Trauma-Zdrój, część druga: „Niech zapomni, że ma rodziców”

Rabka-Zdrój: słynne w całym kraju uzdrowisko, ale też miejsce dziecięcych krzywd, które przez lata zagłuszano zdaniem: „Takie były czasy”.
Czyta się kilka minut
// il. Magda Wolna dla „TP"
// il. Magda Wolna dla „TP"

Ściany pokryte dermą, „w oświetlonych, okrągłych wnękach dekoracje wykonane przez krakowskich plastyków: lalki ludowe i postacie z bajek” („Miasto Dzieci Świata”). Wielkie, parowe i elektryczne kotły, kuchnia – jak donosi w 1960 roku „Gazeta Krakowska” – zmechanizowana: „Robot bije śmietanę i ubija żółtka, inna maszyna wyrabia ciasto”.

I tyle, jeśli idzie o opis nowoczesności w „Pstrowskim”. Bo we wspomnieniach byłych kuracjuszy jadalnia stanie się jedną z głównych aren przemocy.

Jadalnia: przemoc przy stole

– Zatykanie noska i pakowanie łychy do buzi. Sam zostałem zmuszony do zjedzenia własnych wymiocin – zapamięta Roman (imię zmienione) ze Śląska. – Nie było zlituj: pierwsza łyżka weszła, druga też, ale trzecia już nie, więc to, co się wypluło albo zwymiotowało, było mieszane z zawartością talerza, i trzeba to było zjeść. Moi rodzice byli nawet zadowoleni po moim powrocie: zawsze byłem taki chudziutki, a tam nabrałem wagi.

Wersja audio części pierwszej:

Uruchamianie odtwarzacza...

Wersja audio części drugiej:

Uruchamianie odtwarzacza...

Nie inaczej musiało być w innych rabczańskich sanatoriach, skoro Magdalena zapamiętała szantaże.

– Wychowawczyni groziła, że jak nie zjemy, to nas zostawi na drugi turnus, czyli dodatkowe dwa miesiące! – wspomina kobieta. – A mój kończył się tuż przed Wielkanocą. Raz wszystkie dzieci wyszły ze stołówki, a ta kobieta stała nade mną godzinę, pastwiąc się. Krzyczała, zmuszała do jedzenia, groziła, że nie wrócę do domu na święta. Płakałam tak bardzo, że dostałam spazmów, byłam opuchnięta i czerwona, aż dostałam gorączki. Wtedy kazała mi iść do izolatki: „Jesteś chora na różyczkę”.

Z kolei reglamentacja jedzenia – przyjmująca niekiedy drastyczne formy – towarzyszyła jeszcze w latach 90. małym pacjentom rabczańskiej diabetologii w innym niż „Pstrowski” sanatorium. 

Doświadczyła tego lecząca się w Rabce reporterka Ilona Wiśniewska, dla której pobyt w tym mieście będzie już zawsze kojarzył się z głodem, nieustannym kontrolowaniem, czy przypadkiem dzieci nie zjadły czegoś zakazanego, oraz dietą złożoną z suchego chleba albo białego sera na śniadanie, obiad i kolację, która stawała w gardle, bo nie wolno było popijać posiłku wodą. Zamiast cokolwiek tłumaczyć, na dzieci krzyczano i je straszono. Gdy próbowały się poskarżyć rodzicom przez telefon, pielęgniarka rozłączała rozmowę.

„To było jak wywoływanie choroby sierocej”

Wróćmy jednak do jadalni w „Pstrowskim” i do scen, jakie zapamiętało z tego pomieszczenia rodzeństwo z Bielska – Krzysztof i Katarzyna.

Siostra: – Gdy zjadło się jabłko i pokazało ogryzek, dostawało się coś słodkiego. Mój brat nie lubił jabłek, więc jemu tego ogryzka nie uznawano. W związku z tym ja jadłam jego owoc, żeby dostał wafelka.

Brat: – Stołówka to też miejsce, w którym nagle pojawiła się moja siostra. Jem obiad, i nagle w drzwiach ona! Schowałem się pod stół, to była reakcja typu: „O kurde, ją też zostawili”. Mimo trzech lat, zapamiętałem ten moment ni to współczucia dla niej, że ją też zostawili, ni to wstydu, że to ja zostałem porzucony pierwszy.

Siostra: – To ordynatorka zaproponowała rodzicom, by przysłali dla Krzysia towarzystwo. Mimo że wcześniej ta sama kobieta powiedziała mamie i tacie, by go nie odwiedzali „dla mojego dobra”. Oczywiście chodziło o wygodę personelu. Łatwiej było dziecko złamać psychicznie, żeby się stało apatyczne, niż mieć kłopoty. Ordynatorka powiedziała mamie: „Lepiej, żeby on zapomniał, że ma rodziców”. To było prawie jak wywoływanie celowo choroby sierocej. Odebranie człowieczeństwa.

Trauma, która zamraża na lata

„Byłem, przeżyłem, nabawiłem się nerwicy i stanów lękowych, z których leczę się już dziesiątki lat (…) Zniszczyli mi kawał życia, wróciłem załamany i z depresją. Rabka to był koszmar” – wspominał pobyt w „Pstrowskim” użytkownik forum e-dziecko. 

Sabina Sadecka: – Dziecko, by się zdrowo rozwijać, potrzebuje figury przywiązania. W sanatorium, gdzie nie ma rodziców, będzie szukać jej w otoczeniu. Gdy nie może znaleźć namiastki więzi, zaczyna się przywiązywać nawet do osoby, która jest zagrażająca. Tak mały człowiek nie potrafi przyznać, że personel zachowuje się źle. Próbując nadać znaczenie temu, co go spotyka, tłumaczy sobie, że to z nim coś musi być nie tak. To nakłada się na inne traumatyczne przeżycia – odosobnienia, skoszarowania, zabiegów medycznych.

Efektem, dodaje psycholożka, jest skumulowana trauma, która potrafi na długo zrujnować życie. 

– Zwłaszcza gdy ktoś miał też w domu złe doświadczenia – mówi Sadecka. – Ludzie, którzy jej doświadczyli, potrafią pozostawać latami w zamrożeniu, chronicznej dysocjacji, albo – dla odmiany – świetnie funkcjonować na zewnątrz: uporządkowani, ambitni, natomiast w domowym zaciszu bezradni, pozbawieni kontaktu z własnym ciałem i potrzebami, szukający ulgi w nałogach. Dlatego tak ważną rolę w opowieściach byłych pacjentów pełnią pojedyncze osoby, które choć trochę przełamały ten schemat, okazały uwagę, empatię. 

Izolatka: „żeby nie trafić tam znowu”

Izolatka – miejsce dość przypadkowych, jak zapamiętali kuracjusze, „zsyłek”. Kolejna przestrzeń przemocy – i tej rówieśniczej, i ze strony dorosłych

Magdalena: – Pamiętam, jak leżałam tam z trzema chłopcami, jednym mniejszym i dwoma starszymi. Starsi masturbowali się na naszych oczach. 

Katarzyna: – Po wyjściu z izolatki dostawaliśmy termometr. Codziennie rano sprawdzałam, czy mnie i bratu nie podskoczyła temperatura, bo bałam się, że ktoś z nas trafi tam znowu. Raz Krzysiowi skoczyło ponad czerwoną kreskę, więc zaczęłam panicznie ten termometr strzepywać. Rozbiłam go o metalową barierkę łóżka. Pielęgniarka się zdenerwowała, Krzyś miał ponowny pomiar gorączki, no i w końcu w tej izolatce znowu wylądował.

Sanatorium: odpowiedź nie nadeszła

To zdanie nasi rozmówcy usłyszą od lat 60., 70. i 80. wielokrotnie. Od znajomych, rodziców, od komentariatu na forach. „Takie były czasy” – tę sentencję usłyszymy i my w czasie rozmów o Rabce. Czym to zdanie właściwie jest? Wyposażeniem tej historii w kontekst epoki czy relatywizowaniem krzywdy? I przede wszystkim: czy to sentencja prawdziwa, czy może fałszuje rabczańską rzeczywistość?

W poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania chcieliśmy porozmawiać z tzw. drugą stroną. Nawet jeśli większość ówczesnych decydentów, dyrektorów, ordynatorów, wychowawców, pielęgniarek już nie żyje albo nie da się – na podstawie wspomnień często kilkuletnich dzieci – ustalić ich danych, liczyliśmy na komentarz ze strony władz miasta, prawnych spadkobierców „Pstrowskiego” czy też byłych przełożonych wychowawców, pielęgniarek, salowych. Z tego grona zgodziła się z nami porozmawiać jedna osoba – ale o tym za moment.

Odmówił burmistrz Rabki-Zdrój. „Co do historii sanatoriów, nie chcę się odnosić, bo pewne rozwiązania wynikały z obowiązującego wówczas prawa” – napisał do nas w lapidarnym mailu Leszek Świder. Odmówiły władze dawnego „Pstrowskiego”. Na prośbę o spotkanie rzecznik prasowy instytucji napisał, że władze spółki odpowiedzą na pytania mailowo. Zapytaliśmy więc: czy spółka chce coś przekazać skrzywdzonym? I czy pracuje w Śląskim Centrum Rehabilitacyjno-Uzdrowiskowym im. Szebesty ktoś, kto pamięta tamte czasy i chciałby z nami porozmawiać? Odpowiedź nie nadeszła.

Przełożony: „jednostkowe przypadki”

Jedyną osobą, która chciała się z nami spotkać i porozmawiać, był Marek Szarawarski, były nauczyciel, wicedyrektor i dyrektor szkoły przy sanatorium „Pstrowskiego”, a więc także przełożony wychowawców, którzy opiekowali się dziećmi na sanatoryjnych oddziałach. Pracował w szkole od pierwszej połowy lat 70., od połowy lat 80. był zastępcą dyrektora, a od 1992 roku do emerytury dwie dekady później szefował placówce.

Pytamy, czy dochodziły doń sygnały złego traktowania dzieci

– Zdarzały się jednostkowe przypadki. Np. wychowawca uderzył wychowanka, bo nie było innego sposobu, aby obronić słabsze dziecko bite przez agresora – mówi Szarawarski. – Dzięki anonimowym ankietom wypełnianym przez uczniów-pacjentów otrzymaliśmy też zapis o mniej więcej takiej treści: „Od nauczyciela czuć było alkohol”. Dyscyplinująca rozmowa rozwiązała sprawę, taki wypadek zdarzył się raz.

Szarawarski dodaje, że usłyszał również na początku lat 70. o próbach molestowania wychowanka.

 – Zgłosił to jeden z rodziców. Nauczyciel został zwolniony i już nigdy nie pracował z dziećmi – opowiada były dyrektor. A gdy pytamy o zgłoszenie do organów ścigania, odpowiada, że ojciec ucznia uznał zwolnienie pedagoga z pracy za wystarczające (w tamtych czasach nie istniał nakaz zgłaszania takich czynów organom ścigania). – Chcę też powiedzieć o sukcesie wychowawczyni, która w długim, trudnym procesie przyczyniła się do uratowania dziewczynki-pacjentki i wyrwania jej z łap ojczyma pedofila – dodaje.

Szarawarski przyznaje, że w „Pstrowskim” pracowała niewystarczająca liczebnie i niewykwalifikowana kadra – ale zaraz dodaje, że chodzi mu o lata 50. i 60. zeszłego wieku.

„Takie były czasy”

– Wszystkie placówki leczące dzieci i młodzież w tamtym czasie miały problem braku odpowiedniej i odpowiedzialnej kadry pedagogicznej – mówi. – Myślę, że słynna lecznica w szwajcarskim Davos również. Za moich czasów mieliśmy już kadry nie tylko z tutejszego liceum pedagogicznego, ale też po wyższych studiach. W latach 80. w mieście otwarto tzw. „Rabczańską Akademię Pedagogiki”, a na początku XXI wieku w szkole przy Centrum im. Szebesty studia podyplomowe z pedagogiki leczniczej. Kadra pedagogiczna i medyczna rozpoczynała tutaj studia, uzupełniała kwalifikacje, uzyskiwała tytuły naukowe, zdobywała stopnie specjalizacji i awans zawodowy – dodaje Szarawarski.

A na pytanie, jak to możliwe, że podlegający mu wychowawcy akceptowali takie zachowania, jak zmuszanie siłą do jedzenia, publiczne upokarzanie czy zakazy sikania, ucina: – Podlegający mi wychowawcy nie przebywali z dziećmi non-stop. Pracowali z grupami wychowawczymi pięć godzin dziennie.

Czy ma coś do powiedzenia ludziom, którzy czują się skrzywdzeni? 

– Wierzę, że takie mogą być ich odczucia – mówi. – To smutne, że tak długo przeżywają traumę. Nasze uzdrowisko od stu lat przyjmuje pacjentów. W omawianym okresie przebywało tu około 200 tys. dzieci. Większości z nich leczenie dało lub poprawiło zdrowie, a może nawet uratowało życie. To dotyczy również tych, którzy czują się pokrzywdzeni. Krzywdę zgłosiło kilkadziesiąt osób.

Czy na pewno? To zależy, co rozumieć przez „zgłoszenie”: gdyby zliczyć tylko tych, którzy skontaktowali się z nami, opisali swoje doświadczenia na forach, można rzeczywiście mówić o kilkudziesięciorgu, może ponad setce. Ilu niczego zgłaszać nie miało siły? Nie widziało w tym sensu? Wyparło przeszłość? Setki? Tysiące? To wcale nie takie mało prawdopodobne.

„W Rymanowie niebo, w Rabce piekło”

Jak przemoc z „Pstrowskiego” i innych sanatoriów widzą w kontekście epoki sami bohaterowie tej opowieści, z których część zaprzecza skądinąd, że pobyt w Rabce pomógł im wyleczyć schorzenia fizyczne? 

– Jakbyście państwo mieli rybki, to jakbyście się do nich zwracali? Albo owce? Nijak: masz rybki albo owce, to je karmisz i tyle – mówi nam pan Tomasz Zawadzki z Wieliczki, porównując to do „chowu” dzieci w tamtych czasach. – Ale chętnie powiedziałbym temu panu, który obcinał paznokcie, i paniom: „To, co wtedy robiliście, było złe”.

– To w ogóle były czasy z maksymą: „dzieci i ryby głosu nie mają”. Jak mamę przytulałam, to ona sztywniała – mówi pani Katarzyna.

Ale jej brat, Krzysztof, mówi wprost: zdanie „takie były czasy” służy dziś dorosłym do usprawiedliwiania braku reakcji sprzed lat. 

– Mama nadal to zdanie powtarza, nie weźmie odpowiedzialności – relacjonuje pan Krzysztof. – Opowiadałem tę historię psychologowi i powiedziałem, że nie mam pretensji do rodziców. Uświadomił mi, że rodzic jest po to, by chronić dziecko. By powiedzieć: „Nie, kurwa, to jest mój syn i ja go tu nie zostawię!”.

Jakie pole manewru mieli rodzice chorych dzieci, którzy odbierali od nich alarmujące sygnały o przemocy? O miejsce w rabczańskich sanatoriach, zwłaszcza w „Pstrowskim”, trzeba było zabiegać, czekać na przydział. Wielu wolało nie okazywać personelowi niewdzięczności. Można było ewentualnie wysłać dziecko do innego sanatorium.

Są też tacy, którzy stanowczo wyjmują wydarzenia z Rabki z „kontekstu epoki”. 

– Jeździłem do różnych sanatoriów i powiem tak: w Rymanowie niebo, w Rabce piekło – mówi Michał Bagiński. – Rabka to było sanatorium o podwyższonym rygorze. Nie wpuścili na oddział nawet mojej mamy, choć jechała przez śniegi wiele kilometrów. Spóźnił się autobus, przekroczyła pory odwiedzin, i nawet nie pozwolono jej zostawić dla mnie paczuszki. „Nie będziemy stresować dziecka, proszę to zabierać” – usłyszała.

Również historyk dr Marcin Stasiak z UJ, autor książki „Polio w Polsce 1945-1989. Studium z historii niepełnosprawności”, który rozmawiał z byłymi pacjentami kilku sanatoriów dla chorych na polio, zauważa, że choć w niektórych opowieściach pojawiały się wątki nieprzyjemnych przeżyć związanych z pobytem w tych placówkach (poczucie rozłąki z bliskimi, brak intymności, sanatoryjny rygor, bolesne lub wycieńczające fizycznie zabiegi i ćwiczenia), nie były postrzegane jako traumatyczne i miały raczej marginalny charakter. 

– O sanatoriach mówiono wręcz jak o bezpiecznym azylu wobec wyzwań czekających na zewnątrz. Na pierwszy plan wysuwają się też inne kwestie: zaangażowanie personelu, któremu zależało, by chorzy w przyszłości mogli wieść dobre życie niezależnie od swojej niepełnosprawności, więzi oparte na zaufaniu, jakie łączyły np. dorastające pacjentki z pielęgniarkami, a przede wszystkim – niezwykła solidarność i wsparcie okazywane sobie nawzajem przez małych podopiecznych. Ci, którzy przebywali w sanatorium w Świebodzinie, mają ze sobą kontakt nawet do dziś.

W ciągu pięciu lat, jakie upłynęły od wydania publikacji, dr Stasiak nie dostał ani jednej wiadomości od dawnych pacjentów dzielących się przykrymi wspomnieniami.

Rabka-Zdrój: traumaland

Terapeuci zajmujący się traumą mówią, że jej sprawcami są często ci, którzy sami traumy doświadczyli. W kontekście historii Rabki-Zdroju brzmi to przekonująco: oprócz traumy wojennej, lokalną społeczność łączy udział w wydarzeniach, które długo wymazywano z oficjalnej narracji o „mieście dzieci”. 

Zagłada Żydów dokonana przez hitlerowców na oczach mieszkańców, jedna z wyższych na Podhalu skala okupacyjnej przynależności do Goralenvolk, tużpowojenna przemoc ze strony miejscowych partyzantów, udział w grabieży mienia przedwojennych właścicieli uzdrowiska, znacjonalizowanego przy aprobacie lokalnej wspólnoty… Polski traumaland w pigułce, w skali jednego małego miasteczka.

Milczenie o nieprawidłowościach odbywało się zaś w imię zbiorowego interesu – przez kilka dekad sanatoria dziecięce były głównym pracodawcą dla licznych mieszkańców Rabki.

Psycholożka: jak zaleczyć traumę? 

Sabina Sadecka pytana, jak byli pacjenci mogą, oprócz wsłuchiwania się w sygnały płynące z ciała i reagowania na nie, poradzić sobie z krzywdą, mówi: 

– W traumie spowodowanej przez ludzi do zdrowienia dochodzi też przez spotkanie z człowiekiem. Nie zawsze musi to być psychoterapia, pomaga otwarcie się na bezpośrednią więź. W przypadku traumy kolektywnej, do jakiej zalicza się ta sanatoryjna, szczególnie ważna jest rola wspólnoty. Możliwość wypowiedzenia swoich doświadczeń, podzielenia się nimi z innymi, którzy przeszli przez to samo. Najlepiej w bezpośrednim spotkaniu. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł