odczytami, wydawała kolejne książki.
„Odurzona poczuciem własnej mocy [ludzkość] wydaje się posuwać coraz dalej w swych eksperymentach niszczących ją samą i świat” – pisała.
Od 1945 r. Carson próbowała zainteresować różne redakcje problemem wpływu chemicznych środków ochrony roślin, przede wszystkim słynnego DDT, na świat przyrody. Udało jej się to dopiero w 1962 r., kiedy cykl na ten temat zaczął publikować „New Yorker”. „Milcząca wiosna” ukazała się chwilę później.
Carson dowodziła w niej przekonująco, że związki chemiczne takie jak DDT mają bardzo niekorzystny wpływ na procesy komórkowe u roślin i zwierząt, a domyślnie także u ludzi. Ich szkodliwość polega nie tylko na przerażających konsekwencjach zdrowotnych, prowadzących często do upośledzenia i śmierci, ale także na zdolności do akumulowania się w tkankach i zwiększania przez to swojej mocy w momencie uwolnienia.
Efekt publikacji był piorunujący. Przede wszystkim dlatego, że przypadła na czas masowej produkcji i wykorzystywania tych środków w rolnictwie, ale też w gospodarstwach domowych, np. do tępienia karaluchów.
Dlaczego Joni Mitchell śpiewała o środkach owadobójczych
Po lekturze „Milczącej wiosny” prezydent John F. Kennedy podjął decyzję o zleceniu badań weryfikujących tezy Carson. W efekcie wiosną 1964 r. (18 miesięcy po publikacji) zakazano produkcji pestycydu DDT na terenie USA, a Kongres przegłosował Ustawę o Narodowej Polityce Środowiskowej (National Environmental Policy Act). Powołano też do życia Agencję Ochrony Środowiska Naturalnego (Environmental Protection Agency), mającą pełnić rolę bufora chroniącego środowisko przed szkodliwą działalnością gospodarczą.
Ale siła tej książki wykraczała daleko poza sprawę DDT. Zeznając przed komisjami Kongresu, Carson mówiła rzeczy, które jeszcze kilka miesięcy wcześniej nikomu nie mieściły się w głowie. Argumentowała, że ochrona przed napływem toksyn rozpowszechnianych przez inne osoby jest jednym z podstawowych praw człowieka i państwo powinno swoim obywatelom taką ochronę zapewniać. Jej książka i wypowiedzi zmieniły język rozmowy o naszej relacji ze środowiskiem naturalnym.
„Czy można sobie wyobrazić, by Ziemia, której powierzchnię obciąża się takimi truciznami, mogła nadal podtrzymywać procesy życiowe? Środki te nie powinny być nazywane »owadobójczymi«, lecz »życiobójczymi«” – pisała.
Zmiany, którą zapoczątkowała, nie dało się już zatrzymać. W 1970 r. Joni Mitchell śpiewała w swoim przeboju „Big Yellow Taxi”: „Hej, rolniku, odłóż już to DDT, / Daj mi plamki na moich jabłkach, / Ale zostaw mi ptaki i pszczoły, proszę”, podbijając jeszcze w refrenie: „Czy to zwykle nie jest tak, / Że nie wiesz, co masz, dopóki tego nie stracisz? / Zabetonowali raj, postawili parking”. O wpływie, jaki „Milcząca wiosna” wywarła na ich pisarstwo, otwarcie mówiły Margaret Atwood, Ursula K. Le Guin i Rebecca Solnit.
Książka Carson była zapalnikiem ekologicznej rewolucji, która podważyła bezkrytyczne zaufanie do powojennej nauki. Wcześniej chemikom w białych fartuchach przypisywano wręcz „boską mądrość” – „Milcząca wiosna” pokazała, że technologia rozwija się szybciej niż ludzkie poczucie odpowiedzialności.
W całych Stanach zaczęły się pojawiać obywatelskie grupy sprzeciwiające się przymusowym opryskom owadobójczym, ale zaczęto przyglądać się także innym aspektom degradacji środowiska, takim jak wydobycie ropy naftowej i węgla czy deforestacja. Na fali tego wzburzenia, zasilanej oczywiście rewolucją roku 1968, powstały dziesiątki organizacji i ruchów ekologicznych, choćby Greenpeace.
W ekologii Polska nie była zapóźniona
Dlaczego na polski przekład „Milczącej wiosny” czekaliśmy tak długo? Nie jest to u nas, niestety, coś niezwykłego: klasyczne dzieła założycielskie dla architektury modernizmu, czyli „Kiedy katedry były białe” i „W stronę architektury” Le Corbusiera, wydano nad Wisłą sto lat po ich premierze.
Na fundamentalną dla współczesnej socjologii „Gospodarkę i społeczeństwo” Maksa Webera czekaliśmy 80 lat, „Czarną skórę, białe maski”, kluczową dla studiów postkolonialnych książkę Frantza Fanona, dostaliśmy po 68 latach, a „Śmierć i życie wielkich miast Ameryki” Jane Jacobs – książkę założycielską dla ruchów miejskich – po półwieczu.
W wielu przypadkach brak takich książek w polskim przekładzie oznaczał po prostu intelektualną dziurę i zapóźnienie. W przypadku tematyki ekologicznej jednak trudno o czymś podobnym mówić. Mało tego – polscy czytelnicy mogli zapoznać się z diagnozą stanu planety napisaną w przystępny i przejmujący sposób na rok przed tym, jak Rachel Carson wydała „Milczącą wiosnę” w oryginale.
Trudno więc zgodzić się z Wojciechem Eichelbergerem piszącym na czwartej stronie okładki polskiego wydania o śnie, w jaki wszyscy popadliśmy. Chyba że przyjmiemy, iż stało się to całkiem niedawno. Bo w PRL-u, zwłaszcza w jego schyłkowej fazie, świadomość degradacji środowiska i pilnej potrzeby jego poprawy była pod wieloma względami wyższa niż dziś.
A podwaliny pod to położyła m.in. nikomu dziś właściwie nieznana zoolożka z Krakowa.
Leńkowa o spustoszonej planecie
„Nie będzie przesadą, jeśli się powie, że ludzie, choć są wszyscy mieszkańcami jednej planety, zachowują się jak przysłowiowi źli sublokatorzy” – tymi słowami zaczyna się „Oskalpowana Ziemia” wydana po raz pierwszy w 1961 r., a później wielokrotnie wznawiana (moje wydanie pochodzi z 1988 r.).

Jej autorką jest Antonina Leńkowa, która podobnie jak Carson właściwie całe zawodowe życie poświęciła popularyzacji wiedzy o ochronie przyrody. Po ukończeniu biologii na UJ pracowała w redakcji czasopisma „Wszechświat”, by ostatecznie na długie lata związać się z Zakładem (później Instytutem) Ochrony Przyrody PAN w Krakowie. Z czasem, obserwując postępującą degradację środowiska, zrezygnowała z uprawiania wąskich, podstawowych badań naukowych na rzecz zaangażowanej publicystyki.
Owocem tego zwrotu była właśnie „Oskalpowana Ziemia”, ukazująca bezlitosne spustoszenia dokonywane na planecie przez człowieka i stanowiąca dla polskich czytelników pierwszą tak wstrząsającą diagnozę stanu środowiska.
Ogromny sukces tej i kolejnych publikacji wynikał w dużej mierze z wybitnego warsztatu literackiego. Dysponując „lekkim piórem”, Leńkowa potrafiła skrupulatnie weryfikowane naukowo fakty opisywać barwnym, żywym językiem.
Granice wzrostu a sprawa polska
Już tylko rzut oka na spis treści wskazuje na świadomość złożoności problemów, o jakich pisze autorka. Są więc tu rozdziały poświęcone przeludnieniu planety, wymieraniu gatunków, pustynnieniu krajobrazów, migracji gatunków inwazyjnych, wyczerpywaniu się zasobów mórz, deficytów wody, ekstensywnego, niszczącego ekosystemy rolnictwa monokulturowego, zagrożeń atomowych, a nawet szkodliwości hałasu.
Gdyby wziąć dziewięć granic planetarnych, opisanych przez Johana Rockströma, Willa Steffena i innych w słynnym eseju „A Safe Operating Space for Humanity” z 2009 r., to z podziwem można odkryć, że Leńkowa dotyka właściwie wszystkich tych problemów. I dzieje się to przed przełomowym raportem Klubu Rzymskiego pod tytułem „Granice wzrostu” z 1972 r.
Rok po wydaniu „Oskalpowanej Ziemi” Leńkowa wzmocniła swój popularyzatorski autorytet publikacją w „Ochronie Przyrody” naukowego i pod wieloma względami przełomowego artykułu poświęconego wymieraniu w Polsce raków szlachetnych.
Po przeprowadzeniu licznych analiz, ankiet i badań terenowych udokumentowała w nim proces wypierania polskiego, rodzimego raka (którego występowanie gwałtownie się kurczyło) przez inwazyjnego, sprowadzonego z Ameryki Północnej raka pręgowatego, odpornego na dziesiątkującą europejskie gatunki „dżumę raczą”. To opracowanie na dekady stało się punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń polskich badaczy wód i przyrodników.
Lata 80.: ołowiane dzieci mówią „stop”
W latach 80. przyszedł czas na kolejne jej książki. „Zaczęło się od świętego gaju” (1981), „Aby świat nie stał się pustynią” (1981), „Trudna droga do arki Noego” (1985), „Pod znakiem pandy” (1985): zagęszczenie tytułów nie jest tu przypadkowe. W tamtym czasie w PRL-u mocno dawały się już we znaki wielkoskalowe konsekwencje industrializacji. A proces ten przebiegał przecież właściwie bez żadnych ograniczeń związanych z ochroną środowiska.
Problemy i skandale nawarstwiały się od lat. W 1974 r. młoda lekarka rejonowa w katowickich Szopienicach, dr Jolanta Wadowska-Król, odkryła u trafiających do niej dzieci objawy ołowicy. Chwilę później w podkrakowskiej Skawinie wybuchła sprawa zatrucia okolicznych wsi fluorem, która doprowadziła do zamknięcia w 1981 r. wydziału elektrolizy w tamtejszej hucie.
Z zatruciem ołowiem, cynkiem, miedzią i arsenem borykali się mieszkańcy wsi wokół otwartego w latach 70. zagłębia miedziowego w okolicach Głogowa. Wymierały lasy w Sudetach (a zwłaszcza Górach Izerskich), Zatoka Pucka przypominała ściek, zbierając nieczystości z Trójmiasta, a większość rzek w Polsce miała wody poza jakąkolwiek klasą czystości.
Wszystko to przekładało się na jakość życia i zdrowie obywateli, rezonując ze społecznym i politycznym buntem, jaki wzbierał przez całe lata 80. Degradacja środowiska była kolejnym dowodem na niewydolność systemu i obojętność władz.
Jak jednak zwraca uwagę w swoich badaniach Przemysław Sadura, to właśnie cielesne, jednostkowe doświadczenie zniszczenia środowiska i wpływu tej degradacji na zdrowie ludzi wygenerowało bezprecedensową świadomość ekologiczną Polaków i ich gotowość do wyrzeczeń na rzecz środowiska.
Lata 80. to w polskiej ekologii moment przejścia od akademickich dyskusji i pojedynczych alarmów naukowców do masowego, obywatelskiego aktywizmu. Wrocławski odłam ruchu „Wolność i Pokój” wiele swoich działań koncentrował wokół protestu przeciwko działaniu tamtejszej Huty Siechnice. Apogeum był marsz protestacyjny dziesięciu tysięcy osób ulicami Wrocławia w listopadzie 1988 r. W tym samym miesiącu premier Mieczysław Rakowski wydał decyzję o likwidacji huty.
To także w latach 80. uformowały się środowiska do dziś odgrywające istotną rolę w ochronie przyrody, takie jak Polski Klub Ekologiczny, Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot czy Ruch Ekologiczno-Pokojowy „Wolę Być”, późniejszy Ruch „Gaja”.
Ekologia przy Okrągłym Stole
Mało kto pamięta, że podczas obrad Okrągłego Stołu działał Podzespół ds. Ekologii. W efekcie jego prac zidentyfikowano i wpisano na „czarną listę” 80 zakładów, które w największym stopniu niszczyły środowisko i zdrowie ludzi (znalazły się na niej m.in. huty, zakłady celulozowe i chemiczne).
Wywalczono pełne odtajnienie informacji o stanie środowiska, wprowadzono też do polskiego porządku prawnego zasadę, że obywatele mają prawo wiedzieć, czym oddychają i co piją. Stworzono także nowy system finansowania ochrony i rekultywacji środowiska, którego operatorem został działający do dziś Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Środki na jego działanie miały pochodzić m.in. z kar nakładanych na podmioty, które trują najbardziej.
Protokół Podzespołu ds. Ekologii wygenerował zmianę w podejściu do środowiska porównywalną chyba tylko z tą, która przyszła po wejściu Polski do Unii. Oczywiście brutalna rzeczywistość transformacji sprawiła, że nie wszystkie wypracowane wtedy punkty zrealizowano od razu i w pełni. Niemniej trudno szukać w świecie przykładów uwzględnienia tak szerokich postulatów ekologicznych podczas bezkrwawej zmiany ustroju.
Czy „oskalpowana Ziemia” ma szansę się odrodzić
„Zwycięstwa czasem przemykają niezauważone. O wiele łatwiej nam rozpoznać porażkę” – pisze Rebecca Solnit w głośnej książce „Nadzieja w mroku”. Lubujemy się w doniesieniach o katastrofach i rozpadzie, zbyt rzadko dostrzegając „wzbierające głębinowe fale”. A to one ostatecznie przynoszą realną zmianę.
Ten powolny przypływ zaczyna się często od pojedynczych tekstów. „Milcząca wiosna” Carson czy „Oskalpowana Ziemia” Leńkowej nie naprawiły świata z dnia na dzień. Działały z mniejszym lub większym opóźnieniem. Budziły czytelników, rodziły w nich gniew, napędzały tryby ustrojowych negocjacji.
Fikcyjna Ye Wenjie nie miała szansy tego dostrzec. Książka amerykańskiej biolożki (i zdrada przyjaciela, który tę książkę ofiarował) stała się dla niej ostatecznym dowodem na nieuchronny upadek ludzkości. Wybrała więc desperackie cięcie. Zaprosiła Obcych, wysyłając w kosmos fatalną w skutkach depeszę:
„Przylećcie tu! Pomogę wam podbić ten świat. Nasza cywilizacja nie jest już w stanie rozwiązać swoich problemów. Potrzebujemy waszej interwencji”.
Liu Cixin ubrał nasze ekologiczne lęki w efektowny, popkulturowy kostium. Kłopot w tym, że w rzeczywistości nikt z kosmosu nas nie wyręczy. Rozwiązanie naszych problemów jest tu – na Ziemi. I zawsze tu było.

„Milcząca wiosna” Rachel Carson, przeł. Marek Czekański, PWN 2026

„Oskalpowana Ziemia” Antonina Leńkowa, Zakład Ochrony Przyrody PAN 1961
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















