Weekend w Paryżu nie tylko dla zakochanych: najlepsze przewodniki, najciekawsze miejsca

Paryż, jak wiadomo, jest miastem miłości. I ofiarą własnego sukcesu, bo w miejscach z czołówki „najbardziej romantycznych” z reguły nie sposób przedrzeć się przez gąszcz kijków do selfie. Zwłaszcza w walentynki.
z Paryża
Czyta się kilka minut
Coeur de Paris // Fot. Yoan Valat / EPA / PAP
Coeur de Paris // Fot. Yoan Valat / EPA / PAP

W najnowszym filmie Agnieszki Holland przewodniczka oprowadzająca turystów po muzeum Kafki w Pradze podaje ciekawostkę: stosunek liczby stron napisanych przez Franza do liczby stron napisanych o nim i jego książkach wynosi jeden do dziesięciu milionów. 

Myślę, że Paryż przebija Kafkę – miastu o powierzchni stu pięciu kilometrów kwadratowych poświęcono już tyle tekstów, że gdyby ułożyć kartki jedna na drugiej, to (jak w tytule powieści Adama Gopnika „Paris to the Moon”), można by sięgnąć Księżyca.

Paris, Paryż, Pariggi, Parijs, Párizs – prawie każdy język ma na francuską stolicę własny egzonim, a prawie każdy, kto tu przyjeżdża, ma o Paryżu własną opowieść. Wszyscy zgodnie twierdzą, że to miasto-świat, nieskończenie bogaty tygiel kultur, palimpsest kolejnych epok i koncepcji urbanistycznych, którego nie sposób ogarnąć w całości. 

Stąd specjalizacja, subiektywizacja, wybiórczość i freestyle – można się pogubić. Dlatego jako żarłoczna czytelniczka wszelkich parisianów postaram się naszkicować poręczną mapę przewodników i publikacji. 

„Guide du Routard”: przewodnik do zwiedzania Paryża offline

Paryż, choć mitologizowany i owiany aurą pewnego je ne sais quoi, koniec końców też jest miastem. Wypada więc zacząć od klasycznych przewodników, takich, które zawierają podstawowe fakty, propozycje tras na trzydniową wycieczkę i kultowych restauracji, które zwykle już w dniu premiery książki są zamknięte, zmieniły właściciela albo straciły gwiazdkę Michelina.

Uruchamianie odtwarzacza...

Dla francuskojęzycznych sztandarową pozycję stanowi „Guide du Routard” – staroświecki, bez obrazków, wydrukowany na cienkim gazetowym papierze, za to aktualizowany co roku i rzetelny do bólu. Jakby z poprzedniej epoki, bo każdy „Routard” zaczyna się od informacji praktycznych (kto dziś dzwoni do biura informacji kolejowej?) i sążnistego wstępu o historii miasta, jego kulturze i obyczajach.

Turysta dostaje też listę lektur, zarówno opracowań naukowych, jak i osadzonych w Paryżu powieści, komiksów i filmów. Potem następuje dwadzieścia rozdziałów, po jednym na każdą dzielnicę. Ogólny wstęp, polecane hotele, jadłodajnie z podziałem na tanie, średnie i drogie, wreszcie wyczerpujący i dokładny opis miejsc wartych odwiedzenia. 

Autorzy „Routarda” podają też wiele ciekawostek (w podwórzu tej kamienicy po lewej stronie jest studnia, z której pił koń Napoleona) i bonusów (za okazaniem niniejszego przewodnika kawa po obiedzie gratis). Z lekkim „Routardem” w ręce spokojnie można schować telefon i zwiedzać Paryż analogowo: dzięki szczegółowym opisom, przydatnym mapkom i sprawdzonym rekomendacjom podróżnik znajdzie to, na co raczej nie trafią wielbiciele Tripadvisora, unikając przy tym turystycznych pułapek.

Michelin: kulinarny spacer śladem gwiazdek

Historycznym konkurentem „Routarda” jest „Michelin” – przewodniki, które początkowo miały pomagać kierowcom znajdować stacje paliw oraz przyzwoite posiłki, zaczęto uzupełniać o informacje na temat miejsc, dla których warto zjechać z autostrady. I tak obok czerwonych  „Guide Michelin” dla automobilistów pojawiły się te zielone, krajoznawcze (pierwszy w roku 1939). 

Osobiście niezbyt lubię to motoryzacyjne dziedzictwo wydajności i optymalizacji: „Micheliny” proponują gotowe trasy spacerów i, jak w przypadku restauracji, system gwiazdek (miejsce warte zobaczenia, warte nadłożenia drogi). Z przekory natychmiast mam ochotę zboczyć z trasy i pomijać trzygwiazdkowce. Plusem przewodników „Michelin” jest natomiast to, że zostały przetłumaczone na języki obce, w tym na polski.

Oczywiście nie samym „Michelinem” polskie przewodniki stoją – przekładów z francuskiego i angielskiego oraz wydawnictw rodzimych jest w księgarniach zatrzęsienie. Podejrzewam, że autorzy w większości zżynają z „Routarda. Nie będę jednak krzyczeć „j’accuse”, bo choć od wielu lat żarłocznie czytam każdą książkę o Paryżu, która wpadnie mi w ręce, na pewno nie znam wszystkich pozycji. Ich mnogość w antykwariatach skłania do smutnego wniosku, że może w dobie internetu i sztucznej inteligencji przewodniki są staroświeckie jak przecinek? 

Bronią się na pewno przewodniki erudycyjne, opowieści o geograficznym wycinku Paryża, w którym jak w soczewce uważny obserwator dostrzegł hologram całości. Do tej kategorii zaliczam „Rue de Seine. Biografię paryskiej ulicy” Renaty Gorczyńskiej, która opisała niesamowitych mieszkańców rue de Seine i ich niebanalne losy (w pierwszym wydaniu książka nosiła tytuł „Skandale minionego życia”) oraz „The Only Street in Paris: Life on the Rue des Martyrs” Elaine Sciolino. 

Była szefowa paryskiego biura „New York Timesa” złapała kultową rue des Martyrs w momencie, kiedy dawna ulica handlowa z najstarszą w mieście rzeźnią zamienia się w enklawę drogich butików z kolorowymi ciasteczkami. Sciolino jest też autorką książki o Sekwanie i o Luwrze, choć trudno orzec, czy Sekwana i Luwr to miejsca, czy raczej tematy rzeki.

Parigramme: paryski przewodnik dla jaroszy i kawoszy

O ile podstawowe fakty i rekomendacje łatwo da się sprawdzić w sieci, o tyle przewodnik znawcy danego, zwłaszcza niszowego, tematu nadal pozostaje w cenie. Paryskiego ślimaka można bowiem ciąć geograficznie, na dzielnice, ale dużo ciekawsza jest dysekcja tematyczna. 

Większość dużych wydawnictw (Lonely Planet, Routard) ma wersję „Paryż z dziećmi”, czasem też „Paryż dla zakochanych”, ale prawdziwym czempionem gatunku jest wydawnictwo Parigramme. Niewielkie kolorowe książeczki zawierają tematyczne spisy miejsc: „Paryż Guillaume’a Apollinaire’a”, „Paryż za darmo”; „Paryż na zielonej trawce”; „Brunche i podwieczorki w Paryżu”.

Dzięki tym (i wielu podobnym, bo pomysł jest namiętnie powielany) przewodnikom francuską stolicę zwiedzać można śladami Prousta i Pereca, podziwiać tylko architekturę współczesną albo wyłącznie relikty średniowiecza; odwiedzać urocze tradycyjne sklepiki albo modne lumpeksy. Są przewodniki dla seniorów i dla kinomanów, dla jaroszy i dla kawoszy, dla rodzin z dziećmi i dla tych, którzy „cenią spokój”. 

Oczywiście oprócz serii istnieją też publikacje indywidualne autorstwa specjalistów w danej dziedzinie. Moje ulubione to: „Paryż wpław”, czyli przewodnik po miejskich pływalniach sióstr Colombe i Marine Schneck oraz „Gdzie siusiać w Paryżu” Cécile Briand (rozkosznie śmieszny, ale niezwykle przydatny bestseller, który doczekał się drugiego wydania). Obydwa dostępne tylko po francusku, z czego akurat się cieszę, bo uważam, że w paryskich toaletach i na basenach już i tak panuje za duży tłok. 

Tematów jest bez liku, ale ze względu na etykietki doczepiane Paryżowi (stolica mody i gastronomii) pewne dziedziny dominują. Pewnie dlatego nawet polscy czytelnicy mogą przeczytać „Paryż na talerzu” pod redakcją François Régis-Gaudry’ego czy „Bądź paryżanką, gdziekolwiek jesteś” autorstwa czterech francuskich celebrytek – przewodnik nie tyle po mieście, co po esencji „paryskości” (w skrócie: dyskretny makijaż + proste, ale kosztowne ciuchy + dyskretny urok burżuazji) oraz jej rodzimą wersję „Jak być paryżanką w Polsce” Natalii Hołowni. 

Nową i prężnie rozwijającą się kategorią są przewodniki śladami seriali – „Paryż Amelii” czy „Paryż Emily” to już klasyki (w tej piekarni kupowała croissanta, a tu całowała się z Gabrielem) oraz Paryż „instagrammable”, czyli miejsca, zwykle drogie, zatłoczone i przereklamowane, które każdy szanujący się influencer ma w swoim feedzie. 

Spacer po Paryżu bez przewodników

Instagram niechybnie konotuje ze sławą, a przynajmniej z celebryctwem, co otwiera kategorię przewodników znanych osób, którą na własny użytek nazywam halikami („tu byłem”). Jako że wszystko już było i wszystkiego jest za dużo, trzeba dokonać wyboru. A żeby ludzie ten wybór kupili (dosłownie lub w przenośni), cicerone musi być albo wybitnym koneserem albo osobą wpływową, której gusta nam imponują. Tego typu publikacje często bywają papierową wersją bloga czy profilu na Instagramie, o czym wydawca zwykle dumnie informuje na okładce. 

Oczywiście przemawia przeze mnie zazdrość, bo sama mieszkam w Paryżu i mam swoje ulubione miejsca, ale ponieważ nie jestem ani wybitną specjalistką, ani osobą szczególnie wpływową, żadne wydawnictwo nie kupuje mojego pomysłu na książkę o prawdziwym paryskim życiu (mam nawet tytuł: „Paryż non-fiction”).

Pocieszam się, że prawdziwi znawcy Paryża, osoby, które, jak wiem skądinąd, naprawdę znają to miasto wzdłuż, wszerz i w głąb, nigdy nie porwały się na przewodniki, więc ja tym bardziej nie powinnam. Wybitna tłumaczka Maryna Ochab, pisarki Anna Arno czy Ewa Bieńkowska nie wydają książek z gatunku „Paryż. Przewodnik definitywny”. Ograniczają się do szkiców, esejów i popularyzacji „paryskich” autorów. 

Wątki paryskie można bowiem śledzić również w dziale beletrystyka. Perec i jego „Próba wyczerpania miejsca paryskiego” (nietłumaczone na polski), powieści Victora Hugo, Ernesta Hemingwaya, Patrica Modiano, proza Josepha Rotha czy eseje Abbotta J. Lieblinga „Między posiłkami. Apetyt na Paryż” to tylko kilka kropelek z przepastnego morza książek z tagiem „Paryż”. Zamiast gotowych spacerów serialowej Emily można samemu opracować sobie trasę śladami Palomy z „Elegancji jeża”, komisarza Maigreta czy Julii Child. 

Bo czy przewodnik po Paryżu to faktycznie zawsze dobry pomysł? Może zamiast zaliczać dziesięć najwspanialszych kawiarni albo biegać po mieście śladami Marii Curie, warto po prostu sobie pospacerować? Oraz, jak radził Adam Zagajewski, po prostu uważnie się rozglądać: 

Lubię chodzić na długie spacery paryskimi ulicami
i patrzeć na moich bliźnich, ożywionych zazdrością,
pożądaniem lub gniewem; obserwować srebrną monetę,
która przechodzi z dłoni do dłoni i powoli traci
swój okrągły kształt (zaciera się profil cesarza).

Weekend w Paryżu bez tłumu i kolejek

Wzgórze Montmartre vs „Coeur de Paris”

Schody przed białą jak beza bazyliką Najświętszego Serca, skąd rozciąga się wspaniały widok na całe miasto, to miejsce owszem, romantyczne, ale tak zatłoczone, że zamiast żony przez przypadek można pocałować kogoś innego. To samo dotyczy figurującego we wszystkich rankingach pobliskiego muru „Je t’aime”, na którym deklaracja miłości widnieje w 250 językach. 

Sprytny turysta zjedzie z utartego szlaku i zamiast wspinać się na wzgórze, w dzielnicy Montmartre wybierze się pod ogromne neonowe serce francusko-portugalskiej artystki Joany Vasconcelos. „Coeur de Paris” (serce Paryża) znajduje się na północnym krańcu miasta, tuż obok Lidla. Takiego zdjęcia z Francji nie przywiezie żaden znajomy.

Wieża Eiffla vs restauracja Arpège

Jak się oświadczać, to tylko tam – radzą przewodniki. Restauracja na drugim piętrze wieży ma dwie gwiazdki Michelina, wspaniały widok i menu degustacyjne już od 300 euro. Niestety, ponieważ nie jesteśmy Emily, o rezerwacji na 14 lutego nie ma nawet co marzyć. 

Restauracja Arpège // Fot. Bernhard Winkelmann / materiały prasowe restauracji Arpège

Tym, którzy chcą doświadczyć wysokiej gastronomii bliżej ziemi (dosłownie, bo szef kuchni Alain Passard korzysta wyłącznie z plonów z własnego ogrodu), poleca się trzygwiazdkową wegańską (!) restaurację Arpège. Menu degustacyjne kosztuje co prawda 420 euro, ale doświadczenie jest naprawdę niezapomniane. 

Musée de la Vie Romantique vs Halle Saint-Pierre

W zestawieniach pojawia się chyba tylko ze względu na nazwę. Na próżno szukać tam serduszek czy ckliwych wierszy – znajdujący się w dzielnicy 9. dom holenderskiego malarza Ary’ego Scheffera zawiera pamiątki po nim i odwiedzającej go czasem Georges Sand. Ekspozycja stała, szczerze mówiąc, trochę trąci myszką. Większym powodzeniem cieszy się kawiarnia w ogrodzie, gdzie można uraczyć się pyszną kawą i smakołykami z franczyzy Rose Bakery. Tylko że w lutym ogród wygląda raczej smętnie, a konsumpcja na zewnątrz grozi przeziębieniem. 

Halle Saint-Pierre // Fot. Ed Buziak / Stockimo / Alamy Stock / BE&W

Dużo ciekawiej zrobić sobie piętnastominutowy spacerek przez Plac Pigalle i usiąść na kawę w Halle Saint-Pierre. W wielkiej przeszklonej hali targowej w stylu Baltarda dziś mieści się muzeum sztuki prymitywnej, naiwnej i „oustiderskiej”, wspaniała księgarnia oraz kawiarnio-restauracja z ciastkami w witrynce. 

Pont des Arts vs Plac Dauphine

Przewodniki radzą zakochanym spacer nad Sekwaną i zawieszenie kłódki (nielegalne, ale kto zakochanemu zabroni) na którymś z mostów, najlepiej Pont des Arts. Owszem, widoki są piękne, a rytuał miły, ale kto był w Paryżu zimą, ten wie, że od wody najbardziej ciągnie. A z fioletowym nosem nikt nie wygląda dobrze. 

Plac Dauphine // VITAartBR / Adobe Stock

Sprytny turysta pójdzie raczej śladem komisarza Maigreta i schroni się na sąsiadującym z rzeką Placu Dauphine. Trójkątny plac, ze względu na kształt nazywany łonem Paryża, jest romantyczną i stosunkowo mało uczęszczaną enklawą w samym sercu miasta, na Île de la Cité. Nie brak tu kawiarenek i restauracji, gdzie można przysiąść na lampkę wina czy gorącą czekoladę. Albo na stek z frytkami (nie wszystkim zakochanie odbiera apetyt).

Grób Chopina vs Atelier des Lumières

Co ciekawe, wśród romantycznych zestawień często figuruje też największy paryski cmentarz, być może na zasadzie podprogowego przekazu: spieszmy się kochać. Owszem, w każdej innej porze roku zadrzewiona, spokojna nekropolia faktycznie może być romantyczna. Ale zimą, kiedy wiatr podwiewa puchówkę, a grobów Chopina i Morrisona nie sposób znaleźć, wycieczka grozi raczej frustracją i kłótniami. 

Amatorom przechadzek cmentarnych poleca się raczej dużo bardziej kameralny Cmentarz Montparnasse, gdzie leżą słynni kochankowie Simone de Beauvoir i Jean-Paul Sartre. Jeśli koniecznie chcemy pozostać w okolicy Père-Lachaise i przy motywie kruchości życia, warto wybrać się do Atelier des Lumières, gdzie do 8 marca pokazywana jest immersyjna wystawa o dinozaurach. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 07/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Tuż obok Lidla