Wojny handlowe w epoce globalnego chaosu. Czy w szaleństwach Trumpa jest metoda?

Prorocy globalizacji nie podejrzewali, że o jej przyszłości zdecydują ludzie tacy jak Donald Trump, Xi Jinping i Narendra Modi oraz stające za nimi biznesowe i partyjne elity, przemysłowe kartele i kapryśni miliarderzy.
Czyta się kilka minut
Donald Trump z żoną Melanią oraz premier Indii Narendra Modi podczas spotkania w New Delhi. Indie, 25 lutego 2020 r. // Fot. Adnan Abidi / Reuters / Forum
Donald Trump z żoną Melanią oraz premier Indii Narendra Modi podczas spotkania w New Delhi. Indie, 25 lutego 2020 r. // Fot. Adnan Abidi / Reuters / Forum

Historycy napiszą, że 3 lutego 2025 r. był datą początku końca globalizacji. Albo nawet czegoś więcej – ładu światowego czy „starego porządku”. Wymyślą jakąś zapadającą w pamięć nazwę – „czarny poniedziałek”, „dzień zerwania” albo „jackpot”, jak w cyberpunkowych powieściach Williama Gibsona. Być może w szkołach wkuwać się będzie tę datę na pamięć jak te, które zmieniły bieg historii. To przecież 3 lutego Donald Trump ogłosił „pierwszą amerykańską wojnę handlową”. I – jak straszą niektórzy – pogrzebał globalizację, „nawet za cenę obrócenia w ruinę gospodarki i dobrobytu własnej ojczyzny”.

Czy obserwujemy świt nowej epoki protekcjonizmu?

Świat przyspieszył. Kolejne proklamacje i rozporządzenia płynące z Białego Domu wyprzedzają analityków w mediach i światowe giełdy. A przecież Trump robi tylko to, co zapowiedział. Czyli wprowadza cła i grozi wszystkim, którzy nie chcą oddać USA cennych zasobów. Upokarza światowych przywódców, którzy nie uznają amerykańskich stref wpływu. Wygląda na to, że przestał odróżniać sojusznika od wroga – i że do opisu tego, co robi, równie dobrze pasują określenia z XXI, jak z XIX stulecia.

Czy usłyszeliśmy właśnie pierwszą salwę w czymś, co może stać się globalną wojną handlową i świtem nowej epoki protekcjonizmu? Trochę jak w słowach amerykańskiego hymnu: wystrzały w ciemną noc świadczą, że żyjemy i walczymy; świt przynosi dowód na to, że nasz sztandar góruje, a okryty wstydem przeciwnik ucieka. Współczesne USA jak ostrzeliwany niegdyś przez brytyjskie okręty fort McHenry – nieugięte, wytrwałe, otoczone murem, dumne… Donald Trump nie wpadł jeszcze na to porównanie, ale z pewnością by mu się spodobało.

Odpowiedź brzmi „nie”. To tylko wersja do szkolnej czytanki. Globalizacja się nie skończy – przynajmniej nie od razu. Droga, którą idziemy, jest z pewnością ryzykowna, ale weszliśmy na nią dawno temu. Trump tylko trochę przyspieszył.

A największa ironia polega na tym, że kustoszami globalizacji stają się dziś ludzie, siły i ideologie, które globalizacja i „koniec historii” miały odesłać w niebyt. Czyli nacjonalizm, protekcjonizm, etniczny i religijny szowinizm, centralne planowanie i komunizm (chiński), a wreszcie rywalizacja imperializmów i nowa zimna wojna. Prorocy globalizacji nie podejrzewali, że o jej przyszłości zdecydują ludzie tacy jak Donald Trump, Xi Jinping i Narendra Modi. Oraz, co nie mniej ważne, stojące za nimi biznesowe i partyjne elity, przemysłowe kartele czy kapryśni miliarderzy.

Czas polityki lawirowania

Tytułem przypomnienia: w ciągu mniej niż dwóch tygodni Donald Trump podpisał dekrety o wyjściu z Porozumienia Paryskiego i Światowej Organizacji Zdrowia, zagroził aneksją Kanady, Grenlandii i Panamy oraz nałożył cła na Kanadę, Meksyk i Chiny, czyli trzy kraje z najwyższym eksportem do USA. Ten błyskawiczny powrót do barier handlowych (i imperialnej retoryki), jakiego Ameryka nie widziała od stulecia i do jakiego, nauczona wcześniejszymi kryzysami, miała rzekomo nigdy nie wrócić, świadczy, że coś się skończyło. Tylko co?

Wraz z wprowadzeniem przez USA ceł na najbliższych nawet sojuszników i wyjściem z międzynarodowych organizacji globalizacja nie zniknie. Przeciwnie: wskaźniki mierzące przepływy finansowe, długość łańcuchów dostaw, udział handlu w globalnym PKB wciąż są blisko historycznie wysokich poziomów. „Koniec globalizacji widać wszędzie, tylko nie w statystykach” – pisze cierpko prasa biznesowa od kilku lat. Bo agresywny protekcjonizm czy jeszcze ostrzejsze sięganie po sankcje i embarga nie zmienią lokalizacji kluczowych zasobów, miejsc produkcji półprzewodników, mody na cyfrowe aktywa albo apetytu kapitału na przekraczanie granic państw i stref czasowych. Przynajmniej nie z dnia na dzień.

Inwazja Rosji na Ukrainę nie obróciła „rubla w rupieć”, jak zapowiadał Joe Biden, tylko zwiększyła wymianę rubla i… rupii. Handel między Rosją, pariasem w świecie zachodnich demokracji, i Indiami (najludniejszą demokracją, nawet jeśli nie liberalną) urósł w ciągu pięciu lat pięciokrotnie. Narendra Modi odwiedził Moskwę w połowie 2024 r., by podtrzymać współpracę wojskową i technologiczną obu krajów. Jednocześnie Indie pozostają gościnnym gospodarzem dla amerykańskich inwestycji i fabryk, które miałyby uciec lub zostać wypchnięte z Chin. New Delhi wyrzuca ze swojego rynku chińskie aplikacje, a zarazem potrzebuje chińskich podzespołów i maszyn, by rozwijać przemysł, wciąż opóźniony jak na standardy globalnej konkurencji. Rywalizacja z odwiecznym wrogiem zza miedzy, Pakistanem, pozwala mobilizować nacjonalistyczną emocję w interesie partii rządzącej. Z drugiej strony: beneficjenci indyjskiego boomu edukacyjnego i nieszczęśnicy bez pracy mogą wyjechać za granicę, co rozładowuje napięcie lokalnie – a generuje problemy na tle migracyjnym w Europie i USA.

Interesem mocarstw regionalnych jest dziś opóźniać konfrontację amerykańsko-chińską i korzystać z napięć, dostając możliwie najlepsze warunki współpracy od obu stron. W zachowaniu Indii (a także Turcji, Brazylii, RPA czy Korei) więcej jest więc z polityki lawirowania między imperiami w fazie globalizacji z XIX w. niż chęci wejścia w „zimną wojnę 2.0” po którejś ze stron.

Jak w 2023 r. w słynnym już przemówieniu z Tallina zauważała amerykańska dyplomatka Fiona Hill, świat nie chce podzielić się elegancko na dwa bloki. Miliardy ludzi są wobec losu Ukrainy obojętne, a zdecydowana większość państw chce zachować możliwość swobodnej integracji to z Chinami, to z USA – w zależności od własnych potrzeb i uwarunkowań. I nie chce być zmuszana do wyboru.

Xi Jinping, prezydent Chin z wizytą w Peru. Lima, 14 listopada 2024 r. // Fot. Carlosa Garcii Granthona / Getty Images

Aktualne kręgi globalizacji

Sankcje i embarga mają ten przewrotny efekt, że każą wytyczać nowe szlaki handlowe, wymuszają nowe sojusze, a są często też motorem do integracji i rozwoju krajowego przemysłu. Czego dowodzą liczne przykłady z Rosji, Iranu i Chin.

Odcięte od cudzych technologii Chiny tylko w ciągu ostatniego roku zaprezentowały światu oparty na własnych podzespołach i procesorach smartfon oraz konkurencyjny model AI, DeepSeek. Kolejne ograniczenia nakładane przez administrację Bidena i Trumpa miały je wprawdzie odciąć od najnowszych chipów, spowalniając rozwój tamtejszych technologii, stało się jednak odwrotnie. Jeżeli więc premiera chińskiego narzędzia AI jest w stanie doprowadzić do największych w historii Wall Street jednodniowych spadków wyceny spółek (idących w setki miliardów w jednej sesji), to trudno chyba mówić o świecie pogrążonym w izolacjonizmie i autarkii.

To zaś prowadzi generację „ultrajastrzębi” – w rodzaju doradcy Trumpa Elbridge’a Colby’ego – do przekonania, że wojna jest nieuchronna. Świat ma przecież miejsce na tylko jednego hegemona. Wszelkie wysiłki Chin na rzecz zdobycia pozycji dominującej potęgi gospodarczej należy traktować jako wysiłki zmierzające do pozbawienia tej pozycji USA – tłumaczył niedawno Colby na stronach American Compass, think tanku będącego intelektualnym zapleczem protekcjonistów i antyglobalistów na amerykańskiej prawicy. Integracja handlowa i rozwój technologii zakłada odejście od logiki gry o sumie zerowej, rywalizacja imperiów każe do niej wrócić. Czasy, gdy handel miał opłacać się wszystkim, minęły.

Ale nawet jeśli USA odgrodzą się od Chin murem, to nic nie stanie na przeszkodzie, by republika ludowa objęła swoim „kręgiem globalizacji” ponad połowę światowej populacji, dostarczając miliardom ludzi i dziesiątkom rządów technologię i sprzęt niezbędne do transformacji energetycznej czy zwrotu w kierunku elektromobilności, a nawet finansowanie inwestycji wszędzie tam, gdzie tylko zechcą to przyjąć. Jak pisał w „Zemście Imperium Osmańskiego” Louis-Vincent Gave – to, co dla jednych wydaje się końcem globalizacji, dla innych jest jej nowym początkiem. I jak mieszkańcom basenu Morza Śródziemnego pod koniec XV wieku, wraz z nadejściem epoki odkryć geograficznych i kolonialnych podbojów, wydawać się mogło, że światowy handel i wymiana zamierają, tak dla reszty świata dopiero się zaczęły.

Chińczycy, by stworzyć własny krąg globalizacji, nie będą przecież musieli iść na wojnę z USA ani detronizować dolara jakąś hipotetyczną „walutą BRICS”. Jeśli już, to prędzej cyfrowym juanem, nad którym intensywnie pracują. Dolar zaś w krótkim i średnim horyzoncie czasowym jest raczej niezagrożony jako globalna waluta rezerwowa. Cofnięcia kalendarza do czasów sprzed Adama Smitha nie chce prawie nikt. W przeciwieństwie do pierwszej „zimnej wojny”, dzisiejsi adwersarze są od siebie głęboko zależni.

W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.

Zmień ustawienia plików cookies

Skoro globalizacja udała się tak dobrze – to czemu jest tak źle?

Nie jest przecież tak, że chęć stawiania barier, niezadowolenie z kształtu globalizacji i nostalgia za starymi dobrymi czasami pojawiły się wczoraj. A światowy porządek i reguły rządzące globalizacją cieszyły się takim samym poparciem w, dajmy na to, 2001 i 2016 r. Jak ujął to niedawno Robert Wright, autor książki „Nonzero”, „prawdziwym dziedzictwem Bidena jest nowa »zimna wojna«”. W ostatnich latach to ekipa Demokratów – jak wylicza – podjęła więcej działań zmierzających do objęcia Chin sankcjami i embargiem technologicznym, zaostrzyła retorykę obrony Tajwanu, a nawet publikowała więcej antychińskich spotów wyborczych w kampanii.

Chiński komunizm czy autorytaryzm mają tu niewiele do rzeczy. Czy wierzymy, że USA zaakceptowałyby chińską dominację gospodarczą, gdyby był tam inny ustrój? „Globalizacja była projektem amerykańskim, z którego amerykańskie firmy wyciągały sowite zyski – pisze historyk gospodarki Adam Tooze na łamach „London Review of Books”. – Gdy tylko [wynikający z globalizacji] rozwój technologii i przemysłu zagroził jednak dominacji USA w kluczowych obszarach, amerykańskie państwo zmieniło reguły gry i dołączyło do obozu rewizjonistów”. W tym samym czasie – w dekadzie po kryzysie 2008 r. – powab straciły projekty dalszej integracji w ramach euro, strefy wolnego handlu w rodzaju NAFTA czy TTIP, a jeszcze bardziej: idea multikulturalizmu, powszechności praw człowieka dla uchodźców i wolnego przepływu migrantów zarobkowych. Granice i kontrola nad nimi wróciły do katalogu najbardziej pożądanych atrybutów nowoczesnych państw.

Wizja świata bez granic i nieskrępowanej konkurencji, utopia pozbawionego narodowości kapitału i obiektywnych wyroków neutralnych rynków – to wszystko runęło niemal dekadę temu. Przez kolejne lata poruszaliśmy się w zgliszczach tego gmachu, udając, że to tylko przejściowa sytuacja. Im dalej jednak od populistycznego szoku lat 2015-2016, tym bardziej jasne było, że coś się zmienia. Może brexit, zwycięstwo Trumpa w 2016 r. i przeciąganie bieguna europejskiej polityki w prawo były tylko symptomami czegoś większego? Wyczerpania modelu, a nie tylko odrzucenia będących jego fasadą elit?

To znaczy, że to nie wąskie grono populistycznych czy antyliberalnych polityków odwróciło się od globalizacji i postanowiło ten projekt zakończyć. Odwrotnie: globalizacja wyprodukowała tak wielu swoich krytyków, od Waszyngtonu, przez Londyn, po Moskwę i New Delhi, by dać paliwo projektom politycznym, które chcą ten projekt pogrzebać. Jednak nie po to, by zrujnować globalny kapitalizm, międzynarodowy handel i światowe rynki. Raczej by nagiąć je do własnych, narodowych, klasowych i neoimperialnych potrzeb.

Społeczeństwo pod wpływem chińskiego szoku

Badania zespołu chińskich i amerykańskich naukowców, opublikowane w 2022 r. w „Journal of International Economics”, przekonują, że amerykańscy wyborcy z regionów dotkniętych dezindustrializacją i wpływem negatywnego bilansu handlowego USA wspierają kandydatów bardziej protekcjonistycznych od ćwierćwiecza. Do tych samych wniosków doszedł David H. Autor z MIT, współautor badań wpływu „chińskiego szoku” na amerykańskie nierówności i losy pracowników przemysłu.

„Kulturowy i klasowy resentyment związany z chińskim szokiem dla amerykańskich robotników są tak rozpalone, że można je porównać tylko do huraganowego pożaru, który wznieca własny wiatr i niesie się dalej przez las. Gospodarcze zjawiska, które wznieciły te emocje [w poprzednich dekadach XXI w.], mogą już ustępować, ale emocje reprodukują się dalej, a paliwa dla tego pożaru nie brakuje” – tłumaczył w czasie amerykańskiej kampanii wyborczej dziennikarzom „New York Timesa”. 

Być może częścią problemu jest to, że negatywny wpływ chińskiego eksportu na amerykańskie społeczeństwa ma geograficznie ograniczony charakter, to znaczy skupiony jest w konkretnych regionach i hrabstwach, które doznały największej dezindustrializacji. Ale przez to, że uderzył w miejsca pracy, edukację i ochronę zdrowia (a później jeszcze przyczynił się do kryzysu uzależnień i rozpadu rodzin) – jego skutki odczuwają dziś także dzieci i wnuki pierwszych ofiar dezindustrializacji. Skądinąd: fakt, że procesy te doprowadziły do relatywnego zubożenia i utraty prestiżu konkretnie mężczyzn, i to wykonujących prace fizyczne, nie jest bez znaczenia.

Co ciekawe, podobną mapę i socjologię postaw wyborczych przedstawili po brexicie brytyjski pisarz i publicysta James Meek oraz politolog Will Davies. A opowieść ta ma też kanadyjskie, niemieckie czy francuskie odpowiedniki.

Komu służy wojna handlowa

Trudno się więc dziwić, że jedną z najczęściej cytowanych i komentowanych książek stała się na powrót pozycja „Wojny handlowe to wojny klasowe” Matthew C. Kleina i Michaela Pettisa. Ten drugi został nawet całkiem niedawno nazwany „najbardziej wpływowym teoretykiem gospodarki i handlu międzynarodowego na świecie”, bo wygląda na to, że czytają go nie tylko zachodni, ale i chińscy decydenci. „Wojny handlowe…” przekonują bowiem, że problem z globalizacją polega nie na tym, że za bardzo wzmocniła Chiny kosztem USA albo USA wobec reszty świata, ale że… wzmocniła krajowe elity korzystające z nierównowag handlowych, kosztem robotników i konsumentów, których stać na coraz mniej w proporcji do tego, ile produkują i zarabiają. Elity obu tych krajów wolą podtrzymywać system, który opłaca się im samym, nawet jeśli skazuje ich ojczyzny na szybszy konflikt.

„Problemy ostatnich kilku dekad nie mają swoich korzeni w konflikcie geopolitycznym ani w sprzecznych charakterach narodowych. Spowodowane są przede wszystkim transferami dochodów na konta bogaczy i kontrolowanych przez nich firm. Zwyczajni ludzie na całym świecie tracą siłę nabywczą, a co więcej: wszelkiej maści oportuniści i szowiniści wmawiają im, że ich interesy z zasady stoją ze sobą w sprzeczności. Globalny konflikt między klasami społecznymi w obrębie poszczególnych krajów jest błędnie interpretowany jako seria konfliktów między konkurującymi ze sobą państwami” – pisali we wstępie do swojego dzieła.

Tezy Kleina i Pettisa są kontrowersyjne, bo idą wbrew zarówno liberalnej opowieści o tym, że to źli populiści wykoleili świetnie działający system, jak i konserwatywnej optyce nieuchronnego starcia cywilizacji, narodów i systemów. A na naszych oczach spełnia się ich przepowiednia, że biznesowym i politycznym elitom – w Pekinie tak samo jak w Moskwie czy Waszyngtonie – łatwiej będzie pogodzić się ze wzrostem nacjonalizmu niż z wizją podzielenia się dobrobytem. Podobnymi torami idzie myślenie autorów niedawno wydanej książki „The Rivalry Peril” (Rywalizacja jako zagrożenie) Vana Jacksona i Michaela Brenesa.

Problemy świata w epoce globalizacji

Amerykańska polityka w XX w. oscylowała między biegunami pokojowego przywództwa w międzynarodowym liberalnym ładzie oraz bardziej militarnej wizji narzucania swojej woli w zimnowojennej rywalizacji. Po 1989 r. czerpała z obu. Ale – dowodzą Jackson i Brenes – to spojrzenie maskuje rolę Ameryki we wzmocnieniu nowego bohatera na scenie: nacjonalizmu właśnie.

„Typowa dla Waszyngtonu potrzeba dzielenia świata na demokracje i autokracje przysłoniła globalny zwrot w stronę nacjonalizmu, który zaczął się po 2008 r. Kryzys wzmocnił tendencje protekcjonistyczne i uszczelnianie granic, uderzając również we wzrost gospodarczy w wielu miejscach świata. I to właśnie wzrost nacjonalizmu i etnonacjonalizmu był dominującym zjawiskiem politycznym drugiej dekady XXI w.” – pisali niedawno w „Foreign Affairs”. Dodając natychmiast, że zamiast odpowiedzieć na gospodarcze przyczyny rozlewającego się po świecie niezadowolenia, kolejne rządy USA – pierwszy Trump, Biden i Trump po raz drugi – zajęci byli dławieniem chińskiego wzrostu i wznoszeniem dalszych barier w światowym handlu. 

„Transformacja energetyczna i konieczność odpowiedzi na zmianę klimatyczną zostały zastąpione nieudolnymi próbami zdominowania sektora samochodów elektrycznych; ekonomiczna współzależność padła ofiarą kontroli łańcuchów produkcji; obietnicę fali, która podnosi wszystkie łodzie, zastąpił wyścig o samodzielne zjedzenie jak największego kawałka tortu kurczących się globalnych zasobów gospodarczych. Im dłużej USA ignorują ciężar długu, niestabilności, przemocy, jaki ponoszą biedniejsze kraje wskutek tej rywalizacji, tym bardziej dokładają się do dalszego rozlewu nacjonalizmu” – konkludują.

Obecna wojna handlowa, zwrot ku protekcjonizmowi i jeszcze mocniejsze skupienie na międzynarodowej rywalizacji są więc efektem pomylenia skutku z przyczyną. Sprowadzając te myśli do banału: losu robotników i ofiar dezindustrializacji w jednym kraju nie polepszy pogorszenie losu tych samych ludzi w drugim. Globalizacja wygenerowała problemy z dystrybucją dochodu na poziomie gospodarek krajowych oraz niebezpieczną spiralę zadłużenia i uzależnienia od importu dla krajów biednego Południa, a pogłębienie rywalizacji amerykańsko-chińskiej i bardziej konfrontacyjne podejście do międzynarodowych relacji gospodarczych nie przyniesie odpowiedzi na żaden z powyższych problemów.

Do niedawna wydawało się, że globalizacja i nacjonalizm stoją w sprzeczności. Dziś okazuje się, że ta pierwsza mogła wykarmić drugi, a ten narzucił jej swoje kategorie i ramy.

Globalizacja nacjonalizmu

Rozczarowanie globalizacją przyniosło odwrót nie od kapitalizmu, ale od liberalizmu. To właśnie jego świętości podeptano najmocniej: od wolnego handlu i swobodnego przepływu ludzi, towarów i kapitału; przez ideał praworządności oraz prawa międzynarodowego; kulturę tolerancji i politycznej poprawności; multilateralizm i wiarę w instytucje międzynarodowe; merytokrację, wiarę w wiedzę ekspertów oraz fact-checking; po trójpodział władzy czy niechęć do centralnego planowania i polityki przemysłowej… – wyliczankę można kontynuować.

Wygrywającą formułą polityczną tych czasów jest nie jakaś forma socjalistycznego uniwersalizmu czy liberalny internacjonalizm. Niezależnie, czy spojrzymy na USA, Chiny, czy Indie, zwycięską formułą jest synteza państwa narodowego z narodowymi czempionami. Kapitaliści we wszystkich krajach o imperialnych ambicjach próbują zespolić swoje interesy z interesami klasy politycznej i ugrać coś dla siebie na globalnych niepokojach. Protekcjonizm i walka o „swoje firmy” może być dla nich nawet korzystniejsza niż rywalizacja z konkurencją na globalnej arenie.

Patriotyzm, nacjonalizm albo wprost szowinizm – skierowany wobec migrantów, wobec biednych we własnej ojczyźnie, w przedstawicieli konkurencyjnych cywilizacji i porządków – jest użytecznym systemem operacyjnym tej konstrukcji. Rosja tocząca w Ukrainie wojnę przy pomocy chińskiej technologii, irańskiej amunicji, koreańskich i syryjskich najemników oraz wypranych przez zachodnie firmy pieniędzy byłaby jednym z przewrotnych przykładów globalizacji nacjonalizmów w działaniu. Innym byłby Elon Musk rozgrywający napięcia na tle migracji w Niemczech i Wielkiej Brytanii, by ukryć własny interes w ściąganiu do swoich firm zagranicznych pracowników, osłabić pozycję negocjacyjną amerykańskiego programisty i za federalne pieniądze zbudować kolejną fabrykę gdzieś w Chinach.

Szaleństwa Trumpa to nic nowego

Globalizacja, która wzmacnia nacjonalizmy, a jednocześnie wymusza od rządów mocniejsze zaangażowanie na arenie międzynarodowej dla obrony krajowego interesu, to nie nowość. Już w XIX w. świat przechodził przez ten cykl. Izolacjonistów naprawdę konsekwentnych było jednak niewielu, a jeszcze mniej było w tym gronie zwycięzców.

Pierwsze zwycięstwo Trumpa porównywano z prezydenturą Andrew Jacksona (1829-1837), politycznego chuligana i populisty swojej epoki. Dziś najmodniejszym punktem odniesienia jest William McKinley (1897-1901), wielki orędownik wysokich ceł, protekcjonizmu i agresywnej obrony amerykańskich interesów. Jeden z wyborczych plakatów z epoki przedstawia go stojącego na platformie ze złotej monety, w bramie między portem a miastem, alegoriami „handlu” i „cywilizacji” (przemysłu) nad nimi i łukiem układającym się w napis „DOBROBYT w kraju, szacunek za granicą”.

Czy gdyby przedstawić któregoś z dzisiejszych liderów globalizacji nacjonalizmów w tej konwencji, zauważylibyśmy wielką różnicę?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 7/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Nowi władcy świata