Podobno nie ma dwóch krajów tak podobnych jak Kanada i USA. Dlaczego idą na wojenną ścieżkę?

Odwołując się do historii, Justin Trudeau przypomina wojny, w których Kanadyjczycy oddawali życie, walcząc ramię w ramię z Amerykanami. Przekonuje, że jego kraj to „niezawodny partner w niepewnym świecie”. Jednak na Trumpie chyba nie robi to wrażenia. O co tu chodzi? I jaką nauczkę z tego konfliktu mogą wyciągnąć inni sojusznicy USA?
z Edmonton (Kanada)
Czyta się kilka minut
Nad rzeką graniczną St. Clair między Kanadą i Stanami Zjednoczonymi w Point Edward w prowincji Ontario. Kanada, 3 lutego 2025 r. // Fot. Geoff Robins / AFP / East News
Nad rzeką graniczną St. Clair między Kanadą i Stanami Zjednoczonymi w Point Edward w prowincji Ontario. Kanada, 3 lutego 2025 r. // Fot. Geoff Robins / AFP / East News

Niezależnie od tego, jak ta historia potoczy się dalej, sobota 1 lutego 2025 r. zostanie zapamiętana na długo – przynajmniej w Kanadzie. Tego dnia Donald Trump wypowiedział północnym sąsiadom konflikt handlowy: zapowiedział wprowadzenie od 4 lutego wysokich, 25-procentowych ceł na większość towarów importowanych do USA z Kanady; jedynie produkty naftowe miały zostać obłożone cłem niższym, 10-procentowym.

Cła miały obowiązywać, jak podał w komunikacie Biały Dom, do czasu rozwiązania problemu fentanylu – narkotyku, który jest jedną z przyczyn kryzysu opioidowego w Stanach, a jest tam przemycany zwłaszcza przez granicę z Meksykiem. W minimalnym zaś tylko stopniu z Kanady. Niemniej – takie było uzasadnienie administracji Trumpa.

Trump proponuje, by Kanada stała się 51. stanem USA

Premier Justin Trudeau nie pozostał dłużny i zapowiedział odwetowe cła w podobnej wysokości. Potem obaj panowie rozmawiali telefonicznie, dwukrotnie w ciągu jednego dnia. Trudeau obiecał uszczelnienie granicy. W ostatniej chwili Trump zdecydował, że zawiesza cła – na miesiąc.

Jeśli po tym czasie do wojny handlowej jednak dojdzie, będzie to druzgocąca wieść dla Kanady. Ekonomiści przewidują, że w takim przypadku jej PKB może spaść o 2,5 proc., nastąpi natychmiastowa recesja, zagrożonych będzie kilkaset tysięcy miejsc pracy, może zacząć się inflacja i spadek wartości dolara kanadyjskiego. Stracą zwykli obywatele.

 

Może pół żartem, a może pół serio Trump rzucił przy okazji zdanie, które teraz odbija się echem po kanadyjskich przestrzeniach: że najlepszym wyjściem z tej sytuacji byłoby, gdyby Kanada przyłączyła się do USA – jako kolejny, 51. stan. Wówczas nie byłoby żadnej głupiej granicy i wszyscy byliby szczęśliwi.

Kanadyjscy sympatycy Trumpa

Odkąd kilka lat temu Trump ogłosił, że będzie znów ubiegać się o urząd prezydenta USA, także w Kanadzie zaczęły pojawiać się tu i ówdzie oznaki sympatii dla niego. Zwłaszcza w prowincji Alberta, gdzie poparcie dla prawicy jest dziś największe i gdzie Partia Konserwatywna tworzyła lokalny rząd nieprzerwanie od roku 1971 do 2015.

Mieszkając w Albercie, obok tradycyjnych już banerów „Fuck Trudeau!” zaczęłam widywać więc także flagi amerykańskie i plakaty z podobizną Trumpa. A jadąc wówczas uberem, trafiłam na kierowcę pochodzącego z Pendżabu, który małymi flagami USA obwiesił swoje auto. Zapytałam, dlaczego imigrował do Kanady, skoro tak kocha Stany.

– Łatwiej dostać się do Kanady – odparł szczerze. – Przyjechałem tu jako student, trochę popracuję, niedługo będę miał obywatelstwo. A z obywatelstwem Kanady łatwo przenieść się do USA. Dla większości moich znajomych Kanada to tylko przystanek i sposób na dostanie się do Stanów.

Wielu moich znajomych, rodzimych Kanadyjczyków, wyrażało wtedy poparcie dla Trumpa i wartości, które w ich odczuciu reprezentuje. Dla nich symbolizował walkę o bezpieczeństwo kraju, patriotyzm, ograniczenie imigracji i liberalnych tendencji w kulturze. Dla wielu był też przeciwwagą dla liberała Trudeau, przez wielu tu wręcz znienawidzonego.

Ich sympatia nie została jednak odwzajemniona. Pomysł Trumpa, by Kanada stała się częścią USA jako ich 51. stan, jest dziś dla większości z nich oburzający. Pokazuje, że Trump nie traktuje swojego największego – nie tylko gdy idzie o obszar (Kanada ma prawie 10 mln km2) – sojusznika jako równoprawnego partnera.

Trump twierdzi, że USA dotują Kanadę

Trump zaczął drugą kadencję, podpisując dziesiątki dekretów – wszystko pod hasłem „America First”. Jego administracja przyjrzała się też umowie USMCA (United States-Mexico-Canada Agreement, dawniej NAFTA), która reguluje zasady wolnego handlu w Ameryce Północnej. Cła byłyby naruszeniem reguł USMCA i zerwaniem z ideą wolnego handlu.

Już w kampanii Trump zapowiadał nałożenie ceł na produkty z Kanady i Meksyku – dwa kraje, które należą (obok Chin) do ścisłej czołówki partnerów handlowych USA. Prawie trzy czwarte kanadyjskiego eksportu trafia do Stanów, a z USA pochodzi połowa importu Kanady. Statystycznie codziennie granicę przekraczają w obu kierunkach towary i usługi warte 2,5 mld dolarów amerykańskich.

Premier Justin Trudeau na szczycie kanadyjsko-amerykańskim w Toronto, 7 lutego 2025 r. // Fot. Frank Gunn / The Canadian Press / AP / East News

Kanada ma w tej wymianie dużą nadwyżkę eksportu nad importem: w 2022 r. wynosiła ona prawie 54 mld dolarów amerykańskich. Rok później spadła wprawdzie do 41 mld, ale według wstępnych szacunków w 2024 r. miała wzrosnąć aż do 64 mld. Łącznie amerykański deficyt w obrotach handlowych z Kanadą i Meksykiem przekroczył w 2024 r. sumę 200 mld.

Ekonomiści tłumaczą ten deficyt różnicą w liczbie ludności (Stany: 330 mln, Kanada: 40 mln, Meksyk: 139 mln) i związaną z tym większą chłonnością amerykańskiego rynku. Jednak Trump widzi w tym wielką niesprawiedliwość, a amerykański deficyt w relacji z północnym sąsiadem nazywa „dotacjami dla Kanady”.

Obopólne korzyści z wymiany handlowej 

Jaka jest prawda? Bogactwo Kanady oparte jest zwłaszcza na energetyce i ogromnych zasobach naturalnych – jest czwartym na świecie producentem ropy. Nawet do 60 proc. ropy importowanej do USA pochodzi z Kanady. To zaś 97-99 proc. całego kanadyjskiego eksportu tego surowca (ok. 3,5 mln baryłek dziennie).

Ale przecież także Stany na tym zarabiają. Z powodu ograniczonej liczby rafinerii i trudności w budowie ropociągów Kanada zmuszona jest skupować przetworzoną już ropę m.in. z USA. Jej zachodnie prowincje są tu niezależne, ale wschód kraju pokrywa rodzimą ropą najwyżej połowę swych potrzeb.

Rafinowanie kanadyjskiej ropy odbywa się w Stanach – Kanada sprzedaje zatem ropę do rafinerii w USA, aby potem kupować ją z powrotem. W ten sposób 20-30 proc. ropy sprzedawanej do Stanów trafia z powrotem do Kanady (to ponad 400 tys. baryłek dziennie).

Obok ropy Kanada eksportuje do USA auta i części do nich, maszyny przemysłowe, metale i minerały, drewno i żywność, chemię i papier, owoce morza i urządzenia elektryczne. Z ziemniaków rosnących na Wyspie Księcia Edwarda robi się frytki dla restauracji McDonalds – tak uwielbiane przez Trumpa.

Zależność działa w obie strony. Od handlu z Kanadą zależą co najmniej 2 mln miejsc pracy w USA. Wystarczyłby tydzień bez kanadyjskich dostaw, by branża motoryzacyjna w USA znalazła się w tarapatach. Zresztą wiele branż w Stanach zależy od dostaw z północy.

Czy fala imigrantów i narkotyków płynie do USA z Kanady?

Granica między USA i Kanadą to najdłuższa lądowa granica na świecie: ciągnie się przez 8891 km. Ponad sto przejść czyni z niej też jedną z najczęściej przekraczanych. Jak również jedną z najbardziej przyjaznych: Kanada i Stany nie postrzegały się wzajem jako zagrożenie od 1815 r. Wówczas to oba kraje zawarły pokój, który kończył kilkuletnią wojnę (jej przyczyną były spory handlowe i terytorialne – rzec można, wstrząsy młodych państw).

Dziś jednak Trump mówi o niej tak, jakby Kanada zagrażała Amerykanom. Nałożenie lub zawieszenie ceł uzależnia od uszczelnienia granicy i zatrzymania, jak to ujmuje, „fali kryminalistów i narkotyków” docierającej tędy do USA. Zarzuca rządowi Kanady, że przepuszcza zbyt wielu migrantów i nie radzi sobie ze zwalczaniem przepływu półproduktów (pochodzących zwykle z Chin), które służą do produkcji fentanylu. Wini Kanadę za śmierć 300 tys. Amerykanów, którzy co roku umierają z jego przedawkowania.

W istocie szacuje się, że w Kanadzie przebywają nielegalnie ponad 4 mln ludzi (ponad 10 proc. populacji). Jednak to przede wszystkim problem Kanady – bo ogromna większość z nich tu zostaje. Tylko niecały jeden procent nielegalnych imigrantów, którzy rok w rok dostają się do USA, przybywa z północy. Także tylko jeden procent całego fentanylu, który co roku przemycany jest do USA, pochodzi z Kanady.

Tymczasem Chiny, z których sprowadzane są półprodukty do produkcji tego opioidu, Trump ukarał zaledwie 10-procentowym cłem. Jaki tu sens, pytają w Kanadzie.

Kanadyjczycy i Amerykanie: podobieństwa i różnice

Mówi się, że nie ma dwóch narodów tak podobnych jak Amerykanie i Kanadyjczycy. Łączą ich język, historia pionierów i migrantów z Europy, kultura i popkultura, góry i wielkie jeziora, a nawet ulubione marki na sklepowych półkach.

Jakob, który pochodzi z Alberty, ale przez 10 lat mieszkał w Kalifornii, tak porównuje oba narody: – Największa różnica to rozumienie patriotyzmu. Amerykanie są bardzo dumni z bycia Amerykanami. Kanadyjczycy kochają swój multikulturalizm, Amerykanie są bardziej rasistowscy. Miałem w Kalifornii przyjaciół z Meksyku, mówili, że odczuwają rasizm na co dzień. Amerykanie są bardziej bogobojni. Są też dumni ze swojej armii i wpływu na świat. Mówią: jesteśmy najlepszym krajem na świecie i kropka.

– Ale przede wszystkim widzę podobieństwa – dodaje Jakob. – Łączy nas naprawdę wiele. Co nie zmienia faktu, że nasza tożsamość oparta jest mocno na opozycji do tożsamości amerykańskiej: nasi południowi sąsiedzi są głośni, my jesteśmy uprzejmi i politycznie poprawni. Amerykanie rwą się do wojny, my niesiemy światu pokój. Amerykanie to zbiór indywidualności, my jesteśmy społeczeństwem.

Andrew Cohen, autor książki o tożsamości Kanadyjczyków pt. „The Unfinished Canadian” („Niedokończony Kanadyjczyk”; uchodzi ona za klasykę tutejszej politologii), pisze, że porównując się z Amerykanami, Kanadyjczycy bardzo szukają różnic, mimo dowodów na podobieństwa. Cohen uważa, że Kanadyjczycy są niepewni siebie i muszą „niszczyć Amerykanów, by podbudować samych siebie. To coś, co robisz, gdy czujesz się gorszym. (...) Nie ma znaczenia, czy różnice są niewielkie, czy wyolbrzymione, czy nawet nie istnieją. Wymyślanie i pielęgnowanie tych różnic podtrzymuje niepohamowany i niezastąpiony kanadyjski nacjonalizm. To najczystsza forma narcyzmu”.

Broniąc się przed Trumpem, Trudeau sięga do historii

W poniedziałek 3 lutego, na dzień przed tym, jak cła Trumpa miały wejść w życie, Kanadyjczycy odżegnywali się gremialnie od kupowania amerykańskich produktów. W sklepach spożywczych rodzime produkty eksponowano jako „Made in Canada lub oznaczano liściem klonu (widnieje na fladze narodowej). Z półek sklepów monopolowych w Kolumbii Brytyjskiej, Ontario i Nowej Szkocji usunięto amerykański alkohol – uczyniono tak na mocy rozporządzenia premierów tych prowincji.

Dwa dni wcześniej w orędziu do narodu Justin Trudeau prezentował się jako polityk twardy. Zapowiedział cła odwetowe, także 25-procentowe: „Cło za cło, dolar za dolara”. Dowodził, że w ostatnich latach o 89 proc. spadła liczba osób przekraczających nielegalnie granicę. Oraz że w 2024 r. jego rząd przeznaczył dodatkowe 1,3 mld dolarów na jej ochronę.

Odwołując się do historii, Trudeau przypomniał wojny, w których Kanadyjczycy oddawali życie, walcząc ramię w ramię z Amerykanami, a także katastrofy naturalne, w których pomagali Amerykanom. Wspomniał też 11 września 2001 r., gdy Kanadyjczycy przygarnęli 7 tys. Amerykanów – pasażerów lotów, które przekierowano po zamachach na World Trade Center i Pentagon.

Już wcześniej, na konferencji zwołanej 20 stycznia, w dniu zaprzysiężenia Trumpa – jakby ubiegając to, co się stanie – Trudeau mówił, iż Kanada jest „pewnym i niezawodnym partnerem w niepewnym świecie”. Oraz że sojusz obu krajów jest z korzyścią dla obojga.

Kanadyjscy politycy w nastrojach odwetowych

Także inni kanadyjscy politycy nie przebierali w słowach, skupiając się „wokół flagi”. Doug Ford, premier prowincji Ontario i konserwatysta, groził, że Trump pożałuje swojej decyzji. Premier prowincji Kolumbia Brytyjska, centrolewicowy David Eby, nazwał cła „całkowitą zdradą” wobec zaufanego sojusznika i przyjaciela.

Z kolei Pierre Poilievre – lider Partii Konserwatywnej, który ma duże szanse, aby po zaplanowanych na ten rok wyborach objąć urząd premiera Kanady – wygłosił 2 lutego własne orędzie. Stwierdził w nim, że po odliczeniu ropy to jego kraj cierpi na deficyt w handlu z USA. Dodał, że Trump karze Kanadę 25-procentowym cłem, podczas gdy na Chiny nakłada 10-procentowe. „Fentanlyl pochodzi z Chin i zabija także naszych ludzi” – mówił.

Przy okazji Poilievre nie omieszkał skrytykować Trudeau, który na początku stycznia zapowiedział swą dymisję. Poilievre nazwał szaleństwem to, iż w takim momencie działania parlamentu są zawieszone decyzją premiera (parlament jest zawieszony do 24 marca, aż Partia Liberalna znajdzie nowego lidera na miejsce Trudeau; to taka kanadyjska specyfika).

Głos zabrał też Mark Carney, możliwy kandydat na lidera Partii Liberałów: powiedział, że Kanada nie da się zastraszyć „szkolnemu prześladowcy”, jakim są Stany, a Kanadyjczycy nie poddadzą się i wezmą odwet.

Jak premierka Alberty próbowała obłaskawić Trumpa

Z tego twardego frontu wyłamała się nieco Danielle Smith, prawicowa premierka wspominanej Alberty – prowincji, której gospodarka oparta jest na roponośnych piaskach bitumicznych i ma najwięcej do stracenia. Smith podjęła samodzielnie negocjacje z Trumpem i jeszcze przed zaprzysiężeniem poleciała do jego rezydencji na Florydzie. Negocjowała do końca.

Teraz, jako jedyna z grona szefów rządów prowincji, Danielle Smith nie podpisała się pod porozumieniem o cłach odwetowych. Zamiast tego próbowała ułagodzić Trumpa propozycją utworzenia stanowiska pełnomocnika do spraw granicy.

Smith uważa, że to dzięki jej staraniom Trump opuścił cła na ropę do 10 procent. Jednak w przypadku jej wydobycia z piasków bitumicznych, które już dziś jest na granicy opłacalności, nawet zwiększenie kosztów o jedną dziesiątą może być wielkim problemem.

Czy Kanada może wyciągnąć jakieś pożytki z kryzysu?

Jest w tym pewien paradoks: groźby Trumpa mogą stać się impulsem, który sprawi, że docelowo Kanada uzależni się od importu produktów ropopochodnych z USA. Podczas swoich rządów, trwających 10 lat, Trudeau stawiał na zieloną transformację i blokował rozwój branży paliw kopalnych. Teraz, bez współpracy z USA, Kanadyjczycy mogą być zmuszeni, by pociągnąć – oprotestowany przez ekoaktywistów – ropociąg z Monitoby do Quebeku.

Konserwatysta Poilievre, który należy do najostrzejszych krytyków idei realizowanych przez Justina Trudeau, widzi w obecnej sytuacji potwierdzenie dla swoich racji. Nazywa dotychczasową strategię rządu „ekonomicznym masochizmem”. Na konferencji prasowej dowodził: „Blokując budowę ropociągów i rafinerii, liberałowie zmusili Kanadyjczyków do sprzedaży prawie całej naszej energii USA, dając Trumpowi ogromną przewagę”.

Poilievre chce, aby Kanada stała się niezależną potęgą energetyczną, a także, by dzięki dostawom swojego gazu do Europy pomogła jej uniezależnić się od Rosji. Uważa też, że niezależność energetyczna, oparta na tradycyjnych surowcach, zjednoczy kraj.

Konflikt Trumpa z Kanadą lekcją poglądową dla UE

Na razie sytuacja jest więc w zawieszeniu: wszyscy czekają, co prezydent USA uczyni na początku marca, gdy minie okres, na jaki zawiesił wprowadzenie ceł. Oraz co się stanie w międzyczasie. W Kanadzie powszechny jest pogląd, że nawet jeśli nie dojdzie do konfliktu handlowego, trzeba będzie renegocjować reguły handlu z USA. A jeśli jednak do niego dojdzie, to że raczej nie będzie tu wygranych, lecz stracą obie strony.

Trump obiecywał w kampanii, że nałożenie ceł na import do USA doprowadzi do przenoszenia produkcji na teren Stanów. Jednak piasków roponośnych nie da się przenieść. Kanadyjskie koncerny naftowe nie zrezygnują z zysków, za to podniosą ceny. Media donoszą, że firmy z USA, słysząc zapowiedzi Trumpa, już od miesięcy gromadziły w magazynach kanadyjskie produkty, na zapas. Bo owszem, wyborcy Trumpa chcą silnej Ameryki, ale raczej nie za cenę jeszcze bardziej rosnących kosztów życia.

Inna sprawa, że przyglądanie się tej „wojnie północnoamerykańskiej pod flagą z liściem klonu” – i zarazem pierwszemu konfliktowi prezydenta Trumpa z, było nie było, państwem sojuszniczym – może być z pożytkiem dla innych krajów i organizacji, w tym dla Unii Europejskiej.

W końcu Trump obiecał już, że także Unię weźmie na celownik.

Tekst ukończono 5 lutego.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 7/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Między braćmi