Kosztowne deportacje i stan wyjątkowy. Co wynika z dekretów Donalda Trumpa?

Nowy prezydent zaczął rządy od lawiny dekretów. Chce za ich pomocą szybko przemeblować Amerykę. Testuje przy tym demokrację.
Czyta się kilka minut
Prezydent USA Donald Trump podpisuje rozporządzenia wykonawcze podczas inauguracji prezydentury w hali Capital One Arena. Waszyngton, 20 stycznia 2025 r. // Fot. Anna Moneymaker / Getty Images
Prezydent USA Donald Trump podpisuje rozporządzenia wykonawcze podczas inauguracji prezydentury w hali Capital One Arena. Waszyngton, 20 stycznia 2025 r. // Fot. Anna Moneymaker / Getty Images

Poniedziałek, 20 stycznia. Donald Trump niecałe siedem godzin po przejęciu władzy siedzi przy biurku w waszyngtońskiej hali sportowej Capital One Arena. Zamaszystym ruchem podpisuje dokument anulujący 78 rozporządzeń z czasów prezydentury Joe Bidena. Gdy towarzyszący Trumpowi personel ogłasza, że zaraz dojdzie do podpisania dokumentu o wycofaniu USA z porozumienia klimatycznego, w hali robi się wyjątkowo głośno. Trump na to reaguje, twierdząc, że dzięki jego decyzji Stany Zjednoczone zaoszczędzą bilion dolarów.

Mówi to w czasie, gdy południowa Kalifornia nadal walczy z ogromnymi pożarami. Tłumu zwolenników Trumpa najwyraźniej jednak to nie interesuje. Ważne, żeby po skończonym show złapać jeden z markerów, którymi ich lider podpisywał rozporządzenia.

Lawina zmian Donalda Trumpa

Donald Trump zaczął prezydenturę w efekciarskim stylu, tak jakby był na wyborczym wiecu. Nawet jego mowa inauguracyjna przypominała stylem kampanijne tyrady: znów mówił o tym, że uczyni Amerykę wielką, a pomaga mu w tym Bóg, który ocalił go w zamachu na pensylwańskim wiecu w lipcu 2024 r. Przedstawiając rządy Bidena w mrocznych barwach, Trump ogłosił, że jego powrót do Białego Domu jest „dniem wyzwolenia”.

Aby tego dowieść, nowy prezydent w ciągu doby podpisał lawinę dekretów będących odzwierciedleniem jego obietnic wyborczych. Wpisując się w nurt toczonych przez amerykańską prawicę wojen kulturowych, ogłosił, że od teraz rząd federalny ma uznawać jedynie dwie płcie: żeńską i męską oraz m.in. nakazał zakończenie programów DEI w administracji federalnej. Promują one walkę z dyskryminacją mniejszości rasowych i seksualnych. Podobne programy wygaszają także największe amerykańskie korporacje – McDonald’s, Ford, Walmart czy Meta, zapewne nie chcąc się wystawiać na krytykę ze strony Republikanów i konserwatywnych klientów.

Trump w myśl swojego hasła „będziemy wiercić, kochanie” ogłosił stan wyjątkowy w sektorze energetycznym, co jest krokiem do zwiększenia wydobycia ropy i gazu. Jednym podpisem nowy prezydent otworzył furtkę do eksploatacji złóż na wodach przybrzeżnych oraz obszarach chronionych na Alasce.

Z lektury lawiny dekretów Trumpa wynika także, że wstrzymał projekty w branży energetyki wiatrowej i chce anulować wprowadzone za czasów Bidena ulgi podatkowe na zakup samochodów elektrycznych. Jeśli do tego dojdzie, okaże się, że firmy motoryzacyjne jak Ford czy General Motors na próżno próbowały wkupić się w łaski Trumpa, pompując miliony dolarów na organizację jego uroczystości inauguracyjnych.

W pierwszych godzinach rządów nowego prezydenta skorzystały za to firmy technologiczne: zgodnie z obietnicą Trump zawiesił na 75 dni zakazu działania TikToka na terenie USA oraz powołał do życia komisję ds. efektywności rządu (DOGE). Przewodzi jej najbogatszy człowiek świata  Elon Musk, wystawiając się w ten sposób  na konflikt interesów. DOGE ma rekomendować cięcia wydatków i zmiany w przepisach federalnych. Dla Muska, właściciela SpaceX – firmy z branży kosmicznej – to furtka do kontrolowania tych, którzy do tej pory kontrolowali jego działania. Miliarder od tygodni brylujący w obecności Trumpa według doniesień „The New York Timesa” ma ponoć nawet dostać do swojej dyspozycji biuro w zachodnim skrzydle Białego Domu. Jeśli to prawda, choć Trump temu zaprzecza, byłby to duży przeskok. Według wcześniejszych spekulacji Musk miał dostać przydział w pobliskim Eisenhower Executive Office Building, gdzie mieści się część biur personelu Białego Domu.

Antyimigrancka ofensywa Trumpa

Naczelne miejsce w pierwszych dniach rządów Trumpa zajęły sprawy migracyjne. Najpierw podpisał masę dekretów, a potem zaczął działać. Na mocy wprowadzonego na granicy USA-Meksyk stanu wyjątkowego wysłał tam 1,5 tys. żołnierzy przynajmniej na razie mających głównie pomagać przy budowie ogrodzenia. Pentagon w środę 22 stycznia poinformował również, że udostępni swoje samoloty do obsługi lotów deportacyjnych. 

Skutki zmiany władzy w USA natychmiast odczuło około 30 tys. migrantów czekających w Meksyku na rozmowę z amerykańskimi urzędnikami imigracyjnymi. Ich spotkania w sprawie złożenia wniosku o azyl w USA odwołano, bo Trump jednym podpisem kazał zamknąć aplikację CBP One służącą do obsługi tej procedury. W innych częściach globu na pokład samolotów nie weszło z kolei ponad 10 tys. uchodźców, którzy mieli trafić do USA w ramach programu przesiedleń. Trump w pierwszych godzinach władzy go zawiesił. 

Jego administracja poluzowała za to restrykcje dotyczące aresztowania nielegalnych imigrantów: według nowych wytycznych funkcjonariusze mogą teraz robić naloty nawet w kościołach i szkołach. Amerykańskie miasta czekają w napięciu na start zapowiadanych przez nową administrację masowych deportacji. W pierwszej kolejności mają one objąć przestępców. 

Według danych służb imigracyjnych i celnych (ICE) w USA przebywa około 655 tys. osób bez amerykańskiego obywatelstwa, które zostały skazane lub mają na koncie zarzuty karne. Administracja Trumpa może też wziąć na celownik cudzoziemców, którzy pomimo wyroków deportacyjnych nadal przebywają w USA – tu mowa około 1,4 mln ludzi. Według rządowych szacunków w Stanach jest około 11 mln nielegalnych imigrantów, choć ta liczba może być wyższa w związku z rekordowym napływem cudzoziemców na granicę z Meksykiem za rządów Bidena.

Niekonstytucyjna i kosztowna polityka nowego prezydenta

Znacznie łatwiej obiecać „największą akcję deportacyjną w historii USA”, niż ją zrealizować. Gdy Trump po raz pierwszy dochodził do władzy, też zapowiadał masowe deportacje. Skończyło się na wydaleniu około 1,5 mln imigrantów w ciągu czterech lat. Według ekspertów wysiłki pierwszej administracji Trumpa spowolniły m.in. władze liberalnych miast i stanów, które nie chciały współpracować ze służbami imigracyjnymi.

Deportacje to także skomplikowane i koszmarnie drogie przedsięwzięcie. Administracja Trumpa potrzebuje zgody Kongresu, by wyasygnować miliardy dolarów na zatrudnienie dodatkowych funkcjonariuszy i budowę ośrodków deportacyjnych.

Na masowe deportacje przygotowują się już jednak nie tylko liberalne miasta, gdzie zapewne dojdzie do pokazowych aresztowań, a także Meksyk, który szykuje tymczasowe ośrodki dla swoich wyrzucanych obywateli. Na wypadek gdyby deportacje dotknęły Polaków, szef MSZ Radosław Sikorski poinformował, że resort uruchamia dodatkowe dyżury konsularne także poza budynkami konsulatów w USA. Zachęcił też rodaków do wyrabiania paszportów, jeśli ich stare straciły już ważność.

W antyimigranckiej ofensywie Trump wzbudził także kontrowersje dekretem o zakończeniu przyznawania amerykańskiego obywatelstwa dzieciom, które urodziły się w USA, ale ich rodzice są nielegalnymi imigrantami. Natychmiast pozwały go za to organizacje broniące praw człowieka oraz prokuratorzy generalni z ponad 20 stanów. Kilka dni później dekret zablokował sąd federalny, uznając go za niezgodny z konstytucją, narusza bowiem 14. poprawkę. 

Trump osiągnął jednak swój cel. Może odhaczyć spełnienie obietnicy wyborczej i wpisał się w postulaty podgrzewane w Partii Republikańskiej od co najmniej 2010 r.

Donald Trump, który jedynym podpisem rozpoczął też wycofanie USA ze Światowej Organizacji Zdrowia, twierdzi, że ma szeroki mandat do przemeblowania Ameryki, bo jako pierwszy Republikanin od 20 lat wygrał wybory prezydenckie głosami bezpośrednimi. Jego niektóre działania wychodzą zresztą naprzeciw nastrojom społecznym. Według sondażu New York Times/Ipsos opublikowanego przed zaprzysiężeniem 20 stycznia, aż 71 proc. respondentów jest przeciwnych leczeniu nastolatków w celu korekty płci, co odpowiada pierwszym działaniom Trumpa wymierzonym w osoby LGBT. Z kolei ponad połowa Amerykanów popiera masowe deportacje nielegalnych imigrantów. Frustracja nie wyparowała, choć liczba nielegalnych przekroczeń  na granicy z Meksykiem mocno wyhamowała, po tym jak Biden w czerwcu 2024 r. wprowadził restrykcje azylowe.

Polityka celna epoki Trumpa

Trump nie spieszy się z realizacją wszystkich obietnic. Wbrew wcześniejszym groźbom o narzuceniu 25-procentowych ceł na Meksyk i Kanadę, nie uczynił tego pierwszego dnia prezydentury, zarządzając jedynie, by agencje federalne przyjrzały się dokładnie amerykańskiej polityce handlowej. Być może nie chciał namieszać na światowych rynkach tuż po inauguracji lub zwyczajnie potrzebował zyskać na czasie, zanim kluczowi członkowie jego gabinetu zostaną zatwierdzeni przez Senat. 

Gróźb jednak nie odpuścił: niedługo później oznajmił, że już 1 lutego nałoży cła na dwójkę sąsiadów, których oskarża o niewystarczające wysiłki, by powstrzymać napływ fentanylu i nielegalnych imigrantów do USA. Następnego dnia odgrażał się nałożeniem 10-procentowego cła na produkty z Chin – tu też chodzi o fentanyl. Według Trumpa Chiny robią zbyt mało, by ukrócić przemyt tego syntetycznego opioidu do Meksyku, skąd trafia on na amerykański rynek.

Podczas tego samego spotkania z reporterami prezydent pogroził również cłami na towary z Unii Europejskiej. „Traktują nas bardzo źle. Nie kupują naszych samochodów ani naszych produktów rolnych. W rzeczywistości nie biorą zbyt wiele” – perorował, rozbudzając w Europie strach przed wojną handlową. Innym razem, podczas przemówienia online na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos, znów stwierdził, że UE w relacjach handlowych traktuje Stany „niesprawiedliwie”. Podniósł także poprzeczkę i zasygnalizował, że chce, by państwa członkowskie NATO przeznaczały aż 5 proc. PKB na wspólną obronę. W kwestii ceł obawy rosną też w USA, bo polityka Trumpa może napędzić inflację na rodzimym rynku.

Na razie nowy prezydent wysyła wiele sprzecznych sygnałów. Z jednej strony straszy nałożeniem ceł na Kanadę, Meksyk i Chiny już od 1 lutego, a z drugiej na ocenę relacji handlowych z tymi krajami dał swoim ludziom termin do początku kwietnia. 

Trump i wojna w Ukrainie

Z perspektywy naszej części globu ważne jest pytanie nie tylko o politykę handlową Trumpa, ale także o jego podejście do wojny w Ukrainie. Ostatnio porzucił kampanijne mydlenie oczu o zakończeniu konfliktu w 24 godziny i mówi raczej o stu dniach. 

Działa przeciwko Rosji wytoczył niedługo po  władzy. Najpierw stwierdził, że kontynuując wojnę na Ukrainie, Putin niszczy swój kraj. 22 stycznia na platformie Truth Social zagroził zaś, że jeśli Kreml nie będzie chciał usiąść do negocjacji, to przydusi Rosję kolejnymi sankcjami, wysokimi cłami i podatkami. „Rozstrzygnij teraz i zatrzymaj tę niedorzeczną wojnę! Będzie tylko gorzej” – groził Putinowi, jednocześnie łagodząc ton zapewnieniem, że „kocha naród rosyjski”.

Jak mówi „Tygodnikowi” były ambasador USA w Ukrainie John E. Herbst, do retoryki Trumpa wobec Rosji należy podejść z ostrożnym optymizmem. 

– Prezydent USA daje do zrozumienia, że nie zawaha się użyć negocjacyjnej dźwigni zarówno wobec Rosji, jak i Ukrainy, jeśli będą blokowały rozmowy pokojowe – tłumaczy. – Już po wyborach prezydenckich, jak i przed inauguracją, ludzie z otoczenia Trumpa sygnalizowali publicznie, że oczekują od obu krajów gotowości do kompromisu. Według założeń Ukraina powinna być otwarta na ustępstwa terytorialne i porzucenie wysiłków na rzecz przystąpienia do NATO przez 20 lat. Z kolei Putin powinien zaakceptować utworzenie na Ukrainie strefy zdemilitaryzowanej, którą miałyby nadzorować europejskie siły, oraz dalsze dozbrajanie Kijowa, by nie dopuścić do kolejnej agresji – mówi Herbst, zaznaczając też, że nie jest jasne, czy Trump ma tu na myśli dozbrajanie także przez Stany Zjednoczone.

Z kolei Marco Rubio – sekretarz stanu w administracji Trumpa – zapewniał w wywiadzie dla telewizji CBS, że w interesie Stanów jest nie tylko zakończenie wojny w Ukrainie, ale także utrzymanie stabilnego pokoju, by konflikt nie odrodził się za 2-4 lata. Rubio to znany z ostrego kursu wobec Chin jastrząb, który rzecz jasna stoi murem za trumpowską polityką America First. Podczas senackiego przesłuchania jeszcze przed zatwierdzeniem jego nominacji twierdził, że nowa administracja nie powtórzy błędów z przeszłości, gdy „Ameryka stawiała globalny porządek ponad własne interesy”. Innymi słowy, administracja Trumpa będzie angażować się tam, gdzie jej się opłaca.

Rubio jako nowy sekretarz stanu w pierwszą podróż dyplomatyczną ma pojechać do krajów Ameryki Środkowej, w tym do Panamy, której Trump wygraża przejęciem Kanału Panamskiego – strategicznego połączenia morskiego między Atlantykiem i Pacyfikiem. O odzyskaniu Kanału mówił też w mowie inauguracyjnej, nie dając odetchnąć światu po tym, jak w ostatnich tygodniach straszył także aneksją Kanady i Grenlandii. To z resztą może być strategia negocjacyjna. W przypadku Grenlandii, będącej autonomiczną częścią Królestwa Danii, może np. chodzić o zmuszenie Kopenhagi do zwiększenia inwestycji obronnych na tej arktycznej wyspie.

Seria ułaskawień

Trump testuje świat, podobnie jak amerykańską demokrację. I nie chodzi tu tylko o antyimigranckie rozporządzenia, którymi przekroczył swoje uprawnienia. Niepokój w Waszyngtonie budzi m.in. powrót do dekretu z pierwszej kadencji, ułatwiającego zwalnianie urzędników federalnych. A to może być furtką do obsadzenia wakatów lojalistami. Inny z kolei dokument, zatytułowany „Kończąc z instrumentalnym wykorzystywaniem rządu federalnego”, stawia – w dużym skrócie – tezę że administracja Bidena dopuściła się nadużyć, wszczynając śledztwa wobec swoich przeciwników politycznych. Agencje federalne, w tym Departament Sprawiedliwości, mają się teraz temu przyjrzeć i przysłać prezydentowi raport.

Wreszcie, świeżo zaprzysiężony prezydent ułaskawił ponad 1,5 tys. oskarżonych lub już skazanych za udział w ataku na Kapitol 6 stycznia 2021 r. Zrobił to, choć była to de facto próba puczu – uniemożliwienia parlamentowi federalnemu zatwierdzenia wyborczego zwycięstwa Bidena. Trump ułaskawił także tych, którzy owego dnia dopuścili się napaści na policjantów ochraniających gmach Kongresu. To wzbudziło podwójne oburzenie, bo jeszcze przed zmianą warty w Białym Domu wiceprezydent elekt JD Vance zapewniał publicznie, że do tego nie dojdzie.

Trump, podobnie jak podczas poprzedniej prezydentury, będzie sprawdzał, na co może sobie pozwolić. Po drodze nie raz rozbije się o amerykańskie sądy blokujące jego najbardziej kontrowersyjne dekrety. Hamulcowymi mogą być także Republikanie w Kongresie, którzy pokazywali już, że nie będą maszynką do zatwierdzania jego wszystkich pomysłów. 

Nowy prezydent zdążył jednak w pierwszych dniach pokazać siłę. A pomyśleć, że jeszcze dwa lata temu, gdy zaczynał kampanię prezydencką, postrzegany był już w szeregach partii jako polityczny balast. Trump – tym razem z wyrokiem skazującym na koncie – znów rozdaje karty.

Autorka jest dziennikarką „Press”.

Tekst ukończono 24 stycznia 2025 r.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 5/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Tydzień Trumpa