Ten tekst będzie o słowach oraz o energii. A także o energii słów, które z dnia na dzień – gdy wybucha wojna i trzeba zamieszkać na stacji metra albo wstąpić do wojska, choć było się poetą – zmieniają swój charakter.
Kiedy ktoś nas atakuje w środku nocy, słowa mają znaczenie krytyczne, jak zero-jedynkowy kod: potwierdzają albo podważają istnienie. „Są potrzebne, żeby co rano, stygnąc w środku, pytać przyjaciela, czy żyje” – notuje pisarka i tłumaczka Sofija Andruchowycz (informacje o wszystkich cytowanych książkach znajdują się na końcu tekstu – przyp. autorki). Dlatego w czasie tej wojny na przemian przeklina się ruskich „pidarów” (gniew najlepiej oddaje obsceniczna leksyka) albo mówi o miłości, bo „język wojny wszystko nazywa po imieniu”, zauważa pisarz i żołnierz Ołeksandr Myched.
Palące serce, energia gniewu
Wojenna trauma rozdziera ludzi, uwalniając z samego ich środka dziwną energię, niedostępną w czasach pokoju. Starożytni Grecy wierzyli, że owa energeia to nie tylko składnik wszystkich istot żywych. Wedle klasycystki i poetki Alice Oswald rozumiano ją jako „rzeczywistość jaskrawą nie do wytrzymania”. Rzeczywistość stawała się nie do wytrzymania, gdy na ziemię schodzili bogowie. Czyli wtedy, gdy doświadczano gwałtownych przeżyć, na przykład wojennego bólu i cierpienia.
W starożytnej grece nie znano słowa takiego jak „emocje”, mówiono raczej o pasji i namiętnościach, które rozumiano jako rodzaj sił wpływających na człowieka z zewnątrz albo lepiej – z góry. To, co czujemy, pochodzi od bogów. Ogarnia nas, oszałamia, trafia jak grom. Jesteśmy przedmiotem targających nami sprzeczności. W takich sytuacjach język, który jest w stanie odpowiedzieć światu, sam staje się naszym narzędziem walki, energeią właśnie.
W „Iliadzie” pochodzące ze świata boskiego namiętności w sensie dosłownym „rozpalają serca” uczestników walki. Ale przecież aż do Wielkiej Wojny czyn zbrojny i działalność żołnierską wiązano bezpośrednio z męskością, militaryzowano ją. „Byłeś rozgniewany. Twoją pierś rozpierał thumos”, mówi do bohatera swojej najnowszej powieści Szczepan Twardoch. „Thumos” albo „thymos” to greckie określenie miejsca, z którego wypływają fale wzburzenia, źródło namiętności (dosłownie: „gorące serce”, co można tłumaczyć jako rodzaj odwagi). Bohater, którego rozpiera thumos, jest jednocześnie rodzajem proroka. Jego powinnością jest niesienie wieści o słusznym gniewie w świat. Bohater Twardocha jest takim właśnie prorokiem. Do tego prorokiem prawdopodobnie martwym.
Grecy wierzyli, że nie ma innego życia po śmierci niż to, które ocaleje w bohaterskich pieśniach. Nic dziwnego, że sztuka, jak zauważa w swojej książce Myched, wraca w czasie wojny do takich „magicznych początków, pieczar rytuałów”. W takich okolicznościach „próby składania słów w całość są rodzajem oddychania”. Oczywiście, jeżeli tylko jesteśmy w stanie dobyć z siebie jeszcze jakieś słowa.
„Null” jest inwokacją, wołaniem do zmarłych

No dobrze, ale zacznijmy od początku. Pod koniec lutego, tuż po trzeciej rocznicy pełnoskalowej wojny w Ukrainie, ukazuje się „Null” Szczepana Twardocha – powieść o żołnierzach walczących na pierwszej linii frontu. Głównym bohaterem jest polski ochotnik o ukraińskich korzeniach, do którego towarzysze broni zwracają się per Koń. Kiedyś Koń był pilotem, obsługiwał drony. Dziś siedzi ze Szczurem w zamaskowanej jamie na lewym brzegu Dniepru, skąd biegnie do nas jego opowieść. A właściwie biegnie opowieść o nim, czy też opowieść Twardocha skierowana bezpośrednio do niego, bo „Null” jest inwokacją, wołaniem.
Oficjalnie Koń jest Koniem, bo na zdjęciach publikowanych w mediach społecznościowych zakryto mu kiedyś dla bezpieczeństwa twarz obrazkiem uśmiechniętego końskiego łba. Tak naprawdę jednak do nazywania Konia Koniem można znaleźć inne, dużo lepsze powody. Pamiętacie platońską alegorię duszy jako rydwanu? Woźnica symbolizował w niej część rozumną, zaś dwa skrzydlate konie części odpowiadające namiętnościom takim jak gniew i pożądanie. Koń – bohater Twardocha – rzeczywiście, jak już wiemy, jest rozgniewany. Wedle tego porządku jest jednak tą częścią duszy, która zawsze sprzymierza się z rozumem, z tym, co sprawiedliwe.
Są w „Nullu” momenty, gdy Koń myśli o „Iliadzie”. A pierwszym słowem eposu Homera jest przecież gniew. „Wszystko zaczęło się od gniewu”, mówi do siebie Koń, a może mówi to do Konia Twardoch? Gniew, to „fatalne i uroczyste niczym nieznoszący sprzeciwu apel” słowo – jak zauważył niemiecki filozof Peter Sloterdijk – jest pierwszym znanym nam leksemem Europy. Kamieniem węgielnym starego kontynentu, naszym punktem startowym.
Rozpoczynająca epos pieśń o heroicznej energii wojownika wynosi gniew do rangi materii, z jakiej uformowany jest świat: „Gniew Achilla, bogini, głoś, obfity w szkody, który ściągnął klęsk tyle (…) Mnóstwo dusz mężnych wcześnie wtrącił do Erebu, a na pastwę dał sępom i psom bez pogrzebu walające się trupy rycerskie wśród pola” (tłum. Franciszek Ksawery Dmochowski). Pierwsze słowa Europy wydają się znów bardzo aktualne, reportersko oddające obrazy Buczy i Mariupola. Wiecie, że reportaż jest dzieckiem wojny? Narodził się sto lat temu, w odpowiedzi na rok 1914.

Twardoch wielokrotnie nawiązuje do eposu Homera. Wybiera jego fragment na motto swojej powieści, każe swojemu bohaterowi rozmyślać nad jego sensem, ale też zwraca się do swojego Konia tak, jak robili to starożytni – w drugiej osobie liczby pojedynczej. Dlaczego? Ponieważ „Iliada”, jak pisała Alice Oswald w swoim „Monumencie”, to poemat, który wywołuje zmarłych. Cmentarzysko głosów.
Żołnierz to mężczyzna leżący
Prowadzący nas przez tekst „Nulla” głos także wywołuje swego bohatera z martwych. Koń wie, że powinien uważać siebie za zmarłego, bo „jak ktoś chce doczekać końca wojny, to wojna staje się nie do zniesienia”. Lepiej już nie żyć, niż czekać na życie po wojnie, mówi Koniowi w okopie jego kumpel Jagoda. „My trupy” – mówią o sobie ludzie z tzw. nulla, „nam pizda”. „Jesteśmy w jądrze śmierci, u jej podstawy” – notuje równocześnie Sofija Andruchowycz. „Boję się zaglądać do galerii w telefonie. Nie mogę patrzeć na obrazy przeszłości” – pisze w kronikach inwazji Ołeksandr Myched.
Ustaliliśmy, że w starożytnej grece nie znano słowa „emocje”, mówiono raczej o namiętnościach, które rozumiano jako rodzaj sił wpływających na człowieka. To, co przychodzi z zewnątrz, przychodzi na nas razem z bogami. Z kolei śmierć wedle takiego porządku daje zapewnienie końca czasu, dotknięcia wieczności. Kiedy Homer pisał o kimś, że „jest mężczyzną”, najczęściej chodziło o to, że „pokazał swą siłę” i „pragnął pięknej śmierci”.
Męstwo przejawia się na polu bitwy, bo wedle archaicznej ontologii świat jest sumą walk, wyjaśniał w eseju „Gniew i czas” Sloterdijk. Jeśli będziemy tkwić w nim apatyczni, zaczniemy odczuwać czas wyłącznie jako „brudny kłąb, w którym nie da się wyodrębnić poszczególnych dni” (Myched). Tylko wojownik obudzony przez gniew doznaje boskiej obecności. Kto ma w sobie gniew, dla tego kończy się niewyraźny czas, brudny kłąb znika: „kto opiewa gniew, oddaje hołd potędze, która uwalnia człowieka z wegetacji, wyrywa z codzienności, ze sfery natury. Gniew zapewnia nieśmiertelność, gniew zbliża do bogów” (Sloterdijk).
W ujęciu starożytnych bohater i jego piewca są ze sobą związani w religijnym sensie. W takim sensie związany jest ze swoim bohaterem Szczepan Twardoch. Różnica między bohaterami Homera a bohaterem Twardocha jest jednak znacząca. Zresztą, od czasów Wielkiej Wojny, żołnierz przedstawiany w literaturze jest mężczyzną leżącym, skulonym w sytuacji zagrożenia, bezsilnym, moczącym się albo niekontrolowanie wypróżniającym ze strachu. Ale też – co szczególnie widoczne zarówno w „Nullu”, jak i książce dziennikarza Siergieja Sergiejewicza „Brud [*khaki]” – wojna jest też opowieścią o cielesnej bliskości.
Jest takie słynne zdjęcie francuskiego fotoreportera Henriego Hueta zrobione w czasie wojny w Wietnamie, na którym sanitariusz podejmuje próbę reanimacji żołnierza metodą usta-usta. Na innym ujęciu ranny mężczyzna opiera owiniętą bandażem głowę o kolano kolegi i zamyka oczy, jakby na moment chciał zapomnieć o tym, że siedzi w wykopanej naprędce w ziemi dziurze. Odkąd w czasie wojen robi się zdjęcia i kręci filmy, staliśmy się świadkami męskiej czułości również w literaturze.
Wojna i paraliż mowy

Obok intensywnie żółtej okładki „Nulla” w witrynach księgarń zobaczycie dziś szarobłękitne tłumaczenie „Lekcji greki” nagrodzonej w zeszłym roku literackim Noblem koreańskiej pisarki i poetki Han Kang. Bohaterką „Lekcji” jest młoda kobieta, która z dnia na dzień traci głos. Utrata słów nie wynika jednak z żadnego konkretnego doświadczenia w jej prywatnym życiu.
W jakimś sensie bohaterka Han Kang nie może po prostu „znaleźć w sobie zgody na to, co ją otaczało”. Słowa, którymi posługiwała się na co dzień, zostają „zszargane”, są „wyschnięte”, nie mają żadnej barwy, wyrazu. Słowa, które „z naciskiem zapisywała na papierze, żeby niczego nie zapomnieć”, zaczynają tworzyć „cuchnącą pianę”. Bezimienna bohaterka rezygnuje z mówienia, ryzykując przy tym utratę praw do opieki nad dzieckiem i skazując się na ostracyzm. A może raczej to nie jej wybór, tylko język ją opuszcza?
Choć z Seulu do Chersonia jest w linii prostej jakieś 8 tys. kilometrów, Han Kang dotyka w swojej powieści spraw bliskich pisarzom i pisarkom, którzy od trzech lat opowiadają o wojnie w Ukrainie. „Instynktownie zdaje sobie pani sprawę, jak niestabilny jest obwód, w którym język łączy się ze światem” – zauważa terapeuta, do którego zwraca się ze swoim problemem bohaterka „Lekcji”. Lekarz jest zdania, że nagły mutyzm wynika z intensywnego uczucia niepewności, jakiego pacjentka doświadcza względem świata. W ramach terapii kobieta postanawia uczyć się martwego języka, starożytnej greki, która okazuje się bardzo celnie odnosić do rzeczywistości: „język zimny i twardy jak lód, skrajnie niezależny, zanim otworzysz usta, musisz ustalić kto, co i dlaczego”.

Kiedy czytam ten fragment, przypominam sobie tekst Sofiji Andruchowycz, która w pierwszych dniach wojny czuła się odcięta od możliwości składania słów. Pamiętam też tekst poetki i tłumaczki Iryny Wikyrczak, która zanotowała, że na początku wojny dosłownie straciła głos: „Uświadomiłam sobie, że nie jestem w stanie niczego napisać – odmawiam udzielania komentarzy i wywiadów, niczego nie publikuję w mediach społecznościowych, jeśli nie liczyć krótkich i konkretnych ogłoszeń o pomocy uchodźcom. Myślałam, że napiszę wiersz, wiersze – to terapia, ale i tutaj z łoskotem poległam. (…) Paraliż mowy.”
Pewnego rodzaju paraliż dotyka też francuskiego pisarza Jonathana Littella. Niepewność daje o sobie znać już w tytule jego przełożonej właśnie na język polski książki, która opisuje miejsca takie jak współczesna Bucza czy Babi Jar pod Kijowem, w którym jesienią 1941 r. hitlerowcy wymordowali prawie 34 tys. Żydów. Littell razem z fotografem Antoinem d'Agata odwiedzają nie tylko te „kłopotliwe miejsca”, ale też kostnicę w Charkowie, w której znajdują się zarówno zwłoki ukraińskich cywilów, jak i rosyjskie trupy. „Kiedy patrzę na zwłoki, co widzę?” zastanawia się Littell, a d’Agata otwiera każdy worek z rosyjskim trupem i robi zdjęcia: twarz, profil, znaki szczególne. W książce zobaczymy negatywy „portretów”. Co widzę, kiedy na nie patrzę?
Poeta, pisarz i tłumacz Serhij Żadan, który wstąpił na ochotnika do wojska, zapisze: „Wychodzi na to, że język, jak marcowe przeziębienie, siedział w naszych płucach, obciążając je, jak ubrania uciekinierów, którzy pokonują wpław lodowatą rzekę”. Ostatecznie jednak w wierszu „Mowa jest silniejsza niż strach” wzywa świadków, którzy „wszystko widzieli”, by „śpiewem wydali zabójców, głosem przyzywając prawo”. Wracamy do porządku starożytnego eposu, do białego konia w rydwanie duszy, który usilnie stara się godzić gniew ze sprawiedliwością.

Żołnierska codzienność, gra w oczko
„Jak nie wiesz, co robić, to zjedz coś”, „Jak nie wiesz, czym się zająć – pośpij” (Myched). Literatura opisująca wojnę w Ukrainie w dużej mierze dotyczy żołnierskiej codzienności. Wbrew pozorom niewiele tu krwawej jatki, walki wręcz, ataków. Wojna polega na czekaniu, a najbardziej na gapieniu się w ekran. Nawet wtedy, gdy zabijasz, nie zabijasz naciskając spust, raczej upuszczasz granat z odległego o kilkadziesiąt metrów drona. Większość akcji zostaje utrwalona na kartach pamięci, można dzielić się w sieci filmikami, na których „pidarom” urywa nogi i ręce, na których płaczą i proszą o łaskę.
„My na przykład – pisze w swojej książce służący w wojsku dziennikarz Siergiej Sergiejewicz „Sajgon” – mieliśmy dużo pracy polegającej na ciągłym łażeniu. Włóczysz się, zajmujesz różnymi sprawami, poznajesz ludzi. (...) Chód, skonkretyzowany cel i satysfakcja, że zadanie można uznać za wykonane – to wszystko przyspiesza bieg czasu. (...) Trzeba było też obserwować. Obserwacja była (...) dla mnie z moralnego punktu widzenia jednym z najcięższych typów zwiadu. Obserwować, żeby wyśledzić, zajebać i odejść – świetna rzecz. Obserwować, żeby nanieść na mapę, a dopiero potem zajebać z daleka – niezła perspektywa. A obserwować dla samej obserwacji jest bardzo ciężko. Całymi minutami gapić się w jeden punkt, godzinami w jeden budynek, dniami i nocami w jednym kierunku”.
Nawet jeśli wygląda to spokojnie, trzeba pamiętać, że w każdej chwili może rozbrzmieć wystrzał. Może dla ciebie, a może dla tego, który wystrzelił. Ot, gra w oczko, podsumowuje „Sajgon”, jak zero-jedynkowy kod. Jeszcze trochę pogramy.
Szczepan Twardoch, „Null”, Marginesy, Warszawa 2025
Jonathan Littell, Antoine d’Agata, „Kłopotliwe miejsce”, przeł. Jacek Giszczak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025
Ołeksandr Myched, „Kryptonim dla Hioba. Kroniki inwazji”, przeł. Jerzy Czech, Czarne, Wołowiec 2025
Siergiej Sergiejewicz „Sajgon”, „Brud [*khaki]”, przeł. Aleksandra Brzuzy, Wydawnictwo Ha!art, Kraków 2024
„Wojna 2022. Dzienniki, eseje, wiersze”, wybór i oprac. Wołodymyr Rafiejenko, Centrum Mieroszewskiego, Warszawa 2023
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















