Od wojny coraz dalej. Daleko. Zimno, zimniej, cieplej, ciepło, gorąco. Historia lubi się powtarzać, szepcze wieczorem mama, to są szczeliny, przez które widać Boga. I diabła”. Samych działań zbrojnych nie widać i nie słychać w powieści Marty Hermanowicz pt. „Koniec”, która zwyciężyła w konkursie o Nagrodę Conrada na najlepszy debiut prozatorski i zdobyła nominacje do wielu innych wyróżnień literackich.
Psychologiczne traumy przodków tkwią za to głęboko we współczesnej narratorce – Malwinie. To „dziecko popsute, poradzieckie, poniemieckie”, które mimowolnie śni wojenne wspomnienia babci Lotki. Nie pomagają protesty dziewczynki: „wynoś się z mojej głowy, zabieraj swoje tobołki”, medium z warkoczem ma „stare oczy” i nie potrafi „złożyć się w całość”, choć tego wymaga od niej ojczyzna w rytm hymnu państwowego.
„Koniec” Marty Hermanowicz: wspomnienia na przechowanie
Urodzona w 1982 r. Hermanowicz pisze w posłowiu i przyznaje w wywiadach, że inspiracją do napisania książki były prawdziwe losy jej rodziny, wywiezionej w 1940 r. z Wołynia na Syberię. W powieści na zesłaniu umiera senior rodu i najmłodszy syn, a starszy zaciąga się do Armii Andersa, dzięki czemu wojnę, częściowo w obozie w Afryce, przeżywają też jego dwie młodsze siostry, Lotka oraz Halina i ich matka. Warunki panujące w sowieckich więzieniach i łagrach polska literatura poznała z pierwszej ręki Gustawa Herlinga-Grudzińskiego w „Innym świecie”.
Piekło obozów „Na nieludzkiej ziemi” i niemalże biblijny eksodus Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR w latach 1941-1942 opisywał też Józef Czapski. Losy około 15 tysięcy dzieci, które z polskim wojskiem przez Iran trafiły do Afryki, Indii czy na antypody, powróciły ostatnio w reportażach, np. „W Nowej Zelandii wschodzi słońce” Martyny M. Wojtkowskiej.
Skutki paktu Hitlera ze Stalinem, a potem jego zerwania dla mieszkańców przedwojennej wschodniej Polski były eksploatowane przez autorów i komentatorów politycznych prawicy jako poręczne narzędzia dyskursu antykomunistycznego. Hermanowicz nie tylko odbiera tę tematykę konserwatystom, ale wykorzystuje literacko, nie po to, by pisać jak Timothy Snyder o ziemiach skrwawionych z powodów geopolitycznych. Nie ma w tej opowieści miejsca na zbrodniarzy oraz „naszych” – heroicznych bohaterów wojennych.
Tango „To ostatnia niedziela” nie przywołuje wyimaginowanej polskiej idylli sprzed 1939 r. W powieści „Koniec” ironiczne powtarzanie hymnu i dziecięcych wyliczanek oraz inwektyw w stosunku do babci i ojczyzny staje się egzorcyzmem nieprzerobionych traum narodowych. Babcia Lotka daje wspomnienia wnuczce „na przechowanie, na przemilczenie tego, co się widziało”, jej pokoleniu system władzy nie pozwalał mówić o wywózkach ani o gwałtach sowieckich żołnierzy.
„Luneta z rybiej głowy” Patryka Zalaszewskiego: opowieści wojenne dziadka
Zainteresowania Marty Hermanowicz można by uznać za odosobnione, ale psychologiczne echa wojny odczuwane po osiemdziesięciu latach przez trzecie (a może i czwarte) pokolenie Polek i Polaków obecne są także u innych młodych autorów. W finale Nagrody Conrada znalazła się także książka „Luneta z rybiej głowy” Patryka Zalaszewskiego, urodzonego w 1996 r. Autor nie miał więc szansy zetknąć się ze ZBoWiD-owską propagandą PRL, ale dorastał, kiedy chcąc nie chcąc żyliśmy w kraju przesiąkniętym polityką historyczną PiS.
Pierwsze zdanie misternie splecionego zbioru nadmorskich, rodzinnych i rybackich opowiadań Zalaszewskiego brzmi: „To całkiem zabawne, że mój dziadek nigdy nie wrócił z wojny. Może gdyby umarł, toby zabawne nie było, ale rzecz w tym, że wrócił i nie wrócił jednocześnie”. Pozbawiony nogi dziadek rusza się z pieca głównie po to, by stłuc żonę, ale inaczej niż dotychczas w polskiej literaturze, nie jest tylko przemocowym samcem zniszczonym przez alkohol.
Narrator przyznaje, że nienawidził i zarazem kochał dziadka za opowieści wojenne. „Wtedy mnie to pociągało, jak wszystkie dzieci, a teraz mnie to odpycha, przeraża, paraliżuje, gnieździ gdzieś we mnie”. To zdanie definiuje traumatyczną relację przyciągania i odpychania, która tkwi we wnukach ocaleńców, zarówno tych z łagrów, jak i z Holokaustu i wszystkich rzezi wojny oraz „wielkiej trwogi” później.
Oczywiście, po zamilknięciu pokolenia Tadeusza Konwickiego te tematy nigdy nie zniknęły z polskiej literatury, w ostatnich latach w „Przewozie” i „Rzece dzieciństwa” z dalekich podróży i lokalności Beskidu powracał do nich Andrzej Stasiuk. Za pisarza wojen, zarówno tej pierwszej, wielkiej wojny (np. „Pokora”), jak i drugiej (np. „Król”, „Królestwo”) oraz tej współczesnej, w Ukrainie („Null”) trzeba uznać Szczepana Twardocha. Stosunek pokolenia Hermanowicz czy Zalaszewskiego do historii jest jednak zupełnie inny.
Generacja wychowana w kulturze psychoterapii i nazywania osobistych problemów zgodnie z nowoczesną nomenklaturą medyczną koncentruje się na psychologii i pracy z traumą, zarówno tą odziedziczoną, jak i całkiem nową.
Idzie wojna, przygotuj się
„Matko moja, spójrz przez okno / Wszędzie śmierć i krew” – śpiewała Siekiera w Jarocinie w 1984 r., ale apokaliptyczny tytuł utworu „Idzie wojna” surrealistycznie rozrzedzała wersami takimi jak „Tam na polu leży głowa / Gnije szczurza pierś”. W kontrze do utylitarnego traktowania przeszłości przez władze PRL, kultura niezależna, w tym muzyka punkowa i nowofalowa, traktowała o ogólnej beznadziei. Widmo zagłady atomowej było raczej metaforą nastrojów niż faktem politycznym.
O dawnych partyzantach, kombatantach zespół Red Star mimo cenzury śpiewał z użyciem słów powszechnie uważanych za wulgarne. Kiedy wokalista Kobranocki w „Liście z placu boju” wcielał się w martwego żołnierza, chodziło o gest pacyfistyczny, powszechne w późnym PRL i na początku lat 90. unikanie przymusowego poboru do wojska. Niezależnie od strachu przed „trepami” i „falą”, katowaniem „kotów”, armia i jej udział w jakichkolwiek konfliktach wydawał się po prostu absurdalnie niemożliwy.
Młodzież, przekarmiona aż do bólu brzucha „Czterema pancernymi” i „Hansem Klossem”, chodząc obok wszechobecnych tablic uwieczniających rozstrzelania uciekała od tematyki wojennej. Uciekała w bok, do azyli upragnionej wolności, lub do przodu, w politycznej walce, w której symboliczny Katyń był jednak tylko faktem historycznym i argumentem retorycznym przeciwko władzy.
10 września 2001 r. w Warszawie odsłonięto billboard grupy Twożywo przedstawiający młodego człowieka beztrosko leżącego, patrzącego w niebo i żującego źdźbło trawy. Tekst obok brzmiał „Kiedy wreszcie będzie wojna” i w związku z zamachami w USA następnego dnia zdawał się wieszczyć załamanie światowego porządku. Artyści, Mariusz Libel i Krzysztof Sidorek, nie mogli mieć oczywiście pojęcia o szykowanych przez Al-Kaidę działaniach terrorystycznych. Skandal, jaki wywołała ich praca w przestrzeni publicznej, wynikał głównie z przełamania atmosfery „Końca historii” Fukuyamy, który stał się wręcz częścią obowiązującej ideologii państwowej.
Upadek wielkiej narracji socjalizmu i skrajny neoliberalizm lat 90. skupiony na innej, czysto rynkowej wizji przyszłości miał zamknąć tragiczną i niechcianą polską przeszłość. Prowokacyjne hasło Twożywa po prawie 25 latach wydaje się jednak przeczuciem tego, co tkwiło wciąż w społeczeństwie: głębokiego, genetycznego wręcz przekonania, że skoro wojny tak długo nie było, to w końcu musi znów wybuchnąć.
W czasach konfliktów hybrydowych i proxy wars – wojen zastępczych, toczonych przez pośredników – nie wszyscy poczuli powrót historii w 2014 r., kiedy Rosja zaanektowała Krym i zaatakowała Donbas. W lutym 2022 r. tym głośniej o pełnoskalowej wojnie mówiły media. Dziś nie ma kolacji czy imprezy, na której w którymś momencie dyskusja nie schodzi na pytanie podstawowe: co zrobisz, kiedy Rosja zaatakuje Polskę? Pójdziesz do wojska czy wyjedziesz?
„Idzie wojna?” – pyta Agnieszka Lichnerowicz specjalistów i od razu w tytule odpowiada „Spodziewaj się najlepszego, przygotuj na najgorsze”. Z kolei reporter Paweł Pieniążek w książce „Wojna w twoim domu” opisuje, jakby szykując nas na najgorsze, tych, którzy już do niej przywykli. „Gdy wojna raz przyjdzie do twojego domu, już nie chce z niego wyjść. Jest jak uciążliwy pasożyt, którego nie da się pozbyć”. Chodzi mu o Ukrainę i Afganistan, o którym przecież przez lata czytaliśmy inne reportaże, ale to samo można by napisać o „pasożycie wojny” w nas, dziś.
Zmarli napadają nas w snach
Fachowe pojęcie PTSD, czyli post-traumatic stress disorder, w polskich reportażach pojawiło się chyba po raz pierwszy właśnie za sprawą Afganistanu. Grażyna Jagielska w „Miłości z kamienia” już w 2013 r. opisała swoją terapię w klinice stresu bojowego. Nie była żołnierzem, nigdy nie trafiła na żaden front, ale okazało się, że na zaburzenie psychiczne powstające w reakcji na skrajnie stresujące wydarzenie może cierpieć także żona korespondenta, w tym przypadku Wojciecha Jagielskiego.
W tej samej wojskowej klinice, utworzonej specjalnie dla żołnierzy powracających z Afganistanu i Iraku, leczył się także współpracujący z Jagielskim fotograf – Krzysztof Miller. Między innymi zespół stresu pourazowego doprowadził do jego samobójczej śmierci w 2016 r. W książce „13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego” próbował opisać, ile kosztowało go robienie zdjęć na frontach i w miejscach konfliktów, wojen domowych, rzezi w Rwandzie czy Kongo.
„Fotel na biegunach wyrzuciłem. Ale wieczorami (...) mam taki moment. Że na krześle jak na fotelu zaczynam się bujać. (...) Oni, ci, których widziałem, oni wraz ze mną zaczynają się bujać. Oni, ci, których widziałem, ale których już nie zobaczę. Którzy zostali tylko w mojej głowie i na celuloidzie taśmy fotograficznej”. Prostym językiem Miller opowiedział to samo, co w literacko wyszukany sposób robi Hermanowicz. Wiedzieli o tym zresztą świetnie Adam Mickiewicz i Maria Janion: zmarli, a szczególnie bestialsko zamordowani, zostają z nami na zawsze. Czy tego chcemy, czy nie, „napadają w snach”, jak w powieści „Koniec”.
Witajcie w traumalandzie
Psycholog społeczny i polityczny Michał Bilewicz w wydanej w 2024 r. książce „Traumaland. Polacy w cieniu przeszłości” przywołuje nie tylko pionierskie badania prowadzone wkrótce po zakończeniu II wojny światowej. Zespół Stefana Baleya już wtedy stworzył pojęcie „kompleksu wojennego”, na który cierpieli młodzi Polacy.
Bilewicz analizuje też te nowe badania, prowadzone w Europie Zachodniej od lat 90., z których wynika, że średni odsetek cierpiących na PTSD w różnych krajach wynosi 5-10 proc. U nas natomiast wielokrotnie ponawiane analizy profesor Mai Lis-Turlejskiej pokazały, że około 30 proc. emerytek i emerytów, którzy w trakcie wojny byli dziećmi, cierpi na stres pourazowy.
Z naukowych badań wynika, że odczuwa go także młodsze pokolenie – wnuków i wnuczek – na które spadają nieprzerobione sny i traumy przodków. „Chodzi o to, żeby tę traumę opisać i nazwać, bo to nigdy tak naprawdę nie zostało zrobione”, pisze Lis-Turlejska cytowana przez Bilewicza, który idzie dużo dalej w swoich rozważaniach.
Opisuje „narcystyczną osobowość traumalandu”, zarówno naszą, jak i tę we współczesnym Izraelu, a jego książka przy okazji tłumaczy brak empatii w stosunku do Palestyńczyków. Przede wszystkim jednak Bilewicz wskazuje, że jedynym, co łączy współczesnych Polaków, jest właśnie „doświadczenie największej zbrodni w historii ludzkości”, kiedy dwa totalitaryzmy zabiły 14 milionów cywilów i jeńców wojennych.
Marta Hermanowicz, pisząc swoją książkę przez wiele lat i wydając ją w 2024 r., mniej więcej wtedy, kiedy Bilewicz, nie mogła jeszcze znać „Traumalandu”, ale także powołuje się w wywiadach na światowe i specyficznie polskie PTSD.
Nośnikiem i najbardziej brutalnymi przekazicielami traum byli wcześniej w literaturze głównie pijący ojcowie, jak u Wojciecha Kuczoka w „Gnoju” czy, wiele lat później, tytułowy „Mireczek” Aleksandry Zbroi. Zwrot feministyczny wciągnął w orbitę literackich zainteresowań także kobiety, które z ofiar stały się mimowolnymi katami („Koniec”). Zamiast przytulić, zapychają dzieci jedzeniem, tak jak w kolejnym debiucie: „Trzewiach” Aleksandry Paduch, gdzie rodzina przeszła wojenną poniewierkę.
Traumatycznym źródłem opresji są w nowej literaturze całe rodziny, rozpisane raczej wielopokoleniowo niż płciowo. Nawet Jul Łyskawa, choć od tematów polskich uciekł aż do Ameryki, w nagrodzonej Paszportem „Polityki” (i także nominowanej do Nagrody Conrada) „Prawdziwej historii Jeffreya Watersa i jego ojców” pisze sagę rodzinną, w której powracają echa wojen i twardej ręki przodków.
Także zwrot ludowy – przepisujący na nowo historię głosami dawniej wykluczonych warstw społecznych, głównie chłopek i chłopów – zyskuje swoją odnogę wojenną. Nie chodzi tylko o wspomnienia w pamiętnikach wiejskich kobiet analizowanych przez urodzoną w 1996 r. Antoninę Tosiek w „Przepraszam za brzydkie pismo”.
Ishbel Szatrawska już wcześniej w powieści „Toń” pokazywała swoje rodzinne Prusy Wschodnie przez pryzmat wielopokoleniowej, multietnicznej sagi, której kolejne wojny były oczywiście punktami zwrotnymi. Ta książka czerpała raczej ze znanego już idiomu „małych ojczyzn”, natomiast tegoroczna, „Wyrok”, łączy pytania moralne z końcówki II wojny światowej z kwestiami wprost klasowymi. Powieść rozgrywa się w bliżej nieokreślonym miejscu na południu Polski, w górach, w biednych wsiach, w których zdobycie pożywienia i przeżycie jest ważniejsze od tego, kto wygra zmagania o władzę na skrwawionych ziemiach.
Szatrawska, urodzona w 1981 r., podobnie jak większość autorów i autorek roczników 80. i 90., poza stolicą i dużymi miastami, również bardziej interesuje się skutkami psychicznymi i etycznymi przemocy niż jej historyczno-politycznym wymiarem. Dawne stawki rozgrywek z komunizmem są już po prostu całkowicie nieaktualne dla młodszych roczników pisarek i pisarzy.
Wszystkie te nowe książki mają swoje korzenie w naszym traumalandzie. Triggerem – czyli w języku psychoterapii wyzwalaczem – są zapewne nowe przeżycia, skutek wojny tuż obok, w Ukrainie, a może i nawet nieco dalej, w Palestynie. Kultura terapeutyczna każąca nam szukać pomocy zarówno na kosztownej kozetce, jak i taniej, w twórczości, wyzwala dzieła bardzo ważne dla całokształtu polskiej kultury, w jej długim trwaniu.
Tytułowy koniec u Hermanowicz nie oznacza pacyfistycznej idylli – kresu zbrojnych konfliktów – ale terapeutyczne przerobienie ich skutków, zatrzymanie zaklętego koła powtarzanych cierpień.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















