Algierski pisarz od początku był faworytem. Choć przewodniczący kapituły Nagrody Goncourtów, Philippe Claudel, zastrzegał, że „to przede wszystkim wybór literacki”, nikt nie ma wątpliwości, że był to również, o ile nie przede wszystkim, gest polityczny. I to taki, który mógł mieć realne konsekwencje – dzielnicowy komisariat został uprzedzony o możliwości zamieszek. Jury nagrodziło bowiem Algierczyka, który kala gniazdo, krytykując islamistyczną mizoginię i ślepą bigoterię. Aby dać głos tym, których algierski rząd ucisza, musiał przeprowadzić się do Francji.
Oczywiście polityczne nie wyklucza literackiego i Kamel Daoud, zdaniem niektórych, sprawnie je łączy. O podwójnej agendzie pisarza świadczą już zawarte w książce motta. Pierwsze z sumeryjskich mitów, drugie z algierskiej Karty Pokoju i Narodowego Pojednania. Uchwalony w 2005 r. dokument stał się podstawą amnestii islamskich bojowników odsiadujących wyroki za zbrodnie w czasie wojny domowej. Przytoczony przez Daouda artykuł 46 grozi długim więzieniem i wysoką grzywną każdemu, kto „przez swoje deklaracje wykorzystuje narodowe rany do osłabiania demokratycznych instytucji”. Innymi słowy, w imię „narodowego pojednania” założono knebel wszystkim, którzy domagali się sprawiedliwości dla ofiar.
O tym właśnie traktuje nagrodzona powieść „Houris” (fr. „Hurysy”). Jej bohaterką jest Aube, właścicielka salonu fryzjerskiego Szeherezada, ofiara wojennej masakry. W 1999 r. islamiści napadli na jej miasteczko, wymordowali całą rodzinę, a pięcioletniej dziewczynce poderżnęli gardło. Aube cudem przeżyła, choć straciła głos, a na szyi została jej blizna, makabryczny siedemnastocentymetrowy „uśmiech”, który wprawia przechodniów w zakłopotanie. Przypomina bowiem o tym, o czym chcą zapomnieć.
Aube ma ogromną potrzebę opowiedzenia o swojej tragedii. Kiedy więc przypadkowo zachodzi w ciążę, swój długi monolog kieruje do płodu. Do nienarodzonej córki, Hurysy, którą z pewnością „zabije z miłości”, bo Algieria nie jest krajem dla kobiet.
Książka odważna i potrzebna – to nie ulega wątpliwości. Trzeba ją przeczytać, żeby zrozumieć rany współczesnej Algierii i zagrożenia radykalizmu. W tym kontekście wstyd zapytać, jak to się czyta. No ale skoro wybór był „przede wszystkim literacki”, to można przecież zerknąć i na styl. A ten, niestety, męczy. Oczywiście, nie wszystkie książki muszą płynąć warto, nie można oczekiwać od prozy tylko przeźroczystego języka w stylu Annie Ernaux. Ciężki temat wymaga ciężkich narzędzi. Ale po 416 stronach na wysokim C – alegorie, metafory plus dość zawiła struktura narracyjna – czytelniczka, przynajmniej pisząca te słowa, jest jednak zmęczona.
Zdaniem Marguerite Duras „pisanie jest bezgłośnym krzykiem”, którego mamy obowiązek słuchać. Cóż, nikt nie obiecywał, że będzie miło.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















