Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Awanturnicza geografia

Awanturnicza geografia

02.07.2012
Czyta się kilka minut
Podróż jest dla mnie pretekstem do literatury, punktem wyjścia, jednym ze sposobów na uzyskanie stanu zadziwienia, zaskoczenia, trudniej osiągalnego, kiedy jest się ciągle w tym samym miejscu.
il. Magda Wolna
K

Kwadrans po oznaczonej godzinie zadawano sobie jeszcze niespokojne pytanie, czy zjawią się słuchacze prócz nielicznych stałych bywalców, których pojedyncze sylwetki widniały na stopniach. W chwili, gdy już tracono wszelką nadzieję, sala zapełniała się do połowy dziećmi pod opieką matek i bon; dzieci były spragnione bezpłatnej rozrywki, opiekunki zmęczone hałasem i kurzem ulicy”... Tak spotkania z „opowiadaczami przygód” – podróżnikami we Francji lat 30. XX w. opisuje Claude Lévi-Strauss w „Smutku tropików”.

Kolejka miejska

W 2011 r. współczesna, polska wersja „odczytów przyrodniczych” nosi nazwę „Kolosy. Ogólnopolskie spotkania podróżników, żeglarzy i alpinistów”. Odbywa się w wypełnionej po brzegi hali sportowo-widowiskowej, tuż obok centrum handlowego w Gdyni. Przed moim występem zdjęcia z cyfrowego hi-tech rzutnika pokazuje młody człowiek niepełnosprawny ruchowo, który na specjalnie wyposażonym quadzie objechał kraj dookoła. Bardzo się cieszę, że zrealizował swoje marzenia, ale nie potrafię brnąć w polityczną poprawność i zachwycać się zdjęciami, na których ściska się ze strażą graniczną lub uśmiecha na łące maków. Nie wzrusza mnie też relacja z ekspedycji sponsorowanej przez Ministerstwo Kultury, która przemierzyła szlak ucieczki zesłańców z Syberii. Pomysł świetny, nawet im zazdroszczę, ponieważ uważam, że skoro nie ma już białych plam na mapach, to warto wiedzieć, kto je zapełniał przed stu laty, i podróżować śladem poprzedników. Jednak udowadnianie co chwila, jacy wspaniali są Polacy, i śpiewanie na koniec patriotycznego utworu nie mieści mi się nawet w schemacie „romantycznych podróży”.

Zaczynam swój „intelektualny show” od mistrza antropologii strukturalnej, zdania otwierającego „Tristes tropiques”: „Nienawidzę podróży i podróżników”. Sala zamiera zgorszona. Nie domyśla się, że wykorzystuję klasyczny gombrowiczowski chwyt wykorzystania własnych słabości i przemiany ich w siłę. Wyjaśniam i szczerze wyznaję, że nie wspiąłem się nigdy na żaden wysoki szczyt, nie spłynąłem dziką rzeką, napisałem tylko parę książek o miejscach leżących poza granicami Polski. Cierpię więc na kompleks literata przy biurku, zazdroszczącego ludziom czynu. Wobec dokonań samotników przejeżdżających na rowerze przez pustynię Gobi, swoich wycieczek po Indiach, Pakistanie, Iranie czy Turcji nie śmiałbym nawet nazwać wyprawami.

Pokazuję więc zdjęcie ze stambulskiego domu, fotografię akwarium, które niczym nie różni się od chlub hobbystów akwarystyki w Krakowie czy Włoszczowej. W tle plastikowe słodkie firanki w kwiatki, na akwarium narzuta i rodzinne zdjęcie. Wyjaśniam, że hodowca rybek jest potomkiem Szejka Saida, który miał odwagę wszcząć rebelię przeciwko projektowi tureckiej nowoczesności Kemala Mustafy Atatürka. Snuję rozważania na temat obcości i swojskości. Opowiadam o wspaniałym materiale reporterskim, jaki czeka na śmiałków udających się w podróż Szybką Koleją Miejską wzdłuż wybrzeża. Zwiduje mi się historia Polski: Danzig, stocznia Gdańska, przedwojenna Gdynia, Zoppot na tle burd i piątkowych, wieczornych konwersacji młodzieży, podążającej na imprezy kolejką... Dla mnie, przyjezdnego ze „stolycy”, SKM jest równie egzotyczna, co koleje w Indiach. Część tłumu nie wytrzymuje, zaczyna gwizdać i buczeć, czego się teoretycznie spodziewałem, ale przyznaję, że w praktyce nie powoduje to zbyt przyjemnego uczucia.

Szklaneczka rumu

Dla mnie podróż jest tylko pretekstem do literatury, punktem wyjścia, jednym ze sposobów na uzyskanie stanu zadziwienia, zaskoczenia, trudniej osiągalnego, kiedy jest się ciągle w tym samym miejscu. Podziwiam zresztą tych, którym udaje się dziwić, przechadzając się codziennie po tych samych ulicach. Wzorem niedoścignionym jest dla mnie Kant, nie opuszczający Królewca, a jednak wciąż pozostający w transie dziecinnej naiwności, która każe nam uprawiać zarówno filozofię, jak literaturę i w ogóle sztukę. Zwiduje mi się on jednak jako wielki podróżnik, być może dlatego, że nie ma już miasta dzielnie przemierzanego przez mędrca. Kontrast między światem z historycznych pocztówek a współczesnymi blokowiskami wraz z modernistycznym Domem Sowietów jest tak wielki, że zmusza umysł do pracy bardziej niż potęga ośnieżonych szczytów w Karakorum.

Podczas „Kolosów” nie ma jednak miejsca na rozważania co do formy i stylu opisu przygód. Impreza jest zdominowana przez „ten rodzaj opowieści [który] spotyka się z życzliwym przyjęciem, którego nie umiem sobie wytłumaczyć. Amazonia, Tybet, Afryka zalewają księgarnie w formie książeczek podróżniczych, sprawozdań z ekspedycji, albumów fotograficznych, w których troska o efekt jest tak dominująca, że czytelnik nie może ocenić wartości przytoczonych obserwacji” . Tak ironicznie opisuje powodzenie „zawodu podróżnika” Lévi-Strauss w latach 50., kiedy wraca już ze swoich najważniejszych badań terenowych. Zaskakująca jest przemiana atmosfery wokół przedstawień ¬egzotyki we Francji i prowokuje mnie do stworzenia szybkiej teorii. Czy to dlatego, że przed II wojną rządy w Paryżu kontrolują jeszcze „posiadłości zamorskie”, jak eufemistycznie nazywano kolonie? Obcość jest naturalnym, codziennym tematem dla biurokratów, sprawą do zarządzania, a nie ekscytowania się? Dopiero później, tracąc kolejne kolonie, Francuzi uświadamiają sobie, jak bardzo podniecająca może być Inność?

Taką koncepcję wspierałaby historia wydawania i czytania literatury podróżniczej w Polsce. Mam wrażenie, że rozkwit przeżywa ona w latach 20. i 30. XX w., właśnie dlatego, że Rzeczpospolita nie posiada kolonii. Wtedy książki Ferdynanda Ossendowskiego czy jego imiennika Goetla osiągają nakłady prawdopodobnie przebijające klasyków, jak Henryk Sienkiewicz, który zresztą także pozostawił po sobie parę wydań listów, szkiców z różnych dalekich wyjazdów. W 1923 r. ukazuje się po polsku debiut Ossendowskiego „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”, rok po wersji angielskiej. Książka pisana jest pierwotnie po rosyjsku, ale w trakcie ucieczki z Mongolii i Chin pisarz poznaje w Tokio amerykańskiego dziennikarza, który redaguje ją, być może bardzo poprawia i tłumaczy na angielski. Ja poznaję najpierw wydanie amerykańskie, czytając „Beasts, Men and Gods” w górach Azji. Tytuł i tekst brzmią dużo lepiej niż po polsku, beasts nie są przecież zwykłymi zwierzętami, a miejsca akcji znajdują się „tuż za rogiem”, po drugiej stronie przełęczy. To wtedy, już po opublikowaniu mojej pierwszej „Masali”, połknąłem bakcyla nie tylko podróżowania, ale też czytania o wyprawach innych autorów. W moim dzieciństwie, w czasach PRL-u, oczywiście pojawił się Heyerdahl czy „Tomek gdzieś tam”, ale w ilościach śladowych.

Jestem przypadkiem z definicji Lévi-Straussa, podanej w rozdziale „Szklaneczka rumu” jego jedynych podróżniczych wspomnień, które obowiązkowo czytają na zajęciach studenci antropologii czy orientalistyki. Jestem bowiem człowiekiem, u którego wartość, jaką przywiązuje do „społeczeństw egzotycznych”, jest „funkcją pogardy, a nawet wrogości, jaką wzbudzają w nim obyczaje panujące w jego własnym środowisku”. Ostro napisane, ale nigdy nie jestem pewien, czy francuski intelektualista pisze tu konkretnie o sobie, czy też bardziej ogólnie o przedstawicielach swojej profesji. Przypuszczam, że to on sam „gardzi” Francuzami czy Europejczykami, ale równocześnie każda ciekawa narracja z podróży, antropologiczna czy przygodowa, jest po trosze moralitetem. Lustrem, w którym mamy się przejrzeć i wyciągnąć wnioski z wpatrywania się w krzywe odbicie.

Liga Morska i Kolonialna

Być może dlatego Polskę lat 20. zalewa potop książek Ossendowskiego. „Cień ponurego wschodu”, „Od szczytów do otchłani”, „Cud bogini Kwan-Non”, „W ludzkiej i leśnej kniei”. We wszystkich pisarz wykorzystuje swoje doświadczenia z podróży po Azji przed rewolucją rosyjską, w jej trakcie i tuż po. Później jedzie w półroczną podróż poślubną do Afryki, dzięki której powstaje w sumie kilkanaście kolejnych książek. Pisze też powieści dla dzieci i polityczno-szpiegowską publicystykę, jak „Lenin”. Kolejne tytuły nie są już, moim zdaniem, tak pasjonujące jak debiut, który łączy klasyczną przygodę ze skarbem z wielkimi wydarzeniami historycznymi, a praktyczne wskazówki przetrwania w tajdze z potrzebą mistycyzmu – wpisując się w panującą wtedy modę, która doprowadzi do wypraw nazistów w Himalaje i wesprze szalonymi teoriami plan ludobójstwa. „Beasts, Men and Gods” są przekładane na dziesiątki języków, stają się europejskim hitem nie dlatego, że są wiarygodnym opisem podróży, lecz dzięki wątkowi Agharty – ukrytego królestwa lamajskich mędrców – którą każdy chce odnaleźć. Czytelnicy Ossendowskiego na tle Azji widzą swoje lęki przed komunizmem i nowoczesnością, szukają na nie duchowego panaceum i nadziei dla ludzkości. Geografia nigdy nie jest niewinną nauką, ma cele ekonomiczne, polityczne lub psychoterapeutyczne, podobnie powieści podróżnicze.

W Rzeczypospolitej dalekie wyprawy często łączą się z wątkiem patriotycznym, w końcu nie tylko XIX-wieczni powstańcy, ale także sam marszałek Piłsudski przymusowo zwiedza Syberię, można podążyć jego śladami. Po pierwszym boomie lat 20. następuje kryzys gospodarczy i tąpnięcie rynku książki. Później z kolei wiele publikacji ukazuje się pod egidą Ligi Morskiej i Kolonialnej oraz jej licznych przybudówek. Ta nieco dziś zapomniana organizacja promuje ekspansję zamorską nawet „billboardami” przy torach kolejowych. Jej Częstochową i Mekką staje się Gdynia, nasze „okno na świat”, skąd rzeczywiście wyruszają transatlantyki pełne turystów, chętnych, by zakosztować atrakcji wielkiego świata. Projekt nowoczesności z końca lat 30., wcielany nie tylko w modernistyczny styl okrętowy, ale w całościową wizję życia codziennego, potrzebuje wizji egzotyki. Niesienie kaganka oświaty dzikim ludom uwiarygodnia wszelkie ambicje mocarstwowe. Wielbione w Gdyni statki, ale także aeroplany, samochody, prowadzone nawet przez kobiety, sportowy styl życia i dieta rybna – to wszystko widać byłoby najlepiej na tle „dzikusów”. Niestety, Polska ich nie posiada, do zagrania nieco podobnej roli zmuszani są Żydzi, ale ci są na miejscu. Prawdziwi „dzicy” muszą koniecznie być gdzieś indziej, tam, gdzie trzeba dotrzeć, zdobyć ich ziemie, ujarzmić.

Fetyszem jest ruch i akcja, jak w klasycznej powieści podróżniczej. Moda na takowe musi być wielka, skoro relacje z wypraw wychodzą nawet spod pióra zasiedziałych ziemian, jak „Wśród znieważonych bogów. Z podróży na wschód (z 32 rycinami)” Franciszka Godlewskiego z 1930 r. Dwa lata później „Rowerem do Azji Mniejszej” Gołębiowskiego, połączenie ducha sportowo-cyklistycznego z podbojem obcości. Podaję przykłady pierwszych z brzegu tomików z mojej półki pełnej trofeów z ekspedycji po antykwariatach. Nakładów książek w przedwojennej Polsce mogliby pozazdrościć nawet współcześni celebryci literatury, a wszelkie „przez morza” czy „lądem do” stanowią ważną część drukowanych tytułów. Ukazują się też przekłady, mam u siebie np. „Syngaleską bajkę. Podróż morzem” Francisa de Croisset z 1937 r. Bardzo popularne są geograficzne romanse Pierre’a Lotiego, który zdobywa kochanki od Japonii po Egipt. Już w latach 20. „Lektor. Instytut literacki” wydaje „Indje i ja” Ewersa czy kryminalny harlequin Farrére’a pt. „Człowiek, który zabił”, rozgrywający się w Konstantynopolu.

Te dwie ostatnie pozycje to zresztą pomysły redaktorskie samego Stanisława Przybyszewskiego. Tak jak przy debiucie Ossendowskiego, fascynacje geograficzne na przełomie XIX i XX w. czy w latach 20. łączą się z ezoterycznymi, by nie powiedzieć wprost: teozoficznymi. Historia druku i recepcji tych książek może stanowić temat wielu prac doktorskich, ja fascynuję się nimi z podobnych być może powodów, co Kaplan mapami historycznymi, o czym opowiada w tym „Magazynie Literackim”. Skoro nie ma już białych plam na mapach, pozostają mi, w celu pobudzenia umysłu, dawne mapy. Może już nie te z czasów „geografii fantastycznej”, lecz tej „wojującej”, jak pisze Joseph Conrad. W podróż w świat, widzialny dziś z satelity lepiej niż z bliska, trzeba jechać z tymi, którzy pierwsze mapy rysowali lub chociażby dodawali do nich szczegóły.

Szaleństwo Almayera

Kiedy esej „Geografia a niektórzy odkrywcy” zostaje po raz pierwszy opublikowany w 1924 r., nosi tytuł „The Romance of Travel”, i o to właśnie w nim chodzi. Rozpoczyna się słowami: „Można śmiało powiedzieć, że większość ludzi przedkłada geografię nad geometrię, gdyż działa na nich urok map”. Nie będę tu dalej przytaczał opisów wpatrywania się w kontury kontynentów, co czynił w Krakowie w XIX w. Conrad tak samo jak ja i wielu innych sto lat później. Takie są początki, toutes proportions gardées. Dalej Józef Konrad Korzeniowski pisze: „geografia, jedyna wśród nauk, ma swoje źródło w działaniu, co więcej, w działaniu awanturniczym, przemawiającym do wyobraźni ludzi, którzy prowadzą zasiedziały tryb życia i lubią się oddawać marzeniom o niebezpiecznych przygodach, jak więźniowie marzący za kratkami o trudach i niebezpieczeństwach tak drogiej sercu ludzkiemu wolności”.

W tym zdaniu jest odpowiedź na ironię Lévi-Straussa wobec „odczytów przyrodniczych” i na moje prowokacje podczas „Kolosów”. Śmiem przecież twierdzić, że droga życiowa i twórcza Conrada jest jednak drogowskazem dla mnie, a nie dla „żeglarzy i alpinistów”. Esej „The Romance of Travel” pisze on w roku swej śmierci, kiedy od prawie 30 lat już nie pływa, nie działa, lecz pisze. Wspominając rysowanie jezior Afryki na mapach z białymi plamami czy kartografowanie błękitnych przestrzeni przez Jamesa Cooka, pisarz składa hołd wielkim odkrywcom, lecz może bardziej swojemu dzieciństwu i pierwszym inspiracjom. Bez wątpienia nie zostałby twórcą, gdyby nie był kapitanem statku, ale w jego książkach wątki marynistyczne i egzotyczne schodzą na dalszy plan, nie są już nawet sztafażem dla dylematów moralnych. W późnym „Tajnym agencie” czy „W oczach Zachodu” znikają zupełnie i Korzeniowski zamienia się w analityka nowoczesności, co znowu sugeruje ciekawe związki między znajomością „egzotyki” a rozumieniem fetyszu „nowego, lepszego świata”. Dla mnie każda podróż, bliższa czy dalsza, jest eksperymentowaniem na styku atrakcyjnej tradycji, której szukają turyści, i przywiezionego przez nas wyobrażenia o tym, co modern.

Conradowi, przy całej jego skromności, nie chodzi nigdy o morze czy wyspę, lecz o człowieka i literaturę. Wszystko inne, podróże, statki, przygody, jest tylko pretekstem, jak dla mnie. Cieśnina Torresa, Jawa, Borneo czy ładunek na Mauritius to realizacja marzeń z dzieciństwa, dowód, że można być, kim się zapragnęło. Jednak wolność przemieszczania się w przestrzeni nie jest darem najwyższym. „Iskra świętego ognia w piersi” nie popycha zawsze ku dobru, u noszących ją mogą wystąpić różne motywacje do działania, „chwalebne albo grzeszne”, jak pisze Conrad w eseju o podróżnikach i geografii. Wolność oraz siłę pokonywania przeciwności trzeba wykorzystać jeszcze bardziej, aby nie popaść w „szaleństwo Almayera” i ekscesy innych, których napotkał podczas rejsów pod koniec XIX w. Psychologiczne i moralne problemy lorda Jima czy przechodzących przez smugę cienia stanowią inną wersję codziennych trudów bycia człowiekiem, które dla mnie odsłania „Dziennik w ścisłym znaczeniu tego wyrazu” Bronisława Malinowskiego. Może gdyby Conrad urodził się trochę później, gdyby nie stracił tak szybko matki i ojca, gdyby nie chciał szybko uciec, to zostałby antropologiem kultury?

Myśli pod moskitierą

Malinowski, drugi „wielki syn ziemi polskiej”, który zostaje Brytyjczykiem i pisze po angielsku, w konspekcie nigdy nie napisanej książki notuje: „tylko niektórzy rzucają się w różne strony ze specjalną pasją: to właśnie czyni kogoś antropologiem” . Ponieważ w czasach mojej krótkiej kariery uniwersyteckiej byłem studentem „katedry etnografii”, lektura jego zapisków z badań terenowych oraz korespondencji ze Stanisławem Ignacym Witkiewiczem przed wyjazdem do Australii jest dla mnie podstawową wręcz wskazówką przy pisaniu o „życiu gdzie indziej”. Narracje sukcesu, na które zżymam się podczas „Kolosów”, skrzętnie pomijają zmagania ze słabościami charakteru, ograniczenia stawiane przez nasze własne ciało, a przede wszystkim wszelkie niepokoje psychiczne. Nawet jeśli gwiazda telewizji, wspinając się właśnie na ośmiotysięcznik, rzuci jakieś „myślałam, że nie dam rady”, to takie wyznanie podkreśla tylko jej siłę i odwagę, jest wisienką na czubku tortu. A tymczasem Malinowski, być może nie chcąc tego wcale publikować, pisze w czerwcu 1918 r. na Triobrandach: „rano pracuję spokojnie, bez surchauffage, fotografuję porządnie. Potem przeglądam notatki i adnotuję. – Potem idę na spacer via Kabuaku, Okaikoda. B. zmęczony. Szlocham i jest b. smutny. Wieczór, pracuję znów. Cudna noc księżycowa, idę ku Yourawutu; smutek, żal bezbrzeżny zalewa wszystko szlochem. Pod moskitierą złe, lubieżne myśli”.

Celowo pomijam w cytacie uzupełnienia i tłumaczenia dodane w doskonałym polskim wydaniu dziennika z 2002 r., aby podkreślić stan „wybitnego naukowca”. Tak banalne, nudne, pełne powtórzeń, a zarazem przerażające jest tło pisania przełomowych prac z zakresu nauk społecznych, tak w terenie wygląda rewolucja w nowoczesnej myśli i tworzenie szkoły funkcjonalnej w antropologii. Publikacja części tych zapisków, po angielsku w latach 60., stymuluje kolejny naukowy bunt – postmodernistyczny; odejście od wielkich narracji ku doświadczeniu osobistemu. Pośmiertnie Polak wprowadza literaturę do nauki, bo trudno czytać „Życie seksualne dzikich” jako ostateczną prawdę naukową, skoro mistrz szlocha i gdzie indziej przyznaje, że ma „mokre sny”. Nie można mu się dziwić: jest na obczyźnie, wówczas jednej z najdzikszych i najmniej zbadanych. Już ponad cztery lata mija na wyspach od kłótni z przyjacielem Witkacym, który wrócił do Europy, aby walczyć na froncie I wojny. Malinowski zdradza ojczyznę, trochę jak Conrad, jak wcześniej Bronisław Grąbczewski, syn sybirowego zesłańca, który wstępuje do armii carskiej i staje się naukowcem oraz szpiegiem w Azji Centralnej. Wszyscy wybierają „żyłkę awanturniczą”, albo po prostu przedkładają realizację własnych aspiracji ponad narodowymi. I cierpią.

Pierścienie Saturna

Conrad, pisząc o dawnych odkrywcach, nie wyobraża ich sobie inaczej niż przy ognisku, notujących skrzętnie w zeszycie wydarzenia minionego dnia. Rzeczywiście, skrobią wszyscy, a Malinowski pyta retorycznie, co by zrobił, gdyby stracił cały manuskrypt. Zapiski są niezbędne z powodów naukowych, każdy podróżnik musi zdać relację, sponsorom bądź władzy, lub chociaż publiczności żądnej wrażeń. Jednak myślę, że w obsesyjnym notowaniu widać też ocalającą rolę literatury. W dzienniku Malinowskiego, w ewolucji pisarstwa Conrada, nawet w historii Grąbczewskiego przejawia się los osobisty, ważniejszy od grupowego, narodowego. O ojczyzny można walczyć orężem czy pracą u podstaw, ale siebie można ratować tylko pisząc. Co zresztą poświadcza także W.G. Sebald, budujący wspaniałe narracje pod pretekstem i maską podróży, w przestrzeni i przede wszystkim w czasie, jak w „Pierścieniach Saturna”.

Opisy przyrody, które podkreślam sobie w egzemplarzach wymienianych wcześniej książek, mówią więcej o autorze, epoce powstawania tekstu, o jej ideach, o kolejnych europejskich problemach niż o samym desygnowanym. Reakcja na mieszkańców dalekich krajów, sposób ich nazywania, od czysto pejoratywnych „dzikusów” po dwuznacznych „tubylców”, jest ciągle opowieścią o zachodnich zmaganiach ze swojskością i obcością, o ich bliskiej, ale napiętej i zagmatwanej relacji. Inny spotykany po drodze nie jest po prostu drugim człowiekiem, lecz projekcją naszych lęków i wyobrażeń o sobie samych. Sama geografia jest tylko sceną, dekoracją prowokującą do działania człowieka, który stoi w centrum zarówno dobrej literatury, jak i antropologii, czy dobrego romansu podróżniczego.

MAX CEGIELSKI (ur. 1975) jest dziennikarzem i pisarzem, stale współpracuje z TVP Kultura, Radiem Roxy i telewizją Ale kino. Opublikował m.in. książki „Masala”, „Pijani bogiem”, „Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu”, „Mozaika. Śladami Rechowiczów”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]