Fenomen Agathy Christie: dlaczego pokochał ją cały świat?

U Królowej Kryminału zło nigdy nie wychodzi poza ściśle określone granice: posiadłości, pociągu albo statku. Nie trzeba się martwić, że morderca uderzy ponownie. Świat pozostaje bezpieczny.
Czyta się kilka minut
Mia McKenna‑Bruce na planie serialu „Tajemnica siedmiu zegarów”, Netflix // materiały prasowe
Mia McKenna‑Bruce na planie serialu „Tajemnica siedmiu zegarów”, Netflix // materiały prasowe

Królowa Kryminału, która zostawiła po sobie przepastne oeuvre i niejednego trupa, w pewnym sensie zmieniła moje życie. Choć zmarła jedenaście lat przed moim urodzeniem, to dzięki jej kryminałom stałam się kompulsywną czytelniczką, anglofilką, a potem tłumaczką

Do Herkulesa Poirot i panny Jane Marple mam więc stosunek sentymentalny i choć z perspektywy czasu widzę, że wcale nie zawsze jest tak przytulnie i tak wspaniale, jak mi się wydawało, nadal chętnie wracam do Styles czy St Mary Mead.

Agatha Christie: zachwyty i nagany 

Dziś, 50 lat po śmierci autorki (zmarła 12 stycznia 1976 r.), jej dzieło pozostaje żywe – książki są wznawiane i tłumaczone na nowo, powstają spin-offy, kontynuacje, adaptacje filmowe (najnowsza, „Tajemnica siedmiu zegarów” na Netfliksie już 15 stycznia) i teatralne. Są komiksy i książki kucharskie, gry komputerowe i muzea, „spacery śladami” i mnóstwo gadżetów. 

Napisano biografie Poirota i panny Marple, szkice na temat innych detektywów i ich pierwowzorów w prawdziwym życiu. Autorce poświęcane są też seminaria naukowe i sążniste artykuły akademickie (niedawno czytałam o ekofeminizmie w twórczości Christie). Są zachwyty (jaka żywotność!) i nagany, głównie za Murzynków, antysemityzm i inne przywary przedstawicielki upper-middle class z początku XX w.

Bibliografia podstawowa – niewiele mniej niż setka powieści – oraz omówienia, analizy, studia krytyczne, a także stawianie Christie obok Biblii i Szekspira (pod względem liczby przekładów i sprzedanych egzemplarzy) sprawiają, że nie wiadomo, jak ugryźć jej spuściznę. Wszystko już było – wielokrotnie opisywano jej dzieciństwo, tajemnicze zniknięcie w 1926 r. i małżeństwo z młodszym archeologiem, analizowano książki z klucza biograficznego i postkolonialnego. 

Są studia porównawcze i wykazy uchybień wobec „Dziesięciu przykazań literatury detektywistycznej” sporządzonych przez księdza Ronalda Knoksa (oprócz kryminałów popełnił kilka tekstów teologicznych i tłumaczenie Biblii na angielski), który zadekretował między innymi, że morderca zawsze musi być jeden i nie może być nim narrator. 

Kto czytał „Morderstwo w Orient Expressie” czy „Zabójstwo Rogera Ackroyda”, ten wie, jaką grzesznicą była Christie. 

Dlaczego zatem, mimo schematyczności, powtarzalności i przewidywalności, choć znam fabuły i doskonale wiem, kto zabił i co odpowie panna Marple, nadal regularnie sięgam po swoje wyświechtane „Morderstwo na plebanii”?

Dlaczego wracamy do kryminałów Agathy Christie?

Będzie to tzw. kryminał kocykowy, zagadka mojego zamkniętego nastoletniego pokoju – jako młoda dorosła popołudnia spędzałam na kanapie, kompulsywnie pochłaniając kolejne kryminały.

Kupowałam je w składzie tanich książek, kolekcję uzupełniałam w księgarniach i antykwariatach. Przez kilka lat dostawałam Christie na urodziny, imieniny i święta, nieświadomie kontynuując brytyjską tradycję „Christie for Christmas” z czasów, kiedy autorka jeszcze żyła i co roku wypuszczała kilka nowych pozycji. Udało mi się skompletować wszystkie kryminały (romanse pisane pod pseudonimem Mary Westmacott jakoś w ogóle mnie nie interesowały), większość w niezbyt urodziwych wydaniach Wydawnictwa Dolnośląskiego.

Miałam swoje rytuały – do pociągu brałam „4.50 z Paddington” albo „Morderstwo w Orient Expressie”, przed świętami czytałam „Boże Narodzenie Herkulesa Poirot”, a na wakacjach „Niedzielę na wsi”. Kryminały Christie miały dla mnie status przedmiotu przywiązania – czytałam je w kółko, nie ruszałam się z domu bez przynajmniej jednego morderstwa czy zagadki.

Rodzice zaczynali się niepokoić, więc wymyśliłam sobie alibi idealne – nauka języków. I myślę, że to dzięki Christie trafiłam na anglistykę. Jaką dumę czuje gimnazjalistka z małego miasteczka, która jest w stanie przeczytać całą książkę w oryginale (akcja dzieje się ponad dwie dekady temu, obecnie to żadne osiągnięcie). 

Nie wiedziałam tego, co wiem teraz – że znajomość fabuły bardzo ułatwia zrozumienie, że język Christie jest ponoć na poziomie dziesięciolatka, a słownictwo i wyrażenia są powtarzalne. 

Nie zwracałam uwagi, że książki są krótkie i złożone głównie z prostych dialogów. Nic to, czytałam po angielsku. Wszystko, co udało mi się zdobyć. Potem już świadomie zastosowałam metodę Christie do nauki francuskiego i hiszpańskiego. Możliwości jest bez liku, bo autorka jest tłumaczona na ponad sto języków. 

Jak chyba każdy fan Królowej Kryminału mam w szufladzie własne próby przekładowe – bo oczywiście wydawało mi się, że potrafię lepiej – a w skrzynce mailowej mnóstwo uprzejmych odmów wydawniczych.

Zatem wracam do Christie z sentymentu, tak jak wraca się do formacyjnych lektur i ulubionych deserów z dzieciństwa. I z wdzięczności, że wytyczyła mi ścieżkę kariery.

Klasyczny kryminał w stylu Agathy Christie

Miałam w młodości przelotny romans z kryminałami Stiega Larssona i Henninga Mankella. Mikael Blomkvist i Kurt Wallander pokazywali mi świat mroczny i okrutny, ekscytujący, ale dojmująco smutny. Świat mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet, rzeczywistość sadystycznych seryjnych morderców. Szybko porzuciłam mróz, marazm i gorzką kawę na rzecz popijanej przy kominku bawarki.

Christie daje przewidywalność i przytulność. Są wyjątki: w Orient Expressie jest zimno i krwawo, para mniej znanych detektywów, Tommy i Tuppence Beresford, prowadzą szeroko zakrojone śledztwa polityczne, a w „A.B.C.” morduje się seryjnie.

Gros książek Christie można jednak sprowadzić do lekkostrawnego przepisu: weź kilku bogatych, dobrze ubranych i uprzejmych Anglików, zamknij ich w wygodnej rezydencji, dodaj szczyptę zazdrości albo spór o spadek, lekko potrząśnij i zlikwiduj jedną z postaci, najlepiej dyskretnie, między podwieczorkiem a kolacją. A następnego dnia sprowadź małego Belga albo wścibską staruszkę, którzy rozwiążą zagadkę, nie zaburzając rytmu posiłków.

Oczywiście fabuła jest zwykle nieco bardziej skomplikowana, są fałszywe tropy i lekkie komplikacje, mimo to kryminały Christie są zaskakująco stacjonarne i statyczne. Poirot starannie ogląda miejsce zbrodni, rozmawia z podejrzanymi, a potem po prostu siedzi w fotelu i uruchamia „małe szare komórki”. 

Panna Marple węszy, podpytuje i stosuje małomiasteczkowy gestalt, szukając analogicznych spraw w swojskim St Mary Mead. Zagadka zostaje rozwiązana dzięki inteligencji, intuicji i znajomości ludzkiej natury. Nie ma pościgów, wybuchów emocji, nieprzystojnych pogróżek. Od czasu do czasu ktoś napisze anonimowy list z (rozczulająco grzecznymi na nasz gust) pogróżkami.

Anglia, klasa i eskapizm u Agaty Christie

Z kryminałów Christie na pewno nie da się nauczyć języka ulicy ani przekleństw – o czym przekonałam się podczas pierwszego pobytu w Londynie, gdzie wzbudzałam powszechne rozbawienie, bo mówiłam jak arystokratka z początku poprzedniego wieku (I beg your pardon, madam?). W świecie Christie jest miło i grzecznie. 

Choć pisała częściowo o czasach, kiedy po ulicach Londynu grasowały gangi, a miasto było rozwarstwione, zamglone i niebezpieczne, Królowa serwuje nam morderstwo w białych rękawiczkach i wypolerowanych bucikach.

I mnie taki świat przyciągał – nie zastanawiałam się, czemu Anglia w jej kryminałach jest biała, syta i bogata. Czemu prawie nikt nie musi pracować, a zimuje się w egzotycznych krajach, gdzie spotyka się głównie innych białych Anglików (świetnie pisze o tym Lucy Wosley w biografii autorki: podczas młodzieńczej podróży do Egiptu Agatha nie rozmawiała z nikim, z kim nie mogłaby gawędzić w Surrey).

Czemu najbiedniejszą klientką Poirota jest pani Todd, która mieszka w Clapham i ma tylko dwoje służących (w tym tytułową kucharkę, która znika). Czemu kwestia honorarium dla Poirota właściwie nigdy nie pada – tylko raz, kiedy pani Todd płaci mu gwineę za fatygę, ale on czeku i tak nie inkasuje, tylko oprawia go sobie na pamiątkę.

Czytanie Christie było dla mnie jak podróż z przaśnej małomiasteczkowej Polski do eleganckiego świata w sepii, gdzie ludzie przebierają się do posiłków podawanych na porcelanie. Dopiero później dowiedziałam się, że już dla autorki była to sentymentalna wycieczka w przeszłość. Większość książek napisała bowiem w czasach powojennego racjonowania żywności i spadku dochodów z nieruchomości, kiedy arystokratyczny raj rentierów i obiboków powoli odchodził do lamusa.

Kontrowersje wokół Agathy Christie

Impulsem do sięgnięcia po kryminały Christie był dla mnie bunt młodzieńczy (w wersji soft). Ponieważ moja mama jest romanistką, z przekory zaczęłam interesować się wszystkim, co angielskie. I w książkach Christie miałam używanie – choć akcja czasem rozgrywa się na Nilu, w Mezopotamii czy w Bagdadzie, bohaterami zawsze są brytyjscy dżentelmeni i urocze ladies

W Londynie i wiejskich posiadłościach spotykamy też urzędników, służących i przedstawicieli niższych warstw społecznych, zwykle jednak występują w rolach drugoplanowych. Jedynym „obcym” jest lekko karykaturalny, dandysowaty Belg, którego strój, maniery i przyzwyczajenia (od herbaty woli czekoladę!) podkreślają tylko wszechobecną Englishness.

Znacznie upraszcza to sprawę, bo wspólny system wartości, który skrótowo można by nazwać kodeksem angielskiego dżentelmena, sprawia, że bardzo łatwo grubą kreską oddzielić dobro od zła. Co ciekawe, morderstwo nie zawsze jest złe: Poirot chroni pasażerów Orient Expressu przed jugosłowiańską policją, bo ich ofiara, Mister Ratchett, był wyjątkową kanalią. W dodatku Amerykaninem.

Proste jest też dzielenie ludzi na dobrych i złych – dobrzy są powściągliwi, skłonni do poświęceń, wierni królowi i ojczyźnie, źli są chciwi, leniwi i prowadzą ekstrawagancki tryb życia, rozpuszczając rodzinne fortuny.

Dopiero stosunkowo niedawno zdałam sobie sprawę, że świat bohaterów Christie jest tak atrakcyjny, bo ludzie w większości nie muszą pracować. Czas wypełniają im przyjęcia, polowania i partyjki golfa, ogrodnictwo i ploteczki, podróże do kolonii i herbatki w letnich rezydencjach. Chwilami trochę się nudzą. Aż dziw, że nie mordują częściej – w końcu, jak stwierdził Poirot: „Jeść można tylko trzy razy dziennie. A co zrobić z czasem pomiędzy posiłkami?”.

No właśnie – Agatha drwiła głównie ze swojego małego belgijskiego wąsacza. Świat angielskich klas wyższych był jej naturalnym habitatem. Nie kwestionuje przywilejów, którymi sama się cieszy, nie kpi z pobratymców. A jeśli już, to delikatnie, i to głównie z nuworyszy (patrz „Tajemnica siedmiu zegarów”). Zdaniem jej biografki, Lucy Wosley, Agatha była globtroterką i kobietą światową, która umiała krytycznie patrzeć na Anglików. 

Możliwe, ale i tak uważam, że pomysł wydania jej kryminałów ze zjadliwymi okładkami Martina Parra mógł powstać tylko we Francji (wydawnictwo Le Masque, 2013).

Dlaczego kryminały Agathy Christie dają poczucie bezpieczeństwa?

Dziś wszystkiego jest za dużo. Paraliż decyzyjny, nadmiar bodźców i tempo rzeczywistości czasem tak mnie przytłaczają, że świat Christie jest jak haust świeżego powietrza. Paradoksalnie, bo wydarzenia często rozgrywają się w zamkniętych, dusznawych jak mniemam salonach.

U Christie akcja płynie powoli (jesteśmy w końcu wśród ludzi, którzy nie muszą się spieszyć), grono bohaterów jest ograniczone i znane od początku, a morderca zawsze jest jednym z nich. W przeciwieństwie do kryminałów noir, gdzie zło może czyhać wszędzie i co rusz pojawiają się nowi podejrzani, kolejne wątki i dowody, gdzie pole działania detektywa jest prawie nieograniczone (czasem uruchamia Interpol), a zamiast dobra i zła panuje wszechogarniająca szarość, u Królowej Kryminału wszystkie karty od razu trafiają na stół.

A dramat nie wychodzi poza granice posiadłości, pociągu czy statku. To kryminał całkowicie endogenny – wszystko zostaje w rodzinie. Co może być straszne, bo krzywdzą najbliżsi, ale znacznie ułatwia rozwikłanie zagadki, wycięcie chorego organu i dalsze zdrowe życie. Nie trzeba się martwić, że niezidentyfikowane zło nadal gdzieś czeka, a morderca znów uderzy. 

Szare komórki wąsatego Belga i przenikliwość panny Marple zawsze stają na wysokości zadania. Zbrodniarz zostaje pojmany, motyw i metody starannie wyjaśnione. Wszystko, jak lakierki Poirota, wypolerowane i domknięte na ostatni guzik. Na końcu, niczym w robótce panny Marple, nie ma już żadnych luźnych nitek. 

Sprawiedliwość zostaje wymierzona, bo w świecie Christie „Zło, które czai się wszędzie”, zostaje wyplenione i zneutralizowane. Zbrodniarz trafia do więzienia albo dostaje szansę na eleganckie samobójstwo. Wszystko wraca do normy.

Kiedy zewsząd spadają na człowieka smutne wieści i tragiczne doniesienia, kto nie chciałby schronić się w magicznej krainie, gdzie prawda i dobro nieodmiennie triumfują, a na wielki stres wystarcza kieliszek sherry? 

Niektórzy zarzucają autorom tego typu książek, że traktują zbrodnię jak salonową zabawę, że owszem, można pisać kryminały, ale tylko takie, które pokazują trudny kontekst społeczno-polityczny, w którym doszło do mordu. A detektyw, który na co dzień styka się z biedą i bestialstwem, musi ponosić tego skutki. Innymi słowy, smutny alkoholik Harry Hole tak, ale wiecznie zadowolony z siebie smakosz i elegant Herkules Poirot – nie.

Intelektualnie w pełni przyjmuję te argumenty. Cóż jednak poradzę, że bardziej pociąga mnie literacki eskapizm? Że zamiast o zbrodniach neonazistów czy mężach, którzy torturują żony, wolę opowieści o starych dziedziczkach dyskretnie podtruwanych strychniną w miłych okolicznościach przyrody?

Dziedzictwo Agathy Christie: adaptacje, popularność i ponadczasowość

Powodów mojej miłości jest jeszcze mnóstwo – uwielbiam pożerającą jabłka ekscentryczną Ariadnę Oliver, lubię wyszukiwać fragmenty, w których autorka kpi z obcokrajowców, jako fanka podróży koleją mam z lektury Christie mnóstwo frajdy. 

Bezkrytycznie pochłaniam wszystkie, nawet kiepskie adaptacje (najbardziej cenię filmy BBC z psotną Geraldine McEwan w roli panny Marple i sztuki radiowe, w których głosu Poirotowi udziela John Moffatt) i kolejne kontynuacje książkowe pióra Sophie Hannah i innych współczesnych autorek kryminałów (np. „Panna Marple. Dwanaście nowych historii”). Studnia Christie nie wyschnie chyba nigdy.

Podziwiam też samą Agathę: owszem, nie urodziła się w biedzie, ale trzeba przyznać, że jako kobieta zupełnie bez wykształcenia (odebrała edukację domową, co w praktyce polegało na tym, że od czwartego roku życia pochłaniała książki z domowej biblioteki) poradziła sobie całkiem nieźle. Przez większość życia zarabiała więcej niż jej mężowie, a dziś Agatha Christie Estate to grube miliony funtów. 

Fortunę spadkobierców Królowej zasilają między innymi dochody ze sprzedaży książek i ich tłumaczeń, tantiemy z adaptacji oraz zyski z biletów na „Pułapkę na myszy”, czyli sztuki, którą po prawie pół wieku nie schodzi z afisza na londyńskim West Endzie (zdjął ją – tymczasowo – dopiero covid).

Agatha Christie, 1969 r. // Fot. John Hedgecoe / Popperfoto / Getty Images

Agatha imponuje charakterem i temperamentem. Z autobiografii, licznych listów i tekstów biograficznych wiemy, że kochała tłustą dewońską śmietankę, szybkie samochody i dalekie podróże, objechała świat dookoła (zostawiwszy w domu niespełna roczną córeczkę) i nie dała się zdusić gorsetem konwenansów. Z listów wyłania się obraz kobiety o dużym apetycie i zdrowym libido (również po menopauzie). Mimo wieku i tuszy – jeść uwielbiała bardziej niż Poirot – próbowała windsurfingu na Hawajach i jeździła na pustynne wykopaliska. 

Choć przy lekturze jej książek wyobrażamy sobie raczej stateczną matronę w starych koronkach, Christie była energiczna, zaradna i pewna swego. Nie każdy ma odwagę poślubić mężczyznę młodszego o czternaście lat (choć deklaracja, że „Wyszła za archeologa, bo im jest starsza, tym bardziej on ją docenia”, podobno przypisywana jest jej błędnie) i ruszyć z nim do Mezopotamii.

Książki Agathy też mają to coś, że mimo upływu czasu cieszą się niesłabnącą popularnością. Pewnie w przyszłych wydaniach trzeba będzie robić przypis, czym był telegram i butonierka, ale i tak wróżę im długą przyszłość.

Tajemnica siedmiu zegarów, Netflix

„Tajemnica siedmiu zegarów”, której ekranizacja 15 stycznia pojawi się na Netfliksie, odbiega od standardowego schematu powieści Christie. Choć do morderstwa dochodzi w rezydencji Chimneys (ang. chimney – komin), zamiast zbrodni przy kominku dostajemy międzynarodowe śledztwo policyjne, tajne stowarzyszenie i groźnych przestępców.

Zdaniem niektórych recenzentów powieść jest nietypowa i niezbyt udana, według innych to znakomita parodia literatury szpiegowskiej. I satyra na gnuśnych arystokratów, bo wszystko zaczyna się do tego, że niejaki Gerry Wade notorycznie zasypia na śniadanie (serwowane do jedenastej). Przyjaciele postanawiają zrobić mu kawał i wstawić do pokoju osiem budzików. Ich dzwonienie obudziłoby umarłego. Tyle że rano okazuje się, że Gerry faktycznie nie żyje.

Książka była już ekranizowana – w 1981 r. BBC nadało film z gwiazdorską obsadą (John Gielgud, Harry Andrews, Cheryl Campbell). W trzyodcinkowej adaptacji Netfliksa zobaczymy między innymi Helenę Bonham Carter i Martina Freemana.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 03/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Alibi idealne