Z Négar Djavadi spotykam się pewnego marcowego ranka w kawiarni nad kanałem Valmy. Do Paryża w końcu zawitała wiosna. Kawiarnia, którą wybrała autorka, to typowa francuska café ze stałymi bywalcami, za to bez napojów roślinnych. Zajmuję miejsce w środku i przez dobry kwadrans obserwuję świat zza brudnawej szyby.
Djavadi zjawia się chwilę przed czasem i wita mnie z autentycznym entuzjazmem, jakby nie był to kolejny z wywiadów, w którym cierpliwie opowiada, że nie, nie jest swoją powieściową bohaterką Kimją, i tak, chciałaby wrócić do Iranu, ale dopiero po upadku reżimu.
Dorota Malina: Umówiłyśmy się o dziewiątej rano, bo potem biegnie Pani na spotkanie z producentem i czytanie scenariusza serialu.
Négar Djavadi: Po pierwsze, bardzo lubię pisać dla kina. Mogę wymyślić sobie scenę, która dzieje się w tej kawiarni, a potem kilkadziesiąt osób nad nią debatuje – to jest fantastyczne. A po drugie: zawsze lubiłam wstawać bardzo wcześnie. Dawniej poświęcałam poranki na oglądanie filmów, teraz głównie piszę. Scenopisarstwo wymaga dużego nakładu pracy – trzeba napisać średnio cztery, pięć scenariuszy, żeby choć jeden został zrealizowany. A potem i tak kilka razy go przepisać. Nie uważam jednak, że jest to czas stracony.
Nawet jeśli komuś z publiczności testowej nie spodoba się zakończenie i trzeba będzie wszystko zmieniać?
Tak, w tej pracy trzeba zaakceptować, że jest się trybikiem w wielkiej maszynie i schować ego do kieszeni. Z literaturą jest inaczej – redaktorzy, przynajmniej we Francji, wprowadzają bardzo niewiele zmian, nie mają śmiałości. Znam sporo pisarzy, którzy próbowali zostać scenarzystami, ale potem wrócili na poletko literackie, bo nie mogli znieść ciągłych ingerencji.
Jak było w Pani przypadku?
Ze mną jest inaczej, właśnie dlatego, że zaczynałam w kinie. Przez dziesięć lat byłam asystentką kamerzysty, potem operatorką. Równocześnie pisałam scenariusze do czterech filmów. Literatura przyszła później.
Wiele zawdzięczam pisaniu dla kina. Gdyby nie ono, nigdy nie napisałabym „Wszystkich moich rewolucji”, nie miałabym odwagi. Nie byłabym też w stanie utrzymać w głowie tylu bohaterów, epok i historii, pociągać za wiele różnych sznureczków. Nie wiedziałabym, jak podzielić opowieść, kiedy porzucić wątek, kiedy do niego wrócić. Jak nadać opowieści taki rytm, żeby czytelnik ani się nie znudził, ani nie pogubił. To wszystko kwestia techniki pisarskiej. Metoda, nie muza.
Pani książka ukazała się po francusku prawie dziesięć lat temu, w Polsce dostajemy ją dopiero teraz. Co się zmieniło przez tę dekadę? Czy nadal czuje się Pani, jak mówiła wtedy w wywiadach, wygnańcem, nie imigrantką?
Już od dawna nie czuję się ani imigrantką, ani wygnańcem. Od czterdziestu pięciu lat mieszkam we Francji. Nie mam więc problemu, z którym borykają się ludzie z podwójnym obywatelstwem. Nie jestem rozdarta między dwoma krajami, bo po prostu nie mogę wrócić do Iranu.
Oczywiście, adaptacja przebiegała powoli, ale z czasem kraj dzieciństwa się oddala, a kraj, w którym się osiadło, staje się coraz bliższy. W czasie tej dekady napisałam też dwie inne powieści.
O Francji.
Tak, o Francji. Mój stosunek do niej raczej się nie zmienił. Zmieniło się natomiast moje podejście do Iranu. W 2022 r. wybuchła rewolucja i myślałam, wszyscy myśleliśmy, że reżim upadnie. Tak się jednak nie stało.
Francuzi nie mają pojęcia, jak bardzo są wolni: nie muszą chodzić do kościoła, mogą palić papierosy na ulicy, balować całą noc w barze...
Albo wiązać się z osobami tej samej płci.
Tak, mają pełnię swobód, z której nie zdają sobie sprawy. Ale poza tą wolnością niczego we Francji nie idealizowałam, może dlatego, że nie miałam porównania. Przyjechałam tu jako jedenastoletnia dziewczynka. A wcześniej, w Iranie, byłam za mała, żeby krytycznie analizować tamtejszą kulturę. W dzieciństwie właściwie wszystko jest wspaniałe.
Dziś widzę, że Francuzi są bardzo dumni z własnej literatury i języka, niechętnie otwierają drzwi obcym. Wydają im co prawda książki, ale tylko, jeśli ci obcy piszą o swoich krajach. „Wszystkie moje rewolucje” to właśnie książka o takim „innym kraju”. Dlatego Leila Slimani pisze o Maroku, a Kamel Daoud o Algierii i lepiej, żeby tak zostało. Człowiek, który się tu nie urodził, nie ma prawa pisać o Francji.
Ale Leila Slimani debiutowała powieścią, która opowiada właśnie o społeczeństwie francuskim.
Racja, ale to rzadkość. Poza tym jest w połowie Francuzką, w połowie Marokanką, co daje jej szczególny status. No i w Maroku francuski jest oficjalnym językiem. Iran jest bardziej obcy niż kraje Maghrebu. Pisanie o Francji wymaga ode mnie większej odwagi, trzeba się przełamać.
Skąd u Pani ta odwaga?
Zawdzięczam ją Salmanowi Rushdiemu. Dawno temu przeczytałam jego eseje „Ojczyzny wyobrażone” i do dziś pamiętam fragment, w którym Rushdie rozmawia z kolegą po piórze i mówi: „Anglicy przyjeżdżają do nas na dwa tygodnie i wracają z książką, a ty mieszkasz tu już trzydzieści lat i nie masz śmiałości pisać o Anglii. Pisz, daj sobie prawo”.
Francuzi pewnie nie zawsze chcą być oglądani.
Spotykałam się z tym na początku swojej pracy scenarzystki. Pytano mnie wtedy, czy na pewno umiem pisać po francusku. Albo: co ty wiesz o francuskiej rodzinie, żeby ją opisywać? W pewnym momencie trzeba sobie powiedzieć: trudno, będę pisać. Zastanawiałam się więc, jak opowiedzieć historię Iranu, który Francuzom kojarzy się wyłącznie z szachem, Chomeinim...
I ropą.
Chciałam opowiedzieć historię Iranu, ale bez zbędnego dydaktyzmu. Postanowiłam więc połączyć wydarzenia polityczne z konkretnymi postaciami. Powieściowy pradziadek to rewolucja konstytucyjna 1906 roku, babcia – zamach stanu w roku 1921 i tak dalej. W ten sposób włączyłam historię Iranu do historii rodzinnej.
Zaczyna Pani swoją powieść od cytatu z piosenki PJ Harvey o tęsknocie za domem.
Angielskie słowo home to termin egzystencjalny. Francja jest moim domem, bo żyję tu już od bardzo dawna, ale nigdy nie będę miała z tym krajem takiej więzi jak ludzie, którzy tu dorastali. Gdybym była Iranką wychowaną tutaj, mój stosunek do Francji byłby inny. Iran symbolizuje dla mnie utracone dzieciństwo.
Nie mam już co prawda obywatelstwa irańskiego i może po 45 latach mogłabym wreszcie tam pojechać, ale powody, dla których stamtąd uciekliśmy, nie zniknęły. Więc nie wracam.
Ale wciąż mówi Pani po persku.
Perski pozostał dla mnie językiem afektywnym, swobodniej jest mi w nim wyrażać uczucia, mówić do bliskich. Są też zjawiska, które zawsze pozostaną perskie.
Na przykład?
Na przykład wiosna – wiosna zawsze będzie dla mnie irańska. Zima w położonym wysoko Teheranie jest sroga, więc hucznie świętuje się jej koniec, Nouruz. W tym roku wypadał 20 marca.
Słownictwo dotyczące dorosłego świata – socjologii, polityki, historii – poznawałam już tylko po francusku.
Pytałam koleżankę, filolożkę perską, jaka jest Pani recepcja w Iranie – w końcu odniosła Pani międzynarodowy sukces. Powiedziała, że nie znalazła żadnych informacji.
To kraj, w którym od zawsze obowiązuje cenzura. Pisanie i mówienie prawdy, informowanie społeczeństwa o tym, jak jest – wszystkie reżimy widziały w tym zagrożenie. Fakt, że moja książka nie została przetłumaczona, wpisuje się w tę irańską historię cenzury, choć nie jest to przecież książka irańska. Wiem natomiast, że są Irańczycy, którzy czytają ją w obcych językach, próbują przetłumaczyć i wrzucić do darknetu. Ale oficjalnie w moim kraju nie istnieję.
Czy w Pani książce, napisanej po francusku, słychać echa perskiego?
Tak, bez wątpienia, bo kiedy piszę, myślę obrazami, a ten sposób pisania jest schedą po perskim. To język bardzo obrazowy i pełen metafor. Zamiast powiedzieć komuś, że jest niewdzięcznikiem, mówi się na przykład, że jest jak ślepy kot. Takich wyrażeń jest mnóstwo.
Czytelnicy utożsamiają Panią z bohaterką?
Tak, ale to normalne i wcale mi to nie przeszkadza. Już w szkole filmowej wszyscy mnie pytali, jakie filmy zamierzam robić, i radzili, żebym koniecznie opowiedziała swoją historię, historię dziewczynki, która przeżyła rewolucję, której rodzice-intelektualiści byli w opozycji i tak dalej. Przeczuwałam, że faktycznie jest to coś, z czego mogę czerpać, ale nie chciałam pisać o sobie, nie interesowało mnie to.
Podobno pierwsza książka zwykle jest mocno autobiograficzna.
Mnie wystarczyło, że to wszystko przeżyłam, nie chciałam wracać do tamtych wydarzeń. Byłam już w innym miejscu, zostawiłam przeszłość za sobą, zajęłam się kinem. Nie miałam ochoty pisać autobiografii. Lubię natomiast sagi rodzinne, więc pomyślałam, że umieszczę tę małą, rodzinną historię, dzieje opozycyjnej rodziny z trzema córkami, na tle wielkiej historii Iranu. To normalne, że Kimja mnie przypomina. Jest jednak bardziej szalona, bardziej punkowa. Ja nie byłam aż taką buntowniczką.
Gdyby rodzice Kimji nie uciekli z Iranu, jak dziś wyglądałoby jej życie?
Iranki są wyjątkowo odważne. Od czterdziestu lat niezmordowanie walczą o wolność, coraz bardziej zsuwają chustę. Nie dlatego, że reżim odpuścił. Same sobie to wywalczyły. Mężczyźni nie poszli ich śladem.
Oglądałam niedawno irański film „Moje ulubione ciasto”. W jednej ze scen dziewczynę, która z gołą głową spaceruje po parku, zatrzymuje policja obyczajowa.
Tak, kobiety są cały czas pod nadzorem. Na ulicach są nawet kamery, które rejestrują, czy kobieta w aucie na pewno ma chustę. Pełna inwigilacja. Każda irańska dziewczyna była wiele razy zatrzymywana, przesłuchiwana... Ale od 2022 r. widzimy stopniowe zmiany: do rewolucji dołączają mężczyźni. I też sprzeciwiają się obowiązkowi chusty, który wcześniej bagatelizowali. Ale to wszystko dzięki kobietom, ich odwadze.
Zresztą kobiety wyszły na ulice już pierwszego dnia dyktatury Chomeiniego. On, jak wszyscy dyktatorzy, zaczął od zamykania ich w domu: zero podróży bez zgody ojca czy męża, zakrywanie włosów. Reżimy zawsze uderzają w kobiety.

„Wszystkie moje rewolucje” Négar Djavadi
Powieść irańskiej pisarki i scenarzystki Négar Djavadi to patchwork wydarzeń rozgrywających się między Mazandranem lat dziecinnych a imigranckim Paryżem, baśniową Persją i współczesną Francją. Fabuła meandruje w czasie i przestrzeni oraz pomiędzy gatunkami. Po skrupulatnie notowanych faktach padają słowa, że „z biegiem czasu materia wydarzeń ulega rozkładowi i pozostaje jedynie szkielet wrażeń, wokół którego można snuć opowieść”. Główna bohaterka, Kimja Sadr, niczym Szeherezada wciąga nas w wir łączący indywidualne losy z wielką historią.
Myli się jednak ten, kto spodziewa się sagi o pokoleniach zniewolonych kobiet i wygnanych dysydentów. Owszem, nie brak tu refleksji o patriarchalnej kulturze i (dez)integracji w nowym środowisku, ale „Wszystkie moje rewolucje” to przede wszystkim wciągająca, wartka akcja. Autorka, scenarzystka filmowa, potrafi budować napięcie – nad opowieścią od początku unosi się widmo Zdarzenia, które zmieniło wszystko.
Akcja zaczyna się w poczekalni kliniki leczenia bezpłodności, w której Kimja czeka na inseminację. A że czekać trzeba długo, wypełnia sobie czas opowiadaniem, bo – jak twierdzi – w życiu Irańczyków chodzi o to, by opowiadać.
Śledzimy więc długie i skomplikowane dzieje Sadrów – pradziadka, który miał harem, a w nim pięćdziesiąt dwie żony, ormiańskiej babki, która wróżyła z fusów, oraz rodziców – Sary i Dariusza – intelektualistów, którzy sprzeciwiali się kolejnym reżimom tak, że w końcu musieli wyemigrować. Wreszcie poznajemy samą Kimję, didżejkę, która szuka swojego miejsca między kulturami i językami.

Négar Djavadi, WSZYSTKIE MOJE REWOLUCJE, przeł. Katarzyna Marczewska, Wołowiec, Czarne 2025
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















