Odwiedzamy paryską wystawę zdjęć Martina Parra „Global warning”

Martin Parr twierdził, że nie ironizuje i nie upiększa. Fotografuje po prostu to, co widzi: bawiących się Anglików, jedzenie, siebie.
z Paryża
Czyta się kilka minut
Hiszpania, Benidorm, 1997 r. // Fot. Martin Parr/ MAGNUM PHOTOS / materiały prasowe
Hiszpania, Benidorm, 1997 r. // Fot. Martin Parr/ MAGNUM PHOTOS / materiały prasowe

Szaleństwo kolekcjonowania – tak w skrócie można by określić kilkudziesięcioletnią praktykę artystyczną Martina Parra, brytyjskiego fotografa, który zmarł 6 grudnia 2025 r. Planu co prawda nie zrealizował: nie zdołał ujarzmić rzeczywistości, uwiecznić i skatalogować absolutnie wszystkiego. Ale próbował. 

Zostawił po sobie ponad 140 książek, tysiące klisz i ogromny zbiór przedmiotów, których nie powstydziłaby się Wisława Szymborska (zegarki z wizerunkiem Saddama Husajna, talerze ze zdjęciami królowej, gadżety dla fanów Spice Girls, mnóstwo pocztówek). 

Pracował do samego końca – fotografował nawet szpitalne posiłki. Uczestniczył też w przygotowaniach swojej paryskiej wystawy „Global warning”, której niestety nie doczekał. Retrospektywa fotografa rozpoczęła się w galerii Jeu de Paume pod koniec stycznia.

Martin Parr znany jest przed wszystkim z bardzo kolorowych zdjęć bladych Anglików na plaży. To jednak tylko ułamek jego ogromnego dorobku. Ponieważ mottem całościowego katalogu dzieł fotografa mógłby być incipit wiersza noblistki „Urodziny” („Tyle naraz świata ze wszystkich stron świata”), ograniczę się do kilku powracających motywów. 

A Czytelniczkom i Czytelnikom radzę zaopatrzyć się w albumy, bo w przypadku Parra obraz naprawdę wart jest tysiąc słów.

Angielski sposób bycia na zdjęciach Martina Parra

Choć dziś kojarzymy go z krzykliwymi kolorami, Parr, pod wpływem fascynacji amerykańską fotografią społeczną z lat 50. i 60., zaczynał od zdjęć czarno-białych. Już w pierwszych albumach widać jednak nie tylko chęć dokumentowania rzeczywistości, lecz także uwypuklenia jej absurdalnych, dziwacznych i lekko śmiesznych aspektów. 

Jako student politechniki w Manchesterze mocno inspirował się fotografią Tony’ego Ray-Jonesa, fotografa, który starał się uwiecznić „angielski sposób bycia”. Właśnie dlatego Parr przez kilka lat fotografował szarą rzeczywistość poprzemysłowego Hebden Bridge. 

W albumie „Calderdale” pokazuje metodystów i baptystów, którzy w rocznicę założenia swojego zboru organizują uroczyste herbatki: widzimy panie w kapeluszach i panów w garniturach popijających bawarkę z pięknej porcelany. W „Bad Weather” (ironicznym komentarzu do angielskich rozmów o pogodzie) oglądamy między innymi ludzi pod parasolami, którzy walczą z deszczem i wichurą. Te dwa albumy są czarno-białe. Potem było już kolorowo.

Prawdziwy przełom – i do dziś jeden z najbardziej znanych albumów Parra – to „Last Resort” (gra słów: „ostatni kurort”, ale też „ostatnia deska ratunku”), w którym fotograf pokazuje Anglików na plaży kurortu New Brighton koło Liverpoolu. To nie reklama batonika Bounty ani luksusowych wakacji, nie zobaczymy tu atrakcyjnie ogorzałych panów ani smukłych pań w bikini. Ludzie są bladzi, spoceni i czerwoni od oparzeń słonecznych. Noszą poliestrowe sukienki i bermudy, nie zawsze prezentują się z najbardziej korzystnego profilu.

Komentatorzy często podkreślają klasowy aspekt zdjęć Parra (elity raczej nie odpoczywały w New Brighton). Podczas gdy rząd Margaret Thatcher głosił propagandę sukcesu, Parr pokazywał biedną robotniczą Północ – dobitnie, ale bez mizerabilizmu. Wielu zarzucało mu sarkazm i ironię, celowe epatowanie kiczem i jaskrawością (używał flesza w słoneczny dzień). Sam twierdził, że po prostu uwiecznia to, co widzi. Nie stara się ironizować, ale też nie upiększa.

Wielka Brytania, Dorset. Great Dorset Steam Fair (Festiwal maszyn parowych). 2022 r. // Fot. Martin Parr/ MAGNUM PHOTOS / materiały prasowe

Pod koniec tysiąclecia podjął próbę zdefiniowania angielskości. W albumie „Think of England” (nawiązanie do hasła, które miało zachęcać kobiety do seksualnej uległości i prokreacji: Close your eyes and think of England) – przedstawiając nadmorskie miasteczka, wioskowe festyny i spotkania przy herbatce – zastanawia się, kim są Brytyjczycy. Co, poza bawarką i Union Jackiem, jednoczy Zjednoczone Królestwo?

Jaki ten świat mały, czyli Anglicy na wakacjach

Z rodzimych kurortów Parr przeniósł się do topowych destynacji turystycznych. W albumie „Small World” („Jaki ten świat mały”) pokazuje sprzedawców suwenirów pod piramidami, tłumy na Machu Picchu czy pozujących do zdjęć turystów, którzy udają, że podtrzymują Krzywą Wieżę. 

Las Vegas, 2000 r. // Fot. Martin Parr/ MAGNUM PHOTOS / materiały prasowe

Parr wydobywa absurdy owczego pędu do „wyjątkowych doświadczeń” i nowych form kolonizacji. Album, który ukazał się w 1996 r., był wielokrotnie wznawiany i uzupełniany – zwłaszcza że coraz większe umasowienie turystyki i popularność kijków do selfie otwarły przez Parrem wielki świat nowych możliwości.

Nie należy jednak myśleć, że artysta z wyższością patrzy na klientów biur podróży czy hoteli all inclusive. Przedstawia siebie jako everymana, tak samo jak bohaterowie jego zdjęć uwikłanego w system konsumpcji i frenetycznego przemieszczania się. 

Wielokrotnie opowiadał – i pokazywał w uroczej serii „Autoportretów” (Parr w weneckiej gondoli, Parr na piernikowym sercu z napisem „Oktoberfest”) – że też w tym wszystkim uczestniczy. „Mam okropny ślad węglowy. Ale to nie znaczy, że nie powinienem krytykować systemu. Lubię badać własną hipokryzję” – przyznawał.

Jedzenie na zdjęciach Martina Parra

Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy spodziewacie się stylizowanych zdjęć apetycznych potraw rodem z magazynów kulinarnych. Martin Parr zachwycał się nie holenderskimi martwymi naturami, lecz japońskim albumem „Shokuji” (Bankiet) Nobuyoshi Arakiego. Choć znawcy Arakiego piszą o „zmysłowych, erotycznych zbliżeniach” na warzywa czy wilgotną ośmiornicę, dyletant zobaczy przede wszystkim oślizgłe flaki i martwe ryby.

Szkocja, Glasgow. Fairy cakes, 1999 r. // Fot. Martin Parr/ MAGNUM PHOTOS / materiały prasowe

Parr, zaopatrzywszy się w obiektyw makro używany głównie w medycynie, z fascynacją zaczyna uwieczniać brytyjskie jedzenie (albumy „British Food” i „Real Food”): pomarańczową fasolkę z sosie pomidorowym, wściekle różowe kiełbaski, pączki z tęczową posypką. Fotografie, które trudno odzobaczyć, przedstawiają rozciapaną drożdżówkę w folii poklejonej lukrem albo podroby, które niepokojąco przypominają ludzkie jelita. 

Wszystko nieco sztuczne i jakby kreskówkowe. Parr do końca życia zbierał też opakowania po produktach spożywczych, zafascynowany rozdźwiękiem między obietnicą ze zdjęcia na opakowaniu a jego zawartością.

W albumie „Common Sense” (czyli zdrowy, ale i „powszechny” rozsądek) Parr – jak czytamy na stronie agencji Magnum, do której należał – „dokumentuje współczesny konsumpcjonizm”. Soczyste kolory, kiczowate detale (długie paznokcie, kąpielówki z motywem amerykańskiej flagi, wściekle kolorowe babeczki z tęczowym lukrem, seryjnie produkowane przedmioty, którymi dekorujemy swoje „wyjątkowe” wnętrza) pokazują wygibasy i wytwory zglobalizowanego społeczeństwa.

Wenecja. Turystka robia zdjęcia, otoczona przez gołębie, 2005 r. // Fot. Martin Parr/ MAGNUM PHOTOS / materiały prasowe

Redaktorzy Magnum podkreślali dokumentalny i socjologiczny charakter zdjęć, bo przecież agencja przyjmuje tylko fotoreporterów. Parr zresztą nie miał łatwo – złożył kandydaturę w 1988 r., ale stara Magnumowska gwardia długo stawiała opór. Głosy za i przeciw rozkładały się po równo, a przeciwnicy, na czele z samym Henrim Cartier-Bressonem (który zarzucał Parrowi, że „jest z zupełnie innej planety”), grozili, że jeśli agencja przyjmie Anglika, oni z niej wystąpią. Krytykowali go za deformowanie rzeczywistości i satyryczny kąt patrzenia, nie w smak była im też estetyka.

W końcu, dzięki wsparciu prominentnego fotografa Philipa Jonesa Griffithsa, który napisał list do innych członków, popierając kandydata (w skrócie: trzeba otworzyć się na nowe, nie można kisić się we własnym sosie) w roku 1994 Martin Parr wstąpił w poczet fotografów Magnum. Przecierając szlaki innym – odtąd agencja przestała być enklawą czarno-białej fotografii humanistycznej, otwierając się na zdjęcia bardziej „artystyczne” (np. Aleca Sotha). 

A Martin Parr uzyskał dostęp do zamówień prasowych, co zapewniło mu szerszą obecność w mediach. I zdemokratyzowało jego pracę, bo – jak sam trzeźwo zauważył – „Nie wszyscy bywają w galeriach”.

Paryska wystawa „Globalne ostrzeżenie”

„Global warning” (dosł. „Globalne ostrzeżenie”) – właśnie według tego klucza kuratorzy z Jeu de Paume wybrali z bogatego dorobku Parra (lata 1970-2025) dokładnie 180 zdjęć. Zadanie nie było łatwe, bo, jak stwierdził kiedyś fotograf, „kiedy oglądam swoje prace, zdaję sobie sprawę, że właściwie wszystkie jakoś się wiążą z ociepleniem klimatycznym”.

Nie należy obawiać się moralizatorstwa – na wystawie nie zobaczymy łódek migrantów czy fok uduszonych plastikiem. Zdjęcia sygnowane MP (z wyjątkiem tych najwcześniejszych) są przesycone typowo brytyjskim ciętym humorem. Fotograf przestrzega, ale nie szokuje – zdjęcia mają kolorową, przystępną formę. Niczym słodka powłoczka na gorzkiej pigułce. Na wystawowych tabliczkach i w katalogu kuratorzy kładą jednak nacisk na substancję czynną leku, czyli na „krytyczną głębię prac Martina Parra”. Ich zdaniem zbyt często skupiamy się na formie i postrzegamy Parra jako dobrodusznego wujaszka, który cyka śmieszne fotki.

Oni natomiast w pięciu sekcjach tematycznych prezentują nam wielki przemyślany projekt, którego mottem mogłoby być określenie „wizualnej partyzantki” (fr. guérrilla visuelle): Parr pokazuje absurdy i aberracje antropocenu, podważając dominujące sposoby przedstawień.

Nowy Jork, sesja mody dla magazynu Amica. Zdjęcie z „Fashion Magazine”, 1999 r. // Fot. Martin Parr/ MAGNUM PHOTOS / materiały prasowe

I tak w sekcji „Teren rozrywki, teren śmietnika” dostajemy zdjęcia odbiegające od wyidealizowanych pocztówek czy broszur turystycznych, a w dziale „Królestwo zwierząt” zamiast antylop swobodnie hasających po sawannie – pieski w okularach wystające z damskich torebek. W dziale „Wszystko musi zniknąć” (nawiązanie do hasła „totalnej” wyprzedaży) też nie należy spodziewać się atrakcyjnych produktów starannie ułożonych na półkach. A sekcje „Mały świat” oraz „Uzależnienie od technologii” pokazują raczej efekty masowej turystyki i dominacji smartfonów niż przyjemności z odkrywania nieznanego.

Gdzie oglądać prace Martina Marra

Tym, których temat zaciekawił, gorąco polecam dokument Lee Shulmana „I am Martin Parr” z 2024 r. (dostępny na Apple TV), który pokazuje fotografa w akcji. Nie brak w nim gadających głów – wypowiadają się między innymi żona Susie (kobieta świętej cierpliwości, która latami znosiła obsesyjne zbieractwo męża i wakacje na najbardziej zatłoczonych plażach), współpracownicy z bristolskiej Martin Parr Foundation czy uznani artyści, np. Grayson Perry). 

Najciekawsze są jednak sceny akcji: uroczy siedemdziesięciolatek chodzi z balkonikiem, który regularnie mu odjeżdża, bo Parr ciągle chwyta aparat i uwiecznia fragment rzeczywistości. Jeszcze jeden do kolekcji.

Wielkie bogactwo materiałów – tekstowych i wizualnych – zawiera także strona internetowa martinparr.com, bo fotograf niezwykle dbał o demokratyczny dostęp od swoich prac.

Retrospektywę zdjęć Martina Parra „Global warning” można oglądać w paryskim Jeu de Paume do 24 maja 2026 r. Należy uzbroić się w cierpliwość i przygotować na tłumy (zwiedzając wystawę, człowiek czuje się jak bohater zdjęć Parra).

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Tyle naraz świata