Kamel Daoud oddaje głos ofiarom wojny domowej w Algierii, ale budzi też sporo kontrowersji

Krytyka laureata Goncourtów to już we Francji uświęcona tradycja: Annie Ernaux rzekomo pisze nudno i płasko, Brigitte Giraud „nie ma stylu”, a Jean Baptiste-Andrea szafuje kliszą i ślizga się po powierzchni. A Daoud? Przesadza z tym gniewem, za bardzo komplikuje narrację, a przyznana mu nagroda jest warunkowana czysto politycznie.
Czyta się kilka minut
Kamel Daoud w jednej z paryskich księgarń. Francja, 2 maja 2025 r. // Fot. Eric Fougere / Getty Images
Kamel Daoud w jednej z paryskich księgarń. Francja, 2 maja 2025 r. // Fot. Eric Fougere / Getty Images

W tym roku Złotą Palmę w Cannes otrzymał irański dysydent Jafar Panahi, który za wolność twórczą nieraz płacił własną wolnością. Tego typu werdykty zawsze są trochę podejrzane – czy film „Un simple accident” faktycznie jest tak dobry? Czy to raczej polityczny gest, bo w dobie wojen i prześladowań nie wypada nagradzać filmów o kryzysie egzystencjalnym sytych, białych Europejczyków?

Krytyka laureata Goncourtów to już we Francji uświęcona tradycja

Podobne głosy pojawiły się przy okazji ostatnich Goncourtów. W 2024 r. Akademia uhonorowała Kamela Daouda, obłożonego fatwą zaciekłego krytyka algierskiego islamizmu. W recenzjach nagrodzonej „Hurysy” (w polskim przekładzie autorstwa Oskara Hedemanna ukaże się jesienią nakładem wydawnictwa ArtRage) przewijają się dwa przymiotniki – „odważna” i „pompatyczna”. Autor narażający się na gniew reżimu zasługuje na najwyższą pochwałę – o tym, że z rządem w Algierze nie ma żartów, przekonaliśmy się już kilkanaście dni po sukcesie Daouda.

16 listopada 2024 r. do więzienia trafił jego kolega po piórze Boualem Sansal. I do dziś z niego nie wyszedł. W marcu 2025 r. skazano go na pięć lat za to, że „naruszył integralność terytorialną kraju”. A wszystko dlatego, że w wywiadzie dla prawicowego francuskiego pisma „Frontières” opowiedział się po stronie Maroka, twierdząc, że władze kolonialnej Francji niesłusznie „odcięły” kawałek jego terytorium i przyłączyły go do Algierii. Sansal stał się symbolem walki o wolność słowa. A jego losy przestrogą dla tych, którzy chcą zadzierać z reżimem.

Daoudowi należy się więc medal za odwagę, ale „Hurysa”, no cóż – recenzenci wyrokują, że jest przyciężkawa… Za dużo metafor, nadmierny akademizm, pompatyczny styl. Powieść, ich zdaniem, jest dużo słabsza od chwalonej i nagradzanej „Sprawy Meursaulta”. Poza tym święte (a raczej świeckie) oburzenie autora i tak nie trafi do tych, do których jest kierowane. Jak stwierdził krytyk i pisarz Laurent Chalumeau: „Nie sądzę, żeby jego książka spędzała dyktatorom sen z powiek. Wręcz przeciwnie, jeśli w ogóle ją przeczytają, najprawdopodobniej ich uśpi”.

Krytyka laureata Goncourtów to już we Francji uświęcona tradycja: Annie Ernaux rzekomo pisze nudno i płasko, Brigitte Giraud „nie ma stylu”, a Jean-Baptiste Andrea szafuje kliszą i ślizga się po powierzchni. A Daoud? Przesadza z tym gniewem, za bardzo komplikuje narrację, a przyznana mu nagroda jest warunkowana czysto politycznie.

Nie rozstrzygając – bo o gustach się nie dyskutuje, a, jak pisała poetka, „wszystkie twoje, nasze, wasze / dzienne sprawy, nocne sprawy / to są sprawy polityczne” – jednego Daoudowi nie można odmówić. Wiary w moc literatury. W czasach, kiedy książki są staroświeckie jak przecinki, literatura podporządkowana jest logice rynku, a ważkie tematy omawia się w rolkach na Instagramie, on wierzy, że książki mogą zmieniać świat. I już za to zasługuje na największe laury.

Co na prowincji ma robić chłopak, który nie lubi grać w piłkę?

Książki na pewno zmieniły jego życie. Urodził się w 1970 r. w prowincji Mustaghanim, w północno-zachodniej Algierii. Jego rodzina była liczna i niezbyt zamożna. Ojciec służył w żandarmerii, często zmieniał posterunki, więc rodzice oddali Kamela i jego młodszą siostrę na wychowanie dziadkom, żeby oszczędzić im ciągłych zmian szkół.

W prestiżowej audycji „À voix nue”, w której „ważnym osobistościom naszych czasów” stacja France Culture pozwala przez dwie i pół godziny (pięć półgodzinnych odcinków) snuć refleksje o życiu, pisarz opowiadał o swoich początkach. Mosra, gdzie dorastał, była tradycyjną osadą, w której nadal zachowała się kultura plemienna. Dziadkowie byli łagodni i serdeczni, ale mały Kamel bardzo się nudził.

Co na prowincji ma robić chłopak, który nie lubi grać w piłkę? Czytać, rzecz jasna. To w rodzinnej wiosce Daoud złapał bakcyla literatury. O książki nie było łatwo (w domu czytać potrafił tylko ojciec, poziom analfabetyzmu w Algierii nadal był wysoki), ale dla chcącego nic trudnego – Kamel chodził po sąsiadach, zapisał się do wiejskiej biblioteki, jeździł po lektury do najbliższego dużego miasta.

Czytał po arabsku, którego nauczył się w szkole, i po francusku, który opanował sam, dzięki determinacji i słownikowi, kupionemu przez ojca za ciężkie pieniądze. Chłonął wszystko, co wpadło mu w ręce: Steinbeck po arabsku, arabska klasyka we francuskich przekładach. Na tym etapie, jak mówi, język był mu jeszcze obojętny. Ważne było, żeby czytać, dużo czytać.

Korzystał z tego, że nikt nie kontrolował jego lektur (no bo kto miałby to robić? niepiśmienni dziadkowie?). W wywiadach wspomina o wczesnych fascynacjach literaturą przygodową, zwłaszcza Juliuszem Verne’em, Danielem Defoe, Michelem Tournierem. Czytał też książki „niegrzeczne”: Henry’ego Millera, markiza de Sade’a. W ten sposób przezwyciężał socjalistyczny purytanizm epoki i rodzinno-wioskowy konserwatyzm. W wieku 18 lat ostatecznie porzucił religię.

„Sprawa Meursaulta” to rozprawa z „Obcym” Camusa

Literatura, jak w przypadku Annie Ernaux, zapewniła mu awans społeczny – pierwszy z rodziny poszedł na studia. I choć maturę zdawał z nauk ścisłych, potem wybrał literaturę francuską na uniwersytecie w Oranie.

Jako młody absolwent zaczyna pracę we francuskojęzycznym „Le Quotidien d’Oran”, gdzie wspina się po szczeblach kariery – najpierw dostaje swoją rubrykę, potem nominację na redaktora naczelnego. Współpracuje też z innymi mediami, również we Francji. Otwarcie krytykuje korupcję, zaniedbania i hipokryzję reżimu, co sprowadza na niego pogróżki, a w 2014 r. fatwę.

Po niemal dekadzie dziennikarstwa zaczyna przygodę z literaturą. Wydaje powieść fantastyczną „La Fable du nain” (2002) oraz zbiór opowiadań „Minotaure 504” (2011). Ponieważ jednak powieść ukazała się tylko w Algierii, a opowiadania nie kwalifikują się do Goncourtów, Francuzi za „prawdziwy debiut” uznali „Sprawę Meursaulta”. I nagrodzili ją Goncourtem dla debiutów.

„Sprawa Meursaulta” to rozprawa z „Obcym” Camusa. Monolog Haruna, brata zamordowanego przez tytułowego bohatera Musy, stanowi postkolonialną reinterpretację historii – przepisanie jej z algierskiego punktu widzenia. Daoud zwraca uwagę, że od dekad niemal bezkrytycznie zachwycamy się dziełem, w którym zamordowanie bezimiennego Araba jest mniejszą zbrodnią niż obojętność na śmierć własnej matki: „Zanim opowiem ci tę historię, krótkie streszczenie: mężczyzna, który umie pisać, zabija Araba, który tego dnia nie ma nawet imienia – jakby zawiesił je na gwoździu przed wejściem na scenę – po czym zaczyna tłumaczyć, że to przez Boga, który nie istnieje, przez to, co właśnie zrozumiał w słońcu, oraz dlatego, że sól morska szczypała go w oczy (…) To proste: ta historia powinna zostać przepisana, w tym samym języku, ale od prawej strony do lewej. Czyli zaczynając od ciała, jeszcze żywego, przez uliczki, które zawiodły go na sam kres, poprzez imię Araba, aż do jego spotkania z kulą”.

Jak pisała już w „Tygodniku” Olga Stanisławska w przenikliwym szkicu „Bolesny splot”: „Oto Meursault głębiej naruszył reguły społecznej gry idąc do kina dzień po pogrzebie matki, niźli ładując pięć kul w nieznajomego Araba”.

Nie oznacza to jednak, że Daoud neguje literackie walory dzieł Camusa. Polemika jest swoistym hołdem dla wybitnego pisarza, którego styl i talent Algierczyk podziwia. Autor „Obcego” i „Upadku” jest dla niego wzorem maestrii języka francuskiego, który ostatecznie również obrał jako swój.

Prezent od prezydenta Macrona

Na tym właśnie polega bolesny splot, który analizuje Stanisławska. Daoud krytykuje kolonialną Francję w języku kolonizatora. Miał do wyboru jeszcze literacki arabski i dialektalny algierski. Ten ostatni wykluczył: „Na to nie ma rynku. Klasyczny język arabski spycha algierski do roli języka-bękarta, języka drugorzędnego. Algierski to przede wszystkim język mówiony” – powiedział w wywiadzie Krzysztofowi Umińskiemu.

Klasyczny arabski, piękny i dźwięczny, został zaprzęgnięty przez reżimową propagandę i stał się wektorem historii, którą Daoud odrzuca. To francuski, paradoksalnie, okazał się dla niego językiem wyzwolenia: „stał się ucieleśnieniem przyjemności, pożądania i ukochanych opowieści”.

Znalazł więc dom w języku francuskim, we Francji, gdzie od 2023 r. mieszka. W obliczu rosnącego zagrożenia ze strony władz algierskich przeniósł się z rodziną do Paryża. Oficjalnie nie ma statusu uchodźcy, bo w 2020 r., w uznaniu dla literackich osiągnięć, dostał od prezydenta Macrona obywatelstwo. Nie ubiegał się o nie, ale je przyjął, jak Apollinaire, „z konieczności”. Nadal czuje się Algierczykiem i pozostaje krytyczny wobec kolonializmu, ale docenia, że Francja dała mu ochronę, pracę (wykłada w nowo utworzonej katedrze pisania na Sciences Po) oraz twórczą swobodę.

„Hurysa”, wojna domowa i czarna dekada

Skwapliwie z niej skorzystał, bo książka taka jak „Hurysa” nie mogłaby ukazać się w Algierii. Jej główna bohaterka, Aube, jest bowiem ofiarą krwawej wojny domowej, w której straciła całą rodzinę, struny głosowe i wiarę w przyszłość. W gorzkim monologu wewnętrznym (skierowanym do nienarodzonej, noszonej w brzuchu córki) opisuje okrucieństwa konfliktu, który w latach 1992-2002 toczył się w Algierii. I o którym, pod karą więzienia, nie można wspominać.

W ramach „narodowego pojednania” zakazano mówienia o wojnie (cytat z kneblującego wolność słowa artykułu 46 Karty Pokoju i Narodowego Pojednania Daoud zamieszcza jako motto książki), stąd okres ten nazywa się czarną dekadą. Daoud, głosami Aube i drugiej narratorki, Aissy, wyciąga zbrodnie na światło dzienne i pozwala mówić tym, których reżim ucisza.

Książka o wojnie i o miejscu kobiet w islamie, która we Francji święci najwyższe triumfy (nad Goncourtami jest już tylko Nobel), w Algierii dostępna jest wyłącznie na czarnym rynku. Francuski wydawca Daouda, Gallimard, został nawet za karę wykluczony z udziału w międzynarodowych targach książki w Algierze.

Przywłaszczona historia? Kontrowersyjny proces w sądzie 

Pisarz, który – jak Salman Rushdie – ryzykuje życie dla swojej twórczości. Odważny krytyk bigoterii i fundamentalizmu. Obrońca praw kobiet i gniewny Antygon, który nie godzi się na niesprawiedliwe prawo. Owszem.

Na pancerzu moralnej doskonałości jest jednak kilka rys, a Daoud nie raz musiał stawiać się w sądach. Oczywiście należy zaznaczyć, że rzetelność algierskich trybunałów wobec zażartego krytyka reżimu jest mocno problematyczna. A sprawy, przynajmniej ta najbardziej skandaliczna, nadal się toczą. Ponadto zdaniem niektórych moralna reputacja twórcy nie powinna wpływać na ocenę dzieła – Roland Barthes uśmiercił pisarza jako instancję sensotwórczą, postulując odczytanie tekstów abstrahujące od biografii autora.

W przypadku Daouda, który żyje i walczy literaturą, trudno jednak to zrobić, więc z kronikarskiego obowiązku trzeba wspomnieć, że w 2019 r. został skazany w Algierii na grzywnę i trzy miesiące więzienia w zawieszeniu za przemoc wobec swojej pierwszej żony, Nadjet. Pisarz twierdzi, że jest niewinny.

Kolejny skandal wiąże się z jego drugą żoną, psychiatrką i terapeutką Aïchą Dahdouh oraz jej pacjentką Saâdą Arbane, ofiarą wojny domowej. Trzydziestodwuletnia dziś Algierka w dzieciństwie straciła niemal całą rodzinę i głos, bo islamski terrorysta próbował podciąć jej gardło. Kobieta oddycha przez rurkę tracheostomijną i mówi przez wkład fonacyjny. O swoich traumach opowiedziała lekarce, z którą przez lata bardzo się zaprzyjaźniła. A Dahdouh, naruszając tajemnicę lekarską i zaufanie przyjaciółki, rzekomo miała przekazać historię mężowi, który opisał ją w książce. Saâda Arbane wymienia liczne podobieństwa między historią Aube a swoją: są to nie tylko charakterystyczna blizna i okaleczenie, lecz także niechciana ciąża czy odszkodowanie od państwa.

Pisarz, który chce dawać głos tym, którzy go nie mają, miał przywłaszczyć sobie jej historię. Arbane pozwała go do sądu. Ze względu na różnice w systemach prawnych oraz podwójne obywatelstwo oskarżonego procesy toczą się równocześnie w Algierii i we Francji. W Algierii powódka zarzuca autorowi i jego żonie złamanie tajemnicy lekarskiej oraz ustawy o pojednaniu narodowym, we Francji domaga się dwustu tysięcy euro odszkodowania od Daouda i wydawnictwa Gallimard za naruszenie prywatności i dóbr osobistych. Autor wypiera się zarzutów, twierdząc, że historię wymyślił sam, a Arbane nasłał na niego reżim.

We Francji wszystko oprócz Paryża to province

No dobrze, zapyta ktoś, ale co nas to wszystko obchodzi? Co nam do wojny domowej w Algierii czy postkolonialnych rozliczeń? My, w Polsce, mamy swoje problemy. A jak już sięgamy po literaturę francuską, to chcemy raczej paryskiej finezji czy kartezjańskiej refleksji o naturze istnienia. Taka literatura ma nawet swoją przydawkę: germanopratine, czyli „pochodząca z dzielnicy Saint-Germain-des-Prés”. To tam, w centrum Paryża, zawsze biło serce wielkiej literatury: kawiarnie literackie, salony, siedziby wydawnictw.

Dziś jednak zaczynamy zdawać sobie sprawę, że centrum jest blade, syte i zmęczone jak bohaterowie Houellebecqa. A ożywcze soki płyną z peryferii: z prowincji (we Francji wszystko oprócz Paryża to province), z niższych warstw społecznych, no i z byłych kolonii, które wprowadzają nowy idiom. To one ożywiają skostniałą francuszczyznę. To frankofonii zawdzięczamy wspaniałe głosy z Konga, Maroka czy Algierii. A relacje centrum–peryferia, kolonizator–kolonizowany, służący–pan są dla nas, Polaków, potencjalnie ciekawsze niż rozterki burżujek na szezlongach (nic nie ujmując pani Bovary).

„Zastanawiam się nad tym, jakich autorów czy głosów brakuje – Małgorzata Szczurek, która przetłumaczyła i wydała „Sprawę Meursaulta”, opowiada o tym, czym kieruje się, wybierając pozycje do katalogu współprowadzonego przez siebie Karakteru. – Najważniejsze jest dla mnie kryterium istotności: czy ta książka jest potrzebna, zmienia coś w naszym rozumieniu, odpowiada na jakieś ważne pytania, otwiera na coś nowego? Zależy mi na tym, by książki komentowały rzeczywistość, by odnosiły się w jakiś sposób do tego, co dzieje się wokół nas, by poszerzały horyzont”.

A głosu kogoś, kto – dzięki książkom – z domu niepiśmiennych dziadków w małej arabskiej wiosce dotarł na literacki parnas, na pewno warto słuchać. Przecież ryzykuje życie. Nawet jeśli jego powieści czasem wydają się zbyt mroczne, trudne, za bardzo polityczne, warto go czytać. I razem z nim wierzyć, że literatura daje nadzieję na lepszy świat.


Kamel Daoud (ur. 1970) – algierski pisarz i publicysta francuskojęzyczny. W początkach kariery publikował zbiory opowiadań i krótkie formy, m.in. „La Fable du nain” (2003), „Ô Pharaon” (2004) oraz „La Préface du nègre” (2008). Jego przełomową powieścią była „Meursault, contre-enquête” (2013; pol. „Sprawa Meursaulta”, tłum. Krzysztof Jarosz, wydawnictwo Karakter) – pomyślana jako polemiczna odpowiedź na „Obcego” Camusa. Za debiut ten otrzymał Nagrodę Goncourtów (w kategorii debiuty), a także nagrody François Mauriaca i Pięciu Kontynentów. Książka wywołała kontrowersje – Daoud został oskarżony o bluźnierstwo przez kręgi islamistyczne.

Kolejne jego powieści to „Zabor ou Les psaumes” (2017) i „Houris” (2024); ta ostatnia podejmuje temat tzw. „czarnej dekady” algierskiej wojny domowej (1992–2002) i przyniosła autorowi Nagrodę Goncourtów (2024), czyniąc go pierwszym Algierczykiem uhonorowanym tym najwyższym francuskim laurem. „Hurysa” ukaże się jesienią w polskim przekładzie autorstwa Oskara Hedemanna nakładem wydawnictwa ArtRage.


W „Sprawie Meursaulta” Kamel Daoud przywrócił głos człowiekowi, którego Camus w „Obcym” pozostawił bez imienia. Opowiedział znaną historię z drugiej strony – z perspektywy Algierczyków, których milczenie przez lata było częścią kolonialnej narracji. Jego powieść stała się literackim manifestem: o potrzebie pamięci, sprawiedliwości i godności.

W najnowszej książce Daoud oddaje głos kobiecie, która przetrwała wojnę domową. Aube, która w wyniku okaleczenia straciła głos, prowadzi wewnętrzny monolog, który staje się zapisem walki o wolność i pamięć. To historia o milczeniu, które nie oznacza zgody.

Jesienią na Festiwalu porozmawiamy z autorem o tym, jak literatura potrafi nazywać to, co wyparte. O oporze i nadziei. O tym, co się dzieje, gdy ci, którzy byli niewidzialni, zaczynają mówić.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 0.00 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 25/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Zabieranie głosu

Artykuł pochodzi z dodatku Magazyn Conrad nr 1/2025