Monika Ochędowska: Jak Pani zespół bada literaturę?
Monika Wolting: Analizujemy teksty literackie jako wskaźniki nastrojów społecznych.
Stworzyliście metodę, dzięki której literaturę da się czytać jako „mapę regionów kryzysowych”. Analizowaliście sytuację w Algierii, Azerbejdżanie oraz na Bałkanach na podstawie publikowanych tam książek. Badaliście też konflikt między Tajwanem a Chinami. Z Waszej pracy korzystało Ministerstwo Obrony Niemiec, Unia Europejska, NATO. Udowodniliście, że w literaturze – z dużym wyprzedzeniem – można wychwycić sygnały zapowiadające zarówno lokalne, jak i międzynarodowe konflikty.
W fabułach, dialogach i obrazach literackich istnieją wzory tworzące matryce potencjalnych napięć i polaryzacji. Bywają one aktywizowane i instrumentalizowanie w praktykach dezinformacyjnych. A to z kolei ma wpływ na rozwój konfliktów.
Literatura działa jak sejsmograf, a nasze badania można porównać do siatki, która pozwala mierzyć drgania i odpowiednio szybko reagować na pierwsze sygnały nadchodzącego „trzęsienia ziemi”. Możliwe staje się nie tylko wskazanie potencjalnych zagrożeń, ale i zaprojektowanie działań naprawczych – kontropowieści, które staną na drodze resentymentów.
Czytacie, słuchacie audiobooków, a następnie notujecie informacje, które przekładają się na system punktacji ryzyka. Bierzecie pod uwagę techniki narracyjne autorek i autorów, przypadki cenzury, reakcje mediów na książki, nagrody literackie. Jak wygląda przykładowy arkusz badawczy?
Chce pani zobaczyć? Bardzo proszę. Najpierw zapisujemy bardzo podstawowe dane: imię i nazwisko autora bądź autorki, tytuł, rok wydania, wydawnictwo. Istotny jest poziom recenzowania, ilość wzmianek w mediach. Potem tematyka, pokrótce. Wypisujemy również cytaty, czyli to, co mówią bohaterowie. Notujemy opinie narratora. Wreszcie: badacz zaznacza, jakie emocje pojawiają się w książce.
Jest też analiza stosunków międzynarodowych.
Tak, chodzi o opinie dotyczące konkretnej narodowości albo regionu, a także kontekst, w jakim się one pojawiają. Obrazy wrogów, wątki wykluczenia, fantazje o zemście, gotowość do wejścia w konflikt albo rozpoczęcia wojny.
Arkusz z danymi pozwala na porównawcze widzenie tych zbiorów, ułatwia także przekład materiału literackiego na język ryzyka komunikacyjnego.
Czego dotyczyły Wasze ostatnie badania?
Zajmowaliśmy się tym, czy się lubimy: my, Polacy. Jak przedstawiamy w literaturze polską wieś, miasta, jak mówimy o sobie i naszych sąsiadach.
O ile na początku badań byliśmy zachwyceni tym, co robimy, pod koniec prac nastroje zespołu siadły – wnioski okazały się deprymujące.
Dlaczego?
Z badań wynika, że nie interesujemy się przesadnie żadnym z sąsiadów. A jeśli już się nimi zajmujemy, to nasze emocje są raczej negatywne. Szczególnie nie lubimy Niemców. W polskiej literaturze Niemcy to kraj maszerujący w hełmach, naznaczony nazistowską przeszłością i zimną, bezosobową efektywnością.
Ten stereotyp zauważyli też kuratorzy trwającego właśnie w Krakowie Miesiąca Fotografii. W materiałach towarzyszących wystawom porównują polsko-niemiecką granicę do ekranu, przez który „ledwie się nawzajem dostrzegamy”, a jednak nasze państwa i tożsamość pozostają „nawiedzone przez duchy przeszłości”.
Doskonale pokazuje to literatura ostatnich lat. W powieści Manueli Gretkowskiej „Miłość po polsku” (2010) Niemcy to społeczeństwo, które „w równym kroku z hełmami maszeruje, inaczej nie potrafią”. W „Saturninie” Jakuba Małeckiego (2020) rodzice wypowiadają zdanie: „patrz, jak ładnie Niemca zjada” – gdy dziecko je musli przysłane z Niemiec. Nawet w tekstach, których główna tematyka dotyczy zupełnie innych spraw, Niemcy pojawiają się jako negatywny punkt odniesienia.
Szczególnie dramatyczny obraz wyłania się z literatury dotyczącej Śląska i Pomorza – „Ziem Odzyskanych”. Tutaj Niemcy są obecni poprzez swoją nieobecność: w pozostawionych domach, lasach, w których „działy się złe rzeczy”, w opowieściach o klątwie, którą mieli rzucić na te ziemie, odchodząc. „Jak Niemcy stąd odchodzili, to te ziemie przeklęli” – pisze Katarzyna Zyskowska w powieści „Nocami krzyczą sarny” (2023).
Ale to poczucie grozy i nieokreślonego lęku wobec Niemców pojawiało się już u Olgi Tokarczuk w „Domu dziennym, domu nocnym” (1998). Przez ostatnie ćwierć wieku niewiele się zmieniło.
I jakie to ma dla nas znaczenie?
Jeśli dominującym obrazem Niemiec w polskiej świadomości pozostaną negatywne stereotypy utrwalane przez literaturę, trudno będzie nam budować głębszą współpracę i zaufanie. Słowem: to, jak opowiadamy sobie nawzajem nasze historie, może zadecydować o przyszłości naszych relacji.
Rozumiem, że między innymi dlatego tak łatwo zakwestionować dziś sojusz militarny Polski i Niemiec. Zauważyliście jakieś wyjątki od tej reguły?
Grzegorz Kozera w „Królikach Pana Boga” (2015), Ewa Cielesz w powieści „Ćma” (2018), której akcja toczy się w gierkowskiej Polsce, a także Sławek Gortych, w niezwykle popularnych obecnie kryminałach, rozwijają współczucie dla niemieckich ofiar wojny. Daniel Odija i Zbigniew Rokita pokazują Niemców jako część regionalnej mozaiki, nie wrogów. Kluczowe pytanie brzmi: które narracje staną się dominujące. Z pewnością brakuje bohaterów, którzy próbowaliby pośredniczyć między polską a niemiecką społecznością.
A można mówić o naszej historii bez utrwalania jej jako wyznacznika tożsamości?
Tak, obserwujemy to w polsko-niemieckiej literaturze migracyjnej. Obraz Niemiec jest tu zupełnie inny niż w polskiej prozie. Niemieccy pisarze polskiego pochodzenia, tacy jak Emilia Smechowski, Alexandra Tobor, Artur Becker, Mariusz Hoffmann czy Matthias Nawrat przedstawiają Niemcy jako skomplikowaną przestrzeń doświadczeń.
W ich książkach Niemcy to miejsce nadziei i rozczarowań, kraj surowych reguł, ale też przestrzeń sporych możliwości. Literatura emigracyjna nie ukrywa trudności i nieprzyjemności, które spotykają Polaków za Odrą: dyskryminacji (napisy „Polen raus” przed sklepami), przymusowej zmiany imion (Arkadiusz staje się Arkadiusem), presji na asymilację. Ale pokazuje złożoność doświadczenia, łączy ironię, melancholię i nadzieję.
Właśnie ukazała się w Niemczech bardzo ciekawa, szeroko komentowana książka Martina Piekara „Vom Fällen eines Stammbaums” („O ścinaniu drzewa genealogicznego”). Autor urodził się i mieszka w Bad Soden w Hesji. Jego matka otrzymała w Niemczech pod koniec lat 80. azyl polityczny.
Piekar w jednym z wywiadów mówi tak: „Polska ma coś, co mnie niesamowicie zachwyca i za każdym razem pozwala doładować akumulatory. Chętnie pokazuję Polskę przyjaciołom”. Po przeczytaniu tej wypowiedzi pomyślałam, że niemiecki pisarz wie o nas więcej niż rodzimi twórcy. Bo my – jak pokazują badania – jesteśmy z siebie dumni. Polscy pisarze zdają się jednak tego zadowolenia nie dostrzegać. Skąd ta rozbieżność?
To bardzo trafna obserwacja. Myślę, że kluczem jest tu paradoks bliskości: im bliżej czegoś jesteśmy, tym trudniej nam to zobaczyć w całości. Piekar patrzy na Polskę oczami kogoś, kto ją odkrywa – z czułością, ale też z dystansem, który pozwala dostrzec to, co my traktujemy jako oczywiste albo wstydliwe.
I właśnie to jest sedno interkulturowości – nie chodzi o to, by wymazać różnice albo udawać, że ich nie ma. Chodzi o to, że spojrzenie z progu, z miejsca pomiędzy, bywa bardziej przenikliwe niż spojrzenie z centrum. Piekar zajmuje właśnie tę pozycję „pomiędzy”, która daje mu dostęp do obu kultur jednocześnie, bez konieczności wyboru, bez ciężaru jednej narracji narodowej.
W badaniach nad literaturą migracyjną widzimy to wyraźnie: pisarze funkcjonujący na styku dwóch języków i dwóch tradycji często opisują rzeczy, których rodzimi twórcy po prostu nie zauważają. Dlatego literatura interkulturowa jest dla nas tak cenna – nie dlatego, że jest obiektywna. Ale dlatego, że defamiliaryzuje: sprawia, że to, co znane, staje się warte opisania. I może tego nam dziś potrzeba – nie kolejnej powieści rozliczającej się z historią, ale takiej, która potrafi spojrzeć na nas z zaskoczeniem.
Wróćmy na mapę Europy. Jaki jest literacki obraz naszych pozostałych sąsiadów?
Pojawiło się w ostatnich latach w naszej literaturze trochę Ukraińców – przedstawiani są dość pozytywnie (np. przez Annę Cieplak czy Ingę Iwasiów), ale też kolonialnie: dobrze pracują, są grzeczni. Nie zmienia to faktu, że wciąż obecny jest w naszych książkach także negatywny obraz Ukraińców – banderowców (np. w powieści Marty Hermanowicz).
Zebrany przez nas materiał odsłania pewną ambiwalencję: Ukraińcy wciąż balansują między statusem „naszych” i „obcych”. A my nie możemy się zdecydować, czy chcemy być solidarni, czy powinniśmy ich traktować z wyższościowym dystansem: pokazuje to proza Jakuba Żulczyka, głównie powieść „Informacja zwrotna” (2021). To konflikt między pamięcią krzywdy a ekonomią codzienności.
Ale dominującym obrazem jest Ukrainiec jako pracownik migracyjny.
Tak, Ukraińcy pojawiają się na równi z Hindusami jako osoby, które wykonują mało prestiżowe zawody, kiepsko się asymilują (nie znają języka) i godzą na upokorzenia, bo nie mają sprawczości i siły, by się komukolwiek postawić. To obraz pozbawiony emocjonalnego zaangażowania, momentami deprecjonujący. Redukcja Ukraińców do roli wyłącznie ekonomicznej to dla nas forma dystansu, chroniącego przed koniecznością uznania pełnej ich podmiotowości. Nie ma tu nienawiści, ale i nie ma szacunku – jest obojętność wynikająca z poczucia wyższości.
To niebezpieczne?
Z perspektywy ryzyka dezinformacyjnego taka obojętność tworzy podatny grunt dla narracji mobilizującej resentyment: wystarczy drobny epizod, by uruchomić lawinę krążących w obiegu mitów.
Zdaje się, że wykorzystał ją niedawno Wołodymyr Zełenski, nadając imię „Bohaterów UPA” jednemu z oddziałów Sił Zbrojnych Ukrainy. Jego decyzja momentalnie wywołała w Polsce falę gniewu – o to właśnie prezydentowi chodziło.
Do budowania trwałej solidarności z Ukraińcami nie wystarczy nam współczucie. Empatia jest warunkowa. Co stanie się, gdy sytuacja geopolityczna się zmieni i nie będziemy już występować wobec Ukrainy z pozycji siły?
A co w takim razie z Rosjanami?
Rosja to przede wszystkim najeźdźca i okupant. Literatura nieustannie wraca do doświadczeń II wojny światowej, konstruując obraz „nieokiełznanej hordy”, której celem jest gwałcenie, mordowanie i grabież. Szczególnie wyraziste są powieści bezpośrednio nawiązujące do starć z Armią Czerwoną lub wywózek na Sybir – ten motyw znajdziemy między innymi w głośnych powieściach Ishbel Szatrawskiej czy wspomnianej już Marty Hermanowicz.
Rosja jest też przestrzenią zagrożenia, porównuje się ją do sił natury. W prozie Szczepana Twardocha to „powódź” albo „lawina”. Ta metaforyka pozbawia agresora ludzkiego wymiaru, czyniąc go żywiołem niszczącym wszystko na swojej drodze. Jacek Dukaj w „Lodzie” (2007) inscenizuje to jako uniwersum „wiecznej zimy”, gdzie imperialna władza zastygła po prostu w strukturę świata.
Czesi?
Czechów w zasadzie znamy za sprawą Mariusza Szczygła. Dobrą robotę wykonuje teraz Sławek Gortych, który dostrzegł naszych południowych sąsiadów i całkiem interesująco ich przedstawia.
Kto jest nam najbliższy?
Zaskoczę panią: Portugalczycy. Na krańcach Europy dopiero odnajdujemy coś zarazem znajomego i inspirująco odmiennego. Może chodzi o równowagę między swojskością a egzotyką? W książkach takich jak „Portugalka” Izy Słabuszewskiej-Krauze (2017) czy „Lizbona. Miasto, które przytula” duetu Stacewicz-Paixão i Wawrzkowicz-Nasternak (2019) obecna jest niemal romantyczna fascynacja Portugalią i jej mieszkańcami.
Polska literatura podkreśla duchowe pokrewieństwo z Portugalczykami – ich nostalgiczną postawę wobec historii, silne przywiązanie do tradycji oraz zdolność do życia z melancholią. Jednocześnie uwidacznia kontrast między „północnym” doświadczeniem Polaków a „południowym” rytmem życia w Portugalii. Towarzyszy temu zdumienie otwartością i naturalnym luzem Portugalczyków – cechami, które z polskiego punktu widzenia mogą wydawać się pociągające.
A jaki jest ogólnie nasz stosunek wobec Europy?
Wstaliśmy z kolan, jesteśmy bardziej pewni siebie, ale też zamknięci na impulsy, które idą ze świata. Nie tworzymy europejskiej wspólnoty, stajemy się raczej kontynentalnymi nomadami.
Ale taki jest chyba w ogóle obraz współczesnej Europy – przestaliśmy się ekscytować sąsiadami. Przejeżdżamy przez Europę jadąc do Włoch albo Hiszpanii, a jak jesteśmy na miejscu, liczy się plaża, jedzenie i wino. Tak jak Wrocław nie interesuje się za mocno Poznaniem, tak samo przestał interesować się Berlinem.
Dane z bibliotek pokazują, że Kaszubi chcą czytać przede wszystkim o Kaszubach, a Ślązacy o Ślązakach.
Rozumiem tę potrzebę – zakorzenienie, lokalna tożsamość, poczucie, że ktoś wreszcie opowiada o moim miejscu, języku, historii. Ale to jest też symptom czegoś niepokojącego: kurczenia się horyzontu. Identyfikujemy się coraz mocniej z tym, co najbliższe i najbardziej swojskie, a wszystko poza tym staje się ciekawostką.
W literaturze widać to bardzo wyraźnie. Unia Europejska pojawia się w niej głównie jako instytucja – biurokratyczna, odległa, kojarzona z funduszami albo regulacjami. Rzadko jako wspólnota wartości, jeszcze rzadziej jako przestrzeń autentycznych relacji.
Zjednoczona Europa nie stała się dla polskich pisarzy tematem, który elektryzuje. Jakby integracja dokonała się na poziomie infrastruktury – autostrad, lotnisk, przelewów bankowych – ale nie wyobraźni.
Wydaje nam się, że siebie już doskonale znamy, tymczasem wciąż posługujemy się stereotypami. I to jest może największy paradoks: im bardziej jesteśmy pewni siebie, tym mniej jesteśmy ciekawi. A ciekawość – wobec sąsiada, inności, wobec tego, co za granicą – jest pierwszym warunkiem prawdziwej wspólnoty.
Badali Państwo, jak to, co czytamy, przekłada się na naszą podatność na dezinformację.
Z analizy ponad czterystu tekstów wyłania się obraz społeczeństwa, które posiada gotowe „biblioteki mitów” – skompresowane formuły emocjonalne, czekające na reaktywację. Dezinformacja nie musi tworzyć tych wzorców od podstaw. Ona jedynie je włącza. I tu tkwi sedno problemu: aż 78 proc. analizowanych przez nas tekstów koduje obrazy wroga i wykluczenia, a 85 proc. zawiera to, co nazywamy ciężarem mitycznej przeszłości. To jest materiał łatwopalny.
Szczególnie niepokoi nas to, co roboczo nazywamy triadą dezinformacyjną: lęk, wstyd i gniew. Te trzy emocje działają synergicznie. Lęk szuka prostego wyjaśnienia, gniew szuka winnego, wstyd – narracji o czystości i autentyczności, które go uśmierzą.
Dezinformacja dostarcza wszystkiego naraz. I literatura to doskonale dokumentuje: bohaterowie polskiej prozy żyją w permanentnym stanie alarmu, nie potrafią komunikować się nawet z najbliższymi, a emigracja jawi im się jako jedyne wyjście – bo brakuje przestrzeni, w której konflikty mogłyby być negocjowane.
To ostatnie jest dla mnie najważniejszym wnioskiem z całych badań. Zaledwie 34 proc. analizowanych tekstów zawiera pozytywne wzorce autonomii i mediacji. Literatura nie modeluje tego, jak rozmawiać z kimś, kto myśli inaczej. Jak negocjować. Jak nie eskalować. Ta pustka jest potem wypełniana przez binarne narracje: albo totalna zgoda, albo totalna wojna.
Nasza podatność na dezinformację wynika również z tego, że nie czytamy krytycznie. Nic dziwnego: ani w szkołach, ani na uniwersytecie nie uczymy krytycznego czytania literatury. Bierzemy pod uwagę wyłącznie to, co „autor miał na myśli”.
Egzaminy końcowe z języka polskiego nie punktują krytycznego myślenia, sprawdzają wyłącznie pamięciową wiedzę na temat świata przedstawionego.
Zwracamy uwagę na to, co jest w treści lektur, a nie to, co literatura z nami robi. Gdybyśmy czytali krytycznie, bylibyśmy mniej podatni na stereotypy. Zadawalibyśmy sobie pytanie: dlaczego tak właśnie bohater o kimś pomyślał. Wiedzielibyśmy, że opinia wyrażona na stronach powieści to tylko charakterystyka konkretnej figury, a naszym zadaniem jest krytyczne do niej podejście. Teksty opowiadają nam o tym, jak ludzie widzą świat. Ale my, jako czytelnicy, musimy mieć krytyczne podejście do tej wizji świata.
Jak ustalili Państwo cezurę czasową dla swoich badań?
Zdecydowaliśmy, że badamy książki z ostatnich 10–15 lat. Ale założyliśmy, że możemy brać pod uwagę wszystko, co ukazało się po roku 2000. Ta data akurat jest istotna, bo z końcem lat 90. przestaliśmy wierzyć, że świat liberalny może wygrać batalię o demokrację. To była wyraźna cezura dla całej Europy, czy szerzej: całego zachodniego świata. W latach 90. nasza literatura zdradzała jeszcze euforię wobec Zachodu. Z początkiem nowego milenium całkowicie zniknęła.
Czemu ta zmiana przyszła z początkiem wieku?
Nasze emocje nieodwracalnie zmieniły atak na World Trade Center oraz wojna w Afganistanie. Wydawało się, że to wszystko dzieje się bardzo daleko i dotyczy nas tylko o tyle, że wysyłamy tam naszych żołnierzy, ale to jednak była wojna, która nas dotknęła.
Mamy tego w naszej literaturze stosunkowo mało, jest kilka tekstów, w których Afganistan się pojawia, głównie reportaży (Grzegorz Kaliciak „Afganistan. Odpowiedzieć ogniem”, 2016) . Tyle że potem wszystko potoczyło się bardzo szybko, wojna zaczęła się do nas zbliżać, a dziś Afgańczycy stoją na granicy z Białorusią.
Po dekadzie szaleństwa straciliśmy ufność wobec Zachodu, wrócił długo pielęgnowany przez PRL strach przed obcym. Od tego momentu nasz niepokój się pogłębia. Fakt, że mamy ograniczone zaufanie do Unii Europejskiej, z tego poniekąd wynika.
A przez te dwadzieścia lat o Unii, jak już Pani wspomniała, pisaliśmy stereotypowo. Z najnowszego sondażu robionego dla Wirtualnej Polski wynika, że co trzeci Polak nie widzi w członkostwie ani plusów, ani minusów.
Gdy literatura dotyka kwestii europejskich, dzieje się to poprzez pryzmat emigracji zarobkowej. Europa – konkretnie Wielka Brytania, głównie przed brexitem – to przestrzeń rozrywająca polskie rodziny. Wolność przemieszczania się w UE oznacza tu nie tyle szansę na rozwój, ile rozpad więzi społecznych i rodzinnych.
Europa jako ziemia obiecana okazuje się mirażem, który nie przynosi spodziewanego szczęścia. Integracja nie rozwiązuje fundamentalnych problemów – ani tożsamościowych, ani egzystencjalnych.
W badaniach zajmowali się też Państwo tym, co gryzie Polki i Polaków.
Przede wszystkim zaobserwowaliśmy bardzo silny konflikt generacyjny, który przekłada się na konflikt miasto–wieś. Bohaterom naszych książek trudno wrócić do rodzinnego domu z dużego miasta. Nasze światy są bardzo podzielone.
Wydawało się, że trwający od dekady tzw. zwrot ludowy, który spopularyzował w literaturze temat wsi, odwrócił wektor niechęci. Zrozumieliśmy, że jesteśmy właśnie stamtąd.
Ale proszę zobaczyć, jak krytyczny jest obraz wsi w tej literaturze. Przecież nikt z nas nie chciałby żyć wśród „Chłopek”, którymi się tak zaczytujemy. Interesujemy się wsią, ponieważ próbujemy zrozumieć, dlaczego mamy z nią tak duży problem. Książki utwierdzają nas w krytycznym obrazie tego świata, ponieważ zawierają obraz bardzo przemocowy: mężczyźni stosują przemoc wobec kobiet, rodzice wobec dzieci, a Kościół to już w ogóle wobec wszystkich.
Im bardziej chcemy ten temat zgłębić, tym bardziej odległość miasta od wsi w naszej literaturze się powiększa. Tracimy dobre wspomnienia. Albo inaczej: przypominamy sobie, jak to naprawdę było na tych wakacjach u babci. I że niekoniecznie sielsko.
Tracimy złudzenia dotyczące własnej przeszłości?
Sądzę, że my w ogóle nie przerobiliśmy w literaturze czasów PRL-u oraz czasów transformacji. W latach 90. wychodziliśmy już w przyszłość zafascynowani tym, co może nas spotkać, a potem bardzo szybko weszliśmy w okres nostalgii za PRL-em, która przyszła razem z mediami społecznościowymi. A przecież był to czas okrutnej przemocy: rodzinnej i państwowej.
Literacko tego uczciwie nie przerobiliśmy. Nie zadaliśmy sobie pytań, które powinniśmy sobie zadać. Jak to było z tą służbą bezpieczeństwa? Kto do niej należał? Kto kogo śledził? Kto na kogo nadawał? W dzisiejszych powieściach o tamtym czasie nie ma strachu, lęku. A przecież on wciąż w nas jest.
Narodowe Centrum Kultury opublikowało właśnie raport o 4 czerwca. Wynika z niego, że rocznica pierwszych częściowo wolnych wyborów nie ma dla nas większego znaczenia. Transformacja ustrojowa postrzegana jest dziś jako zmiana nieuchronna, coś, co musiało się wydarzyć. Nie widzimy w tym procesie, co niepokojące, własnej sprawczości.
W Niemczech ukazały się niedawno ważne książki Anne Rabe i Jenny Erpenbeck – obie są rozliczeniem z okresem Niemiec czasów zjednoczenia. Autorkom udało się pokazać międzypokoleniową traumę, która siedzi w niemieckim społeczeństwie, a z której dotąd nie zdawaliśmy sobie sprawy.
Po tym, jak Rabe napisała swoją książką, straciła kontakt z rodzicami. W Niemczech nie jest to aż tak dziwne, tutaj święta Bożego Narodzenia można spędzać z przyjaciółmi albo w ogóle ich nie obchodzić. W Polsce trudniej jest nie mieć kontaktu z rodzicami. Jesteśmy trochę innym społeczeństwem, mamy silne więzi rodzinne i po to spotykamy się wciąż na wigilii, żeby nawet z największym esbekiem podzielić się opłatkiem. Nie wyobrażamy sobie, że się nie dzielimy opłatkiem z naszym kochanym wujkiem, bo kiedyś nadawał na sąsiadów.
A jeśli dostrzeżemy własną sprawczość, jeśli zaangażujemy się emocjonalnie, będziemy musieli się na wujka obrazić.
I tu właśnie dotykamy sedna. To nie jest tylko kwestia literackiego niedoboru – to jest kwestia struktury emocjonalnej, którą nasza literatura doskonale dokumentuje, ale rzadko próbuje przepracować. Z naszych badań wynika, jak wspomniałam, że 85 proc. analizowanych tekstów zawiera to, co nazywamy ciężarem mitycznej przeszłości – ale ten ciężar jest skompresowany w zamkniętych formułach, nie rozkładamy go na konkretne wybory, twarze. Wiemy, że było źle. Nie wiemy, kto był zły.
Silne więzi rodzinne, które słusznie uważamy za jeden z naszych największych zasobów, stają się w tym kontekście mechanizmem obronnym. Tyle że my wybaczamy, zanim zapytamy. Godzimy się, zanim zrozumiemy. I w ten sposób lęk, który powinien być nazwany, wciąż w nas siedzi – nieuświadomiony, ale gotowy do reaktywacji przez narrację dezinformacyjną, która powie nam: „masz rację, jest się czego bać, a winni są tam”.
Niemieckie pisarki – Rabe, Erpenbeck – zapłaciły za swoją literacką odwagę cenę osobistą i rodzinną. My tej próby jeszcze nie przeszliśmy. Być może dlatego, że nie mamy jeszcze literatury, która by nas do niej zaprosiła. Brakuje książek, które potrafiłyby powiedzieć: można kochać wujka albo dziadka i jednocześnie zapytać, co robił w PRL-u. Można być przy wigilijnym stole i nie udawać, że historia się nie wydarzyła.
Mediacja – między miłością a prawdą, między wiernością rodzinie a wiernością pamięci – to jest właśnie ten typ narracji, którego w polskiej literaturze dramatycznie brakuje. I którego brak, jak pokazują nasze badania, wypełnia dezinformacja.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.












