Nasza przyroda jest pełna gatunków inwazyjnych. Strona rządowa podaje, że w 2019 r. naliczono ich 118, a liczba ta do obecnego roku na pewno wzrosła. Są wszędzie: na łąkach, w lasach, w wodach, na ich obrzeżach, w sadach i w miastach. I są dużym problemem dla środowiska.
Podtruwanie konkurencji: metody nawłoci na polskich łąkach
Na łąkach dominują dwa gatunki nawłoci pochodzenia północnoamerykańskiego: nawłoć kanadyjska (Solidago canadensis) i nawłoć późna, zwana też olbrzymią (Solidago gigantea). Oba kwitną licznymi, drobnymi kwiatami. – Ponadto nawłoć kanadyjska tworzy rozmaite podgatunki w swym rodzimym zasięgu występowania, Ameryce Północnej – mówi „Tygodnikowi” prof. Magdalena Szymura z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. – Była do nas przywożona parokrotnie jako roślina ozdobna.
Nawłocie rozprzestrzeniły się po całym kraju. Obecnie zasiedlają głównie pobocza dróg i miejsca po działalności ludzi, ale spotyka się je też na zwykłych łąkach.
– Nawłoć wąskolistna (Solidago graminifolia) została przywieziona w podobnym czasie co nawłoć kanadyjska, ale przypadkowo, w postaci nasion będących zanieczyszczeniem gleby w doniczkach drzew i krzewów ozdobnych. Początkowo się nie rozprzestrzeniła i rosła tylko w miejscu pierwszej introdukcji: w okolicach Opola – opowiada prof. Szymura. – Była to jednak bomba z opóźnionym zapłonem. Teraz można ją spotkać na obszarach pokopalnianych Górnego Śląska, a także w Borach Niemodlińskich. Zapewne za kilka lat będzie występować w całej Polsce.
Dlaczego dla rodzimej przyrody może być problemem? M.in. dlatego, że nasze gatunki zapylaczy nie są przystosowane do zbierania pyłku i nektaru z nawłoci północnoamerykańskich.
– Inwazyjne nawłocie są miododajne i przyciągają hodowlane pszczoły. Niestety ograniczają populacje dzikich zapylaczy, nawet o 90 proc. – opowiada dr Paulina Bączek również z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu.
– Zwierzęta rzadko jedzą inwazyjne nawłocie – mówi prof. Szymura. – One zawierają dużo alkaloidów i mają gorzki smak. Ponadto ich łodygi oraz liście są twarde. Zwierzęta je więc zgryzają, jak nie ma nic innego. Jeżeli mają wybór, to żywią się dostępnym, najczęściej rodzimym gatunkiem, jak nawłoć pospolita (Solidago virgaurea).
Również ptaki, które lubią gniazdować wśród trawy, jak skowronek, unikają nawłociowisk. Rośliny inwazyjne tworzą bowiem gęste i wysokie łany, co prawdopodobnie ma związek z wydzielanymi do gleby tzw. substancjami allelopatycznymi. To zróżnicowane związki chemiczne, które poniekąd zatruwają okolicę – powodują np., że nasionom innych roślin trudniej w niej kiełkować, albo zaburzają współpracę rozwiniętych już roślin z innymi organizmami (np. grzybami porastającymi korzenie i dostarczającymi roślinom minerały). Substancje allelopatyczne są jednym z narzędzi skutecznej inwazji obcych roślin.
Obce gatunki w Polsce: biedronki azjatyckie i szopy pracze
W naszych lasach panoszy się czeremcha amerykańska (Prunus serotina). Ona również pochodzi z Ameryki Północnej. Do Europy wprowadzono ją na początku XVII w. jako roślinę ozdobną. Przyjmuje pokrój małego drzewa lub krzewu. Początkowo nie stanowiła zagrożenia. Dopiero posadzenie jej sadzonek w lasach w XIX w. – miała dostarczać drewna – spowodowało jej rozprzestrzenianie się. Okazało się, że świetnie się sprawdza na siedliskach ubogich. Obecnie można ją już spotkać na całym obszarze Polski. Jest u nas jednym z najbardziej inwazyjnych gatunków.
Wśród owadów furorę – także medialną – zrobiły inwazyjne biedronki. Rodzimych mamy w Polsce 75 gatunków, natomiast w 2006 r. zaobserwowano kolejną. Przybyła z Azji i obecnie to ją spotyka się najczęściej. Po łacinie nazywa się Harmonia axyridis, a po angielsku Harlequin ladybird. Dlatego choć oficjalnie po polsku mówi się na nią biedronka azjatycka, to przyjęła powszechne miano: arlekin.
Jej ubarwienie jest zmienne. Nierzadko przybiera kolor czerwony z czarnymi plamkami. Wtedy ludzie mylą ją z biedronką siedmiokropką lub dwukropką. Nie dość, że stała się pospolita i zbiera się w wielkie chmary przy budynkach jesienią, kiedy szuka miejsc do przezimowania, to często też gryzie ludzi. Może to być bolesne, powodować świąd i zaczerwienienie, a nawet reakcje alergiczne, trudności w oddychaniu i obrzęk twarzy.
W wodach słodkich i w ich pobliżu spotyka się z kolei często małego ciemnobrązowego ssaka: norkę amerykańską, zwaną też wizonem (Neogale vison). Osobników dzikich nikt nie policzył – wydaje się to niemożliwe. Wiadomo, że są liczne. Jak na reprezentanta rodziny łasicowatych przystało, norka amerykańska jest długa i wąska. Prawdopodobnie jej przedstawiciele uciekli z gospodarstw, w których była hodowana ze względu na futro.
Wizon jest tzw. superdrapieżnikiem. Dobrze pływa, świetnie się wspina i szybko biega. Zabija pisklęta i niszczy jaja – często wielokrotnie więcej, niż potrzebuje do zjedzenia. Nasze ptaki próbują się przed nim bronić. Perkozy i łyski na przykład zbijają się w duże kolonie. Jeśli jeden osobnik ostrzeże głosem przed norką amerykańską, pozostałe są zaalarmowane. Łyski gniazdują też w pobliżu siedzib ludzkich, gdzie norka amerykańska niemal się nie zapuszcza. Ale nie każdy gatunek ptaka może pozwolić sobie na nasze sąsiedztwo.
Na zachodzie Polski pospolicie występuje inny ssak: szop pracz (Procyon lotor). Jego też bardzo trudno zliczyć. Również pochodzi z Ameryki Północnej. I tak jak wizon uciekł z hodowli futerkowych – tyle że w Niemczech.
Wyjada owoce w sadach, ale żywi się też jajami, młodymi ptakami, płazami, gadami i padliną. W pobliżu siedzib ludzkich korzysta z zasobów człowieka – m.in. z wyrzucanych resztek jedzenia. W pobliżu miast jego zagęszczenie jest bardzo wysokie. Powoli opanowuje ich środowisko. To ładne zwierzę, dlatego ludzie chętnie je dokarmiają. Istnieje też fundacja, która zajmuje się chorymi szopami praczami. Ślady tego ssaka znaleziono już w Polsce środkowej. Niedługo zapewne opanuje cały nasz kraj.
Dlaczego obcy mają u nas łatwiej? Hipoteza uwolnienia od wrogów
Dlaczego obce gatunki inwazyjne dobrze sobie u nas radzą? W 2020 r. w czasopiśmie „Ecology and Evolution” Jacob Lucero z York University w Toronto i współpracownicy opisali wyniki badań, w których przetestowali w nowatorski sposób popularną wśród przyrodników hipotezę uwolnienia od wrogów. Zgodnie z nią obce gatunki po przeniesieniu do nowego środowiska rzadziej niż rodzimi konkurenci natrafiają na organizmy, które im szkodzą – drapieżniki (w przypadku zwierząt) lub roślinożerców czy też całą gamę patogenów.
Badania zespołu Lucero objęły nawłoć kanadyjską oraz wrotycza pospolitego (Tanacetum vulgare), który zanotował odwrotny kierunek inwazji – z Europy do Stanów Zjednoczonych. Na swoich rodzimych terenach żadna z tych roślin nie sprawia kłopotów. U nas kwitnącego na żółto wrotycza pospolitego można spotkać na przydrożach i rumowiskach. Wspominani autorzy chcieli sprawdzić, jak w różnych warunkach, przy niskiej oraz wysokiej konkurencji ze strony innych roślin, na tempo rozprzestrzeniania się wrotycza i nawłoci wpłynie obecność roślinożernych owadów oraz pasożytniczych mikroorganizmów żyjących w glebie.
Okazało się, że jedna z tych roślin radzi sobie znacznie lepiej, jeśli odizoluje się ją od roślinożernych owadów, druga – gdy nie będzie mieć styczności z patogenami. Autorzy podsumowali swoje badania stwierdzeniem, że skuteczność ucieczki od wrogów – a więc także tempo rozprzestrzeniania się gatunku inwazyjnego – zależy od wielu czynników: obecności i rodzaju wrogów, cech gatunku inwazyjnego oraz lokalnej konkurencji. Nie ma więc jednego prostego mechanizmu, który tłumaczyłby sukces każdej inwazji.
Gdy gatunki inwazyjne mocno się już rozprzestrzenią, w końcu przestaną być niewidoczne dla lokalnych patogenów, które przecież podlegają naturalnej selekcji. I to często ewoluują szybciej niż gatunki roślin czy zwierząt, ze względu na krótszy cykl życiowy. „Liczba pasożytów znajdowanych u obcych gatunków inwazyjnych wzrasta wraz z czasem, który upłynął od kolonizacji przez nie danego obszaru” – piszą autorzy w pracy opublikowanej przez „Ecography”, wśród których pierwszą autorką jest Marta Kołodziej-Sobocińska z Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży.
Grzyby, nicienie i roztocza: co jeszcze atakuje obcych?
W Polsce takie zjawisko obserwujemy już w przypadku inwazyjnych nawłoci. – Na liściach nawłoci znalazłam biały osad. Oddałam próbkę do Zakładu Fitopatologii. Okazało się, że przyczyną objawów na liściach jest grzyb: mączniak prawdziwy – opowiada dr Bączek.
Badaczka przywołuje też pracę szwajcarskiego zespołu, który na obcych nawłociach znalazł 18 żerujących gatunków rodzimych owadów. – Nie były to gatunki wyspecjalizowane. To raczej generaliści, którzy łatwo przerzucili się na nowe gatunki – mówi dr Bączek.
– Nasze pasożyty atakują już inwazyjne nawłocie – potwierdza prof. Szymura.
Paulina Bączek zajmowała się również czeremchą amerykańską. Tę roślinę w Europie atakuje więcej szkodników niż nawłoć kanadyjską i późną. – Na przykład występuje na niej mszyca czeremchowo-zbożowa (Rhopalosiphum padi). W zeszłym roku na liściach czeremchy amerykańskiej zaobserwowałam żerującego chrząszcza z rodziny ryjkowcowatych: tutkarza bachuska (Rhynchites bacchus). Głowa szkodnika, podobnie jak innych przedstawicieli tej grupy, jest „wyciągnięta” w charakterystyczny ryjek. Czeremcha amerykańska została zaakceptowana przez wiele gatunków szkodników – opowiada badaczka.
Wymienia m.in. muszkę plamkoskrzydłą (Drosophila suzukii), która uszkadza owoce czeremchy. Co ciekawe, ten owad sam jest obcym gatunkiem inwazyjnym. Pochodzi z Azji Południowo-Wschodniej.
Dr Piotr Ceryngier z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, badacz azjatyckiej biedronki, znalazł w literaturze naukowej przykłady czterech gatunków atakujących biedronkę azjatycką. Pierwszy z nich to również owad, z rzędu błonówek (biedronki zaliczamy do chrząszczy). W żywych biedronkach składa jaja, z których wylęgają się larwy. Początkowo odżywiają się komórkami gospodarza. Gdy podrastają, paraliżują biedronkę, wychodzą na zewnątrz, zmieniają się w poczwarki i po około dziesięciu dniach wylatują jako dorosłe osobniki. Większość chrząszczy dożywa do tego momentu, ale ponieważ nie jest w stanie się odżywiać, w końcu umiera.
Dr Ceryngier wymienia też pasożytniczego grzyba, nicienia i roztocze (małego stawonoga z grupy pajęczaków), które zaczęły korzystać z nowej biedronki. Żaden z nich nie zabija chrząszcza, ale znacznie go osłabia. Zarażone nimi biedronki mają mniejszą płodność i częściej rozwijają się u nich śmiertelne choroby.
Coś, co można uznać za początki „kontrataku” rodzimych patogenów na inwazyjnego ssaka, zaobserwowała prof. Kołodziej-Sobocińska w norkach amerykańskich. – Większość z tego, co widziałam, to bardzo małe nicienie Aonchotheca putorii, które bytują w żołądkach, a nie jelitach. Są odporne na znajdujący się tam kwas żołądkowy – opowiada „Tygodnikowi”. – W jelicie widziałam przywry i bardzo małą liczbę tasiemców. To jest różnica między wizonem a naszymi rodzimymi gatunkami drapieżników, np. rysiami czy wilkami, u których w jelitach często dominują pokaźnych rozmiarów tasiemce oraz glisty.
Skutki inwazji obcych gatunków
Norbert Peter z Goethe-University z Frankfurtu nad Menem i współpracownicy w publikacji, której tytuł zaczyna się od słów „szopia kontrabanda”, opisali w 2023 r. faunę pasożytniczą europejskich szopów praczy. Naliczono 23 gatunki patogenów – pcheł, kleszczy, świerzbowców, przywr, nicieni, tasiemców, kolcogłowów… Część z nich, np. kleszcze, mogą być niebezpieczne także dla nas – przenoszą wirusy kleszczowego zapalenia mózgu i bakterie boreliozy. Aż czternastu zidentyfikowanych w tej pracy gatunków patogenów nigdy wcześniej nie obserwowano u występujących w Europie szopów. Pokazuje to, że zmiany w środowisku mogą zachodzić szybko i że „nasze” szopy tak bardzo zintegrowały się już z naszym środowiskiem, że stały się atrakcyjnym celem dla wielu pasożytów.
Ten swoisty kontratak rodzimych gatunków na obcych przybyszów zapewne pozwoli ograniczyć ich dalsze rozprzestrzenianie się i jest ważnym mechanizmem przyrodniczym. Według globalnego raportu przygotowanego przez Program Środowiskowy ONZ, gatunki inwazyjne są jednym z pięciu kluczowych czynników prowadzących do spadku bioróżnorodności – obok zmian użytkowania lądów i mórz, bezpośredniej eksploatacji organizmów, zmian klimatycznych i zanieczyszczenia środowiska. Tylko w 2023 r. roczne koszty rozprzestrzeniania się gatunków inwazyjnych na całym świecie oszacowano na 423 mld dolarów.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















