Gdyby dwa lata wcześniej dyrekcja indyjskiej fabryki Union Carbide nie wrzuciła na dno szuflady raportu, który tamtejszą linię do produkcji pestycydów opisywał jako śmiertelne zagrożenie dla mieszkańców Bhopalu, noc z 2 na 3 grudnia 1984 r. mogłaby nie przejść do historii jako data największej katastrofy przemysłowej w dziejach.
Gdyby kilka dni przed wypadkiem pracownicy czyszczący układ chłodzący zbiornika z toksycznym izocyjanianem metylu sprawdzili stan zaworów odcinających dopływ wody, mogliby odkryć, że są skorodowane. Jednak personel nadzorujący instalację kilka miesięcy wcześniej zredukowano o połowę. Z pozostawionej w pracy szóstki nikt nie znał angielskiego na tyle płynnie, by zrozumieć instrukcję obsługi systemu chłodzącego i zdać sobie sprawę z zagrożenia.
Gdyby po nagłym rozszczelnieniu zbiornika zadziały zainstalowane na nim systemy bezpieczeństwa, trucizna mogłaby zostać zneutralizowana. Ale zabezpieczenia nie działały od sześciu miesięcy. Dyrekcja walczącego o rentowność zakładu uznała je za zbytek.
Gdyby wreszcie, tuż po północy 3 grudnia 1984 r., ktoś na terenie zakładów chemicznych Union Carbide nie ściszył włączonego kilka minut wcześniej alarmu, możliwe, że Raszidy Sarangi nie zbudziłaby dopiero jej 5-letnia córeczka, która wykasłała w stronę matki: „Maan, main aag ugal rahi hoon” (Mamo, oddycham ogniem).
Tysiące mieszkańców Bhopalu zginęły we śnie
Raszida pamięta, że najpierw spojrzała na zegarek, bo z zewnątrz dobiegały dziwne o tej porze odgłosy zamieszania. Dochodziła pierwsza dwadzieścia. Przeniosła nieprzytomny wzrok na córkę i wtedy dopiero poczuła, że i ją piecze twarz, oczy łzawią, a oddech ma płytki i bolesny.
Wspominała potem: „Chwyciłam córkę i zaczęłam uciekać, walcząc o każdy oddech. Właściwie nie biegłam, tłum, w który wpadłam po wyjściu z domu, porwał nas jak fala. Walczyłam, żeby nie upaść, bo by nas zadeptano. W tłumie raz za razem słychać było jedno słowo: fabryka”.
Ci, którzy jak Raszida i jej córka przeżyli tę noc, opowiadali potem, że czuli, jakby ktoś wypchał ich od środka najostrzejszym chili. Tysiące mieszkańców Bhopalu nie poczuły jednak nic. Gaz zabił ich we śnie.
Jak doszło do katastrofy w Bhopalu?
Co się właściwie wydarzyło? Pięćdziesiąt minut po północy na terenie pobliskich zakładów chemicznych, należących do amerykańskiej firmy Union Carbide, pękł zbiornik z izocyjanianem metylu. Cięższy od powietrza gaz dość szybko rozpłynął się po okolicy, gromadził się w wąskich uliczkach dzielnic zamieszkanych przez biedotę, wpełzał do domów, których mieszkańcy spali zwykle na podłodze.
Wybuchła panika. Ludzie tratowali się uciekając przed niewidzialnym zabójcą. Dopiero świt odsłonił skalę katastrofy. Na ulicach i w domach leżały tysiące ciał. Niektórzy poszkodowani jeszcze żyli, niczym wyjęte z wody ryby chwytali ustami powietrze, którego nie przyjmowały sparaliżowane płuca. Lekarze i ratownicy sortowali ich wedle bezlitosnych reguł triażu. Sine usta - pacjent być może do uratowania. Piana tocząca się z ust – bez szans.
Przerażenie szybko ustąpiło miejsca wściekłości na oczywistego sprawcę tragedii, czyli fabrykę. Firma Union Carbide pospiesznie informowała, że w nocy z 2 na 3 grudnia na terenie jej zakładu i w okolicy zmarło 3,8 tys. osób, ale te szacunki szybko uznano za zaniżone. Grabarze podawali informacje o nawet 15 tysiącach pochówków w mieście. Ze sklepów płynęły informacje o ponad ośmiu tysiącach żałobnych całunów, które kupiono tuż po tragedii.
Tysiące podtrutych mieszkańców miały zresztą dopiero spotkać się z przeznaczeniem. Izocyjanian metylu wywoływał objawy porównywalne z obrzękiem płuc: najpierw kaszel, potem duszności, wreszcie paraliż układu oddechowego. Do końca roku 1984 roku w Bhopalu zmarło – jak szacują różne źródła – od 15 tys. do nawet 24 tys. osób, które tamtej nocy miały styczność z gazem. Około pół miliona ludzi odniosło pomniejsze obrażenia.

Fabryka miała wspierać indyjskie rolnictwo
Fabryka Union Carbide w Bhopalu była nowym zakładem. Ruszyła 15 lat wcześniej i wiązano z nią duże nadzieje na poprawę warunków życia najbiedniejszych Indusów.
W latach 60. XX w. społeczność międzynarodowa za cel postawiła sobie likwidację problemu głodu. Miało w tym pomóc upowszechnienie pestycydów, nawozów sztucznych i nowych odmian zbóż, charakteryzujących się zwiększoną plennością i odpornością na choroby. W ciągu kilkunastu lat miało to doprowadzić do szybkiego wzrostu globalnej produkcji pszenicy, ryżu i kukurydzy.
Indie, które w latach 1964-66 zmagały się co roku z plagą głodu wywołaną suszami, program „Zielonej Rewolucji”, z jakim wystąpiła Organizacja do spraw Wyżywienia i Rolnictwa, przyjęły entuzjastycznie. Ich populacja rosła w tempie ponad 5 proc. rocznie, u progu lat 70. przekraczając pułap 500 milionów.
Skuszony optymistycznymi raportami zarząd firmy chemicznej Union Carbide z USA również postanowił załapać się na zwiastowaną hossę w indyjskim rolnictwie i podjął współpracę z władzami stanu Madhja Pradeś. W 1969 r. uruchomił na przedmieściach Bhopalu fabrykę nawozów sztucznych i pestycydów.
Karbaryl zamiast DDT
Amerykanie mieli asa w rękawie. Był nim opracowany przez Union Carbide pod koniec lat 50. XX w. karbaryl: środek silnie insektobójczy, zwykle sprzedawany pod nazwą handlową Sevin.
W chwili, gdy władze koncernu negocjowały w Indiach warunki joint venture (co miało zaowocować uruchomieniem zakładu w Bhopalu), do opinii publicznej na świecie docierały kolejne informacje o szkodliwości innego środka owadobójczego, który od końca II wojny światowej zdominował światowe rolnictwo. Mowa o DDT.
W 1962 r. w Stanach wyszła – i szybko stała się głośna – książka „Silent Spring” Rachel Carson. Autorka zbierała informacje o wpływie tej substancji na środowisko. Naukowcy informowali o wynikach badań, że DDT szkodzi też ludziom. W branży chemicznej narastało więc przekonanie, że w ciągu kilku lat na rynku powstanie wielka luka po królującej dotąd na nim substancji, którą trzeba będzie wycofać z obiegu. Karbaryl stanowił dla DDT doskonały zamiennik.
Tragiczne w skutkach oszczędności
Zarząd koncernu nie przewidział jednak, że dla milionów skrajnie ubogich indyjskich rolników barierą nie do pokonania okażą się ceny zachodnich nawozów i środków ochrony roślin oraz technologie niezbędne do ich stosowania.
W rezultacie „Zielona Rewolucja” przyniosła tu efekty dość mizerne. Na domiar złego pod koniec lat 70. świat wpadł w recesję wywołaną kryzysem paliwowym, co odbiło się też na globalnych cenach surowców rolnych oraz na zapotrzebowaniu na nawozy i środki ochrony roślin.
Fabryka w Bhopalu, dzięki niskim kosztom pracy, w tak trudnym otoczeniu rynkowym była dla Union Carbide zasobem nie do przecenienia. Ale nawet w Indiach zarząd postanowił szukać oszczędności. Na pierwszy ogień poszła technologia wytwarzania karbarylu, którą w 1979 r. pospiesznie zmodyfikowano pod zastosowanie tańszego surowca, jakim był izocyjanian metylu – najprostszy w produkcji izocyjanian organiczny.
W fabrycznych zbiornikach były 43 tony trującej substancji
Poza niską ceną substancja ta nie miała w zasadzie żadnych zalet, a z technologicznego punktu widzenia jej zastosowanie było wręcz nieuzasadnione. Izocyjanian metylu jest bowiem nie tylko śmiertelnie toksyczny, ale też chemicznie bardzo niestabilny, w temperaturze minus 7 stopni Celsjusza ulega zapłonowi, wrze zaś już przy 39,1 stopniach. W subtropikalnym klimacie Indii oznaczało to konieczność ustawicznego chłodzenia instalacji. Z kolei w kontakcie z wodą substancja ta wytwarza olbrzymie ilości ciepła, które mogą doprowadzić do wybuchu.
Niezrażony potencjalnym zagrożeniem zarząd Union Carbide zaaprobował jednak zmianę technologii produkcji, licząc na to, że tańszy karbaryl z Indii znajdzie więcej nabywców. Gdy stało się jasne, że i te kalkulacje są nietrafione, władze firmy postanowiły przeczekać recesję, zmniejszając produkcję w Bhopalu, ale nie pozbywać się zapasu izocyjanianu metylu.
Wieczorem 2 grudnia 1984 r. w chłodzonych zbiornikach na terenie fabryki, oddalonych niespełna 5 km od gęsto zaludnionego centrum Bhopalu, znajdowały się 43 tony tej substancji. Do uśmiercenia dorosłego człowieka wystarczyło ok. 50 gramów.
Fabrykę w Bhopalu zbudowano w sąsiedztwie osiedli mieszkalnych
Ryzyko związane z użyciem izocyjanianu metylu było tak duże, że w większości europejskich i amerykańskich fabryk chemicznych zrezygnowano z tego surowca. Władze Union Carbide – co podnosili potem krytycy firmy – musiały więc zdawać sobie sprawę, że ryzykują zdrowiem i życiem ponad 800 tys. mieszkańców Bhopalu.
Zakład wybudowano na bliskich przedmieściach, dla ułatwienia transportu surowców koleją, i w pobliżu miejscowych slumsów, z których rekrutowała się duża część pracowników fizycznych. W kolejnych latach rozrastające się miasto zbliżyło się do fabryki jeszcze bardziej, co powinno było skłonić jej właścicieli do zwiększenia środków bezpieczeństwa.
Stało się tymczasem na odwrót. Śledczy, którzy po katastrofie analizowali dokumentację zakładu, odkryli na przykład, że kilka miesięcy wcześniej na polecenie dyrekcji podniesiono temperaturę pracy układu chłodzącego zbiornik z izocyjanianem metylu z zalecanych 4,5 stopni do 20 stopni Celsjusza, żeby zaoszczędzić na energii.
Z tego samego powodu zarządzający fabryką nakazali też dezaktywację dwóch systemów bezpieczeństwa, które miały zneutralizować toksyczny gaz na wypadek rozszczelnienia instalacji. Dyrekcja nie uznała nawet za stosowne podzielić się informacją o zwiększeniu zasobów izocyjanianu metylu z władzami miejskimi.
Zagrożenie katastrofą przemysłową dawało o sobie znać
Audytorzy, którzy w 1982 r. na zlecenie Union Carbide badali stan instalacji w fabryce w Bhopalu, pozwolili sobie na stworzenie scenariusza katastrofy, który dwa lata później zrealizował się niemal co do joty.
Autorzy raportu zwracali więc uwagę na zagrożenie ze strony układu do czyszczenia linii produkcyjnej. Do tego celu miała służyć para wodna, ale bojler parowy systemu czyszczącego nie działał w fabryce od miesięcy. Naprawę odwlekano, pracownicy z konieczności stosowali więc rozwiązanie dopuszczone wyłącznie jako środek tymczasowy: przepłukiwali linię produkcyjną dużą ilością bieżącej wody. W reakcji z chemikaliami tworzyła ona jednak żrące substancje, które korodowały zawory.
Inżynierowie badający linię w 1982 r. podkreślili, że jeśli kwasy uszkodzą zawory, do instalacji wedrą się duże ilości wody, ta zaś w kontakcie z izocyjanianem metylu może doprowadzić do wzrostu ciśnienia, który rozerwie zbiornik z toksycznym gazem.
O tym, że szczelność całego układu pozostawia wiele do życzenia, władze fabryki wiedziały od dawna. Między rokiem 1980 a 1984 w fabryce zidentyfikowano ponad 30 poważnych usterek, z których 11 dotyczyło funkcjonowania instalacji z izocyjanianem metylu oraz innym równie groźnym gazem: fosgenem. W 1981 r. doszło nawet do groźnego wycieku, w wyniku którego jeden pracownik zmarł, a 25 trafiło do szpitala.
Automatyczny system ostrzeżeń przed wyciekiem włączał się zresztą systematycznie i wymuszał przestoje w pracy, co skłoniło dyrekcję do... jego wyłączenia. Doświadczonych pracowników, którzy alarmowali przełożonych, że cięcia kosztów mogą doprowadzić do katastrofy, zwolniono i zastąpiono nieprzeszkolonymi. Gdy po katastrofie śledczy zaczęli poszukiwania szefa nocnej zmiany, odkryli, że stanowisko to od ponad roku było nieobsadzone.
Zarząd koncernu w pierwszym komunikacie po wypadku zasugerował, że zakład padł ofiarą sabotażu.
Skutki katastrofy z 1984 roku są odczuwane do dziś
W ramach ugody, zawartej po katastrofie z indyjskim rządem, koncern Union Carbide zgodził się wypłacić 470 mln dolarów odszkodowania, z czego część trafiła do skarbu państwa. W negocjacjach nie brali udziału przedstawiciele rodzin ofiar. Niektórym wypłacono po 500 dolarów, co nie pokryło nawet kosztów leczenia.
W 1989 r., po przeprowadzeniu badań na terenie fabryki, które wykazały, że poziom skażenia wciąż zagraża życiu, zarząd Union Carbide podjął decyzję o jej likwidacji. Pieczę nad skażonym obszarem przejęła prywatna firma indyjska, a następnie władze stanowe.
Dwa lata później przed sądem w Indiach ruszył zaoczny proces, w którym prezesa Union Carbide, Warrena Andersona, uznano winnym i skazano na 10 lat więzienia. USA odmówiły jego ekstradycji do Indii. We wrześniu 2014 r. 92-letni Anderson zmarł w swoim domu na Florydzie. Dyrektora fabryki w Bhopalu Keszuba Mahindrę w 2010 r. skazano na dwa lata, ale ostatecznie nie trafił do więzienia.
Koncern Dow Chemical, który w 2001 r. przejął Union Carbide, odmawia wzięcia odpowiedzialności finansowej za skutki katastrofy. Według ostatnich badań obszar ok. 42 kilometrów kwadratowych wokół dawnej fabryki wciąż nie nadaje się do trwałego zamieszkania. Szacuje się, że od 1984 r. w mieście zmarło wskutek różnych powikłań po zatruciu ok. 120 tys. osób.
Korzystałem m.in. z materiałów „Deutsche Welle”, „The Guardian”, „The Hindu” oraz podkastu Podcastrofy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















