Każdy chce mieć dzisiaj coś do powiedzenia o wsi, ale czy ktoś chce słuchać tego, co ma do powiedzenia wieś? Takie smutne konstatacje przychodzą na myśl, gdy czytam o historii pamiętników kobiet wiejskich, rękopisy których przestudiowała badaczka diarystyki i poetka Antonina Tosiek. Należały do zasobów w większości nieistniejących już dziś instytucji. Instytucje te organizowały konkursy pamiętnikarskie dla rolników, robotników, bezrobotnych, a nawet autostopowiczów.
Polskie pamiętniki
Jest to fenomen specyficznie polski, zainicjowany w międzywojniu przez socjologa Floriana Znanieckiego i kontynuowany do dzisiaj, choć na skromniejszą skalę (by wspomnieć o trwających naborach: Uczelnia Państwowa im. Jana Grodka w Sanoku zaprasza do nadsyłania pamiętników nauczycieli, zaś Muzeum Górnictwa Węglowego w Zabrzu – kobiety z rodzin górniczych).
Archiwa przechowywane w zasobach Centrum Pamiętnikarstwa Polskiego i Towarzystwa Przyjaciół Pamiętnikarstwa, po przejęciu ich obiektów przez inwestorów prywatnych, uległy w znacznej części zniszczeniu przez ignorancję i zaniedbanie. Ośrodkowi Karta, który – gorzka ironia losu – sam zmaga się z trudnościami finansowymi, udało się ocalić tylko część. Ta unikatowa wiedza, zebrana dzięki chęci i woli ludzi biorących udział w konkursach, i ich praca w czasach bezwzględnego kultu „rentowności” zostały potraktowane zupełnie bez szacunku.
W przypadku gospodyń wiejskich, którymi zajęła się Antonina Tosiek w wydanej właśnie książce „Przepraszam za brzydkie pismo”, była to praca wydłużająca i tak rekordowo zapracowany dzień. Jeszcze w latach 80. XX wieku z regularnie przeprowadzanych pomiarów czasu pracy i odpoczynku Polek i Polaków wynikało, że to właśnie ta grupa pracowała najdłużej, zaś czasu „dla siebie” miała najmniej – pod tym względem szokująco niewiele zmieniło się od międzywojnia.
Zarazem w innych obszarach zmieniło się wszystko: technologia pracy na roli, sposób budowy domów, prawo dotyczące zawierania i rozwiązywania małżeństw, dostęp do ubezpieczeń i emerytur, możliwości leczenia chorób, wreszcie – ustrój kraju (więcej niż raz) i granice Polski.

Zwierzenia gospodyń wiejskich
Zwierzenie się człowiekowi z zewnątrz to wątek powracający na marginesie prac etnograficznych. Powraca regularnym echem, gdy sięga się po prace z tej dziedziny. Wymowne fragmenty znajdujemy na przykład u Franciszka Kotuli, pieczołowitego badacza tradycji ziemi rzeszowskiej, który na swojej drodze (lata 60. XX wieku) odwiedza wiekową wdowę. Kotula przybywa po zamówienia i modlitewki, a wraca z całą smutną historią życia, którą powierzyła mu staruszka.
„Okropnie ciężkie było moje życie” – mówi i to właśnie przy etnografie płacze, choć nie jest przecież sama, mieszka wśród dzieci i wnuków.
Kazimiera Zawistowicz-Adamska, która jeszcze w latach międzywojennych prowadziła badania w małopolskim Zaborowie, z którego mieszkańcami połączyła ją bliska więź – przywoływała poruszającą scenę, gdy w reakcji na serdeczny gest jedna z gospodyń wybucha płaczem mówiąc, że „człowiek niezwyczajny, żeby do niego tak po dobroci”.
Te sceny przychodzą na myśl podczas czytania fragmentów pamiętników, których Antonina Tosiek przytacza fragmenty w oryginalnym zapisie, bez ingerencji w pisownię. Z jednej strony żal to pewna konwencja, utrwalona w tradycji mówionej, bliska pieśni (pisał o tym m.in. Tomasz Rakowski w „Łowcach, zbieraczach, praktykach niemocy”, gdy rozmawiał z ludźmi utrzymującymi się z dostaw ziół), z drugiej jednak pamiętniki wykraczają poza ten format ze względu na ich bardzo osobistą często zawartość.
W literaturze ludowej konwencja często staje się punktem wyjścia, stelażem pomagającym lepiej wyrazić własne stanowisko, w znanej konwencji wybrzmiewa też siła uczuć. Dlatego dawne listy, zaczynające się na pozór jednakowo, od błogosławieństwa, inwokacji o ptaszku, który przyniósł wieści, czy „w pierwszych słowach mego listu”, bywają tak poruszającym świadectwem.
Pamiętniki, choć impulsem do ich napisania był konkurs z nagrodami, okazywały się często powierzeniem tajemnicy. „Jak się wypowiem o swoich przeżyciach i trudnościach jakie musze przechodzić będzie mi choć tyle na sercu lżej”, pisała Ewa B.
Cóż – to, że mamy wokół siebie ludzi, choćby bliskich i drogich, nie znaczy jeszcze, że możemy powiedzieć im wszystko i liczyć na wysłuchanie. Przeciwnie – życie w blisko powiązanej społeczności często wyklucza wejście na bardziej poufny, szczery poziom wśród „swoich”, ponieważ bycie razem oznacza też spełnianie pokładanych w sobie oczekiwań.
Jest takie smutne zdanie, pojawiające się często w pożegnaniach: „nigdy się nie skarżyła”, zdradzające, że nie wszystko wolno. „To że go wysyłam to tylko dlatego, że nigdy nie będę widziała się z ludźmi, którzy go przeczytają”, wyjaśniała Danuta Sz.
Często lekturą ciekawą samą w sobie jest polszczyzna autorek, na którą wpłynęły rozmaite napotkane źródła, poprawność gazetowa, mowa potoczna, lektury szkolne, sentymentalny romans, literatura religijna, sztambuchowa poezja, dając efekt często urzekający lub pomysłowy. Zatem Kaśka „idzie w pole jak pustynna karawana”, zaś Sabina domaga się dostępu do „jaśniejszego kręgu życia”. Niestety, nie zawsze przekładało się to na pozytywny odbiór ze strony komisji.

Wieś polska, dusza chłopska, chłop polski i inne zaklęcia
Rękopisy, które na potrzeby książki przebadała Antonina Tosiek, pochodziły z lat 1933-1995, ze świadomym pominięciem czasów wojny i konkursu „Nowe pokolenie chłopów” sprzed odwilży październikowej. Tym pierwszym, jak wyjaśnia, należałaby się osobna publikacja ze względu na ich liczbę i specyfikę, drugie zaś naznaczyła propagandowa poprawność i autocenzura.
Te kilkadziesiąt lat w historii Polski to kilka epok w pigułce, niektóre życiorysy pomieściły w sobie prawie je wszystkie. „Przepraszam…” nie jest książką zorganizowaną według klucza chronologicznego czy regionalnego, raczej – tematycznie. To nieco dezorientuje, podkreślając przede wszystkim zjawisko umownej wspólnoty losu, ale trzeba przyznać, że jednocześnie książka otwiera wiele drzwi, pozwalając eksplorować już samodzielnie rozpoczęte wątki.
Niektóre z nich mają potencjał wręcz fascynujący, jak opisywany przez Tosiek konflikt pokoleń starszych – „chłopek”, przywiązanych do tradycyjnej organizacji życia i pracy, i młodych – już „rolniczek”, uzupełniających doświadczenie formalną edukacją na kursach, uważających usprawnienia i unowocześnienia pracy gospodarskiej za rzecz oczywistą, wdrażających nowe pomysły, maszyny, specjalizacje.
Albo ewolucja roli rodziców: z pozycji ludzi tak przywiązanych do wizji świata i losu wytyczanego przez tradycję, że nie wyobrażali sobie, by ich dzieci mogły decydować inaczej, po wprost zachęcających do zmiany zawodu czy wyprowadzki do miasta.
Pamiętniki okazują się również bardzo pomocne w wytropieniu zalążków problemów, z którymi wieś zmaga się do dzisiaj. Zapiski młodych gospodyń ujawniają długie trwanie asymetrii w potrzebach i ambicjach między chłopcami i dziewczynami i przyczyny, jakie za nimi stoją; dość powiedzieć, że „rolnik szuka żony” to jest długa opowieść.
Trzeba przyznać, że poszukującym Antonina Tosiek ułatwiła zadanie, powołując się – poza pamiętnikami – na bogactwo źródeł. Przypomina chociażby o zasobach bogatego nurtu socjologii wsi, trzymając się mocno polskiego gruntu, który warto eksplorować. To właśnie tam powstają bardzo odświeżające badania dotyczące wsi już najbardziej współczesnej, nieskupione jedynie na pamięci (jak chociażby prace Amandy Krzyworzeki, która zajmowała się… specyfiką nieporozumień między fachowcami a klientami, z fascynującym skutkiem).
Niejednorodność losów w pamiętnikach przypomina i potwierdza słowa dawniejszych polskich badaczy wsi. „Z góry trzeba sobie odważnie powiedzieć, że tego rodzaju pojęcia, jak: »wieś polska« czy »chłop polski«, czy »dusza chłopska« są pustym dźwiękiem. Nic nie mówią. Wystarczy wniknąć głębiej w sprawy wsi, by pojąć, że każda wieś żyje swoim własnym życiem, układającym się odmiennie niż w innej wsi, tuż o miedzę. Że nawet w obrębie tej samej wsi istnieje często daleko posunięta dzielnicowość, dzięki której stosunki społeczne od wieków są pod każdym względem nader zróżnicowane”, pisała Kazimiera Zawistowicz-Adamska w 1948 r., czyli w czasie, gdy zasadne było jeszcze o mocnym trwaniu kultury tradycyjnej, „typu ludowego”.
Niezmiernie szczegółowo rozpisywał się o tym również etnolog Jacek Olędzki w swej monografii nadwiślańskiej wsi Murzynowo, w której mieszkał: przypominał, że obyczaj, obraz własny, sposób życia między sąsiadującymi miejscowościami mogą różnić się mocniej, niż między umowną wsią a miastem. Zróżnicowanie regionalne, a nawet wewnątrz jednego regionu przypomina, jak rozmaicie może ułożyć się droga pozornie zbliżonych społeczności. To różnice i dynamiki, których nie da się ująć w prostym, choć kuszącym podziale na centrum i peryferie.
Nowoczesność dwudziestowieczna mogła pewien rozdział zamknąć, jak stało się to w przypadku powojennych osadników na Pomorzu, badanych przez zespół Józefa Burszty i Zbigniewa Jasiewicza: tam „lublinianie” przejmowali wygodniejsze style życia od „wieluniaków” („kto rano jadłby dziś kapustę?”, pytał badaczy lublinianin, szczęśliwy, że właśnie odkrył dla siebie kanapki). Ale może też zostać tak płynnie zasymilowana, że mieszkańcy samodzielnie wybierają sobie z niej to, co im odpowiada (jak w studium Anny Olszewskiej „Wieś uprzemysłowiona” z końca lat 60.). Rozczaruje to potrzebujących prostych syntez, ale zdecydowanie nie ma i nie było „jednej wsi”.
Wystarczy wyprawa do dwóch modelowych izb muzealnych, powiedzmy w Łodzi, gdzie już na początku XX wieku wieś szybko znalazła się w bezpośredniej orbicie życia miejskiego, i w Augustowie, gdzie aż do lat 70. w izolowanych miejscowościach mieszkańcy polegali przede wszystkim na tym, co mogli sami zrobić z drewna czy trzciny, by przekonać się najbardziej bezpośrednio o tym, jak różnie przeżywaliśmy XX wiek.
Tu warto upomnieć się o zasoby wiedzy, które leżą nam pod nosem – ogromnym dorobku polskiej etnologii, która przyczyniła się choćby do próby rekonstrukcji tradycyjnego obrazu świata, na tyle, na ile może to zrobić ktoś, kto nie jest tego świata stałym uczestnikiem. Niestety, nie jest to nauka, która cieszy się posłuchem, nawet w czasach renesansu zainteresowania wsią.
Smutnym przykładem tego zjawiska było chociażby założenie Agnieszki Pajączkowskiej, autorki kontrowersyjnych „Nieprzezroczystych”, że fotografią chłopską nikt się nie interesował. Nie interesował się, owszem – ale jej badaczami i kolekcjonerami, którzy zdążyli wcześniej wykonać sporo pracy. Niestety, deklarowane zainteresowanie tematem wsi nie sprawiło, że czytelnicy ruszyli masowo do muzeów etnograficznych, zaglądali do ich przystępnych archiwów, czy choćby czytali online badania udostępnione na stronie Cyfrowej Etnografii.

„Chłopki”, czyli telefon do rozmów z umarłymi
„Przepraszam za brzydkie pismo” ukazuje się już sporo po zenicie „zwrotu ludowego”, który znacząco wpłynął na polską literaturę, interpretacje badań kultury i społeczeństwa, ale w pewnym stopniu też na codzienne życie – a może raczej odpowiedział na dotychczas zbyt mało rozpoznaną potrzebę. Część pamiętników, te wyróżnione przez komisje, została już opublikowana w szeregu zbiorów książkowych. Te z lat międzywojennych stały się bazą m.in. dla „Chłopek” Joanny Kuciel-Frydryszak, najgłośniejszej i najchętniej czytanej książki „zwrotu ludowego”.
Gdy obcujemy ze zróżnicowanymi głosami ze wsi i o wsi, szczególnie widać, że nasz czerpiący inspiracje z międzynarodowej krytycznej humanistyki „zwrot równościowy” (jak go nazwał Przemysław Czapliński), czyli skierowanie optyki na ludzi w różny sposób wykluczonych, ma wiele ograniczeń.
Cieszy, że Antonina Tosiek, choć sama w jakimś stopniu posługuje się narzędziami tego nurtu, nie jest wobec niego bezkrytyczna, trafnie rozpoznając na przykład „fetysz buntu” czy niesprawiedliwe, hurtowe traktowanie bohaterów (tu bohaterek) historii ludowych jako bezwolnych ofiar. Umożliwiając nowe, czasem odważne interpretacje, skazuje on bowiem przy okazji na „widzenie tunelowe”, powodując automatyczną interpretację wszelkich zjawisk wyłącznie w kategoriach relacji władzy i poddaństwa, hegemonii i peryferii, opresji i oporu.
W tej optyce poza wykluczeniem i jego kategoriami widać niewiele. To sprawia, że z pola widzenia znika element najciekawszy, czyli swoistość świata, który chcemy zobaczyć i poznać, a także możliwość zbliżenia się – oczywiście na tyle, na ile może uczynić to gość mniej czy bardziej z zewnątrz – do jego wewnętrznej gramatyki. A co jeszcze ciekawsze – do zróżnicowania, niespójności, paradoksów, wewnętrznych dynamik. Nie ma bowiem, i nie było nigdy, jednej i takiej samej wsi.
Podręcznikowa „kultura typu ludowego”, charakterystyczna dla wieku XIX, która opierała się na maksymalnej samowystarczalności tak gospodarczej, jak świadomościowej, stopniowo coraz mocniej współistniała i ścierała się z nowymi pomysłami ludzi wsi na życie. Dążenie do utrzymania w niezmiennym stanie wyobrażonego „orbis interior” i systemu gospodarki rodzinnej współistniało z inicjatywą i ambicją, gotowością do przeobrażeń, a czasem wręcz wyścigiem innowacji, w którym to życie „po staremu” czyniło outsiderem (o czym ciekawie pisał choćby etnolog Andrzej Perzanowski).
Dystans pomaga ochłonąć, warto więc pytać o to, co „zwrot ludowy” przyniósł dobrego, a co budzi wątpliwości. Wiadomo, że nie są jego miłośnikami historycy (zwłaszcza gdy mowa o poczytnych i często wydawanych książkach Kamila Janickiego). W dziedzinie literatury pojawiają się już głosy, by dać spokój prababci, swoje zarzuty mają także przedstawiciele innych dziedzin, a czasem i sami czytelnicy, choć jest to nurt niewątpliwie popularny.
Zarzuty, jakie spotykają publikacje z nurtu „zwrotu ludowego”, to upolitycznienie, tzw. prezentyzm (przykładanie dzisiejszej miary do wydarzeń przeszłości), poszukiwanie uniwersalnych kluczy, a może wytrychów tłumaczących wszystko (na przykład dziedzictwo pańszczyzny), wreszcie selektywność – gdy dane i świadectwa są składane w ofierze opowieści, za mało zostaje miejsca zaś na perspektywę ze środka, która może ten obraz komplikować. Historyk Tomasz Wiślicz przyznał w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, że choć docenia motywacje stojące za tym nurtem, uważa je też za „opowieść stworzoną pod potrzeby rynku książki”.
Mocne słowa, ale coś w nich jest – „historie ludowe” odpowiadają na potrzeby odbiorcy współczesnego i według jego kryteriów poznawania świata, co czyni je kłopotliwymi naukowo, ale sprawia, że trafiają w jakiś realny problem człowieka dzisiejszego, pozwalając mu odegrać go, niczym w psychodramie, w innej scenerii.
W pamiętniku Marii B., cytowanym przez Antoninę Tosiek, pojawia się moment wręcz proroczy, autorka bowiem zaleca lekturę swych słów młodym rolniczkom, które nie mogą porozumieć się z matkami. Pozwalam sobie postawić tezę, że właśnie ta niemożność napędza tak masową i emocjonalną reakcję na „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak. Książka ta odegrała rolę zbliżoną do niemożliwego wynalazku, nad którym według legendy miał pracować Thomas Edison: telefonu do rozmów ze zmarłymi.
Wiele Polek zadawało sobie pytania, dlaczego ich matka czy babcia postępowały tak, a nie inaczej, w sposób niezrozumiały, może z ich perspektywy zimny, nieprzystępny, nieznoszący sprzeciwu. Lektura „Chłopek” może pozwoliła przeprowadzić w myśli pojednawczą rozprawę, lepiej zrozumieć, a może i wybaczyć. I mimo zastrzeżeń grzechem byłoby zignorować tę doniosłość.
Szukajcie osób szczęśliwych
Czytając „Przepraszam za brzydkie pismo”, myślę o drobiazgowej pracy Antoniny Tosiek, która rozszyfrowywała uszkodzone przez nieodpowiednie przechowywanie rękopisy. Ale też o słowach Władysławy J., która napisała: „bardzo wątpię czy znajdzie się chociaż jeden [pamiętnik] napisany przez osobę szczęśliwą”. Właściwie – można to sprawdzić. Z częścią autorek pamiętników przecież można się skontaktować.

Antonina Tosiek „Przepraszam za brzydkie pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet”, Czarne, Wołowiec 2025.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















