W oku cyklonu. Polska i Europa szykują się na powrót Trumpa

Świat wyraźnie się rozchwiał, jednak w naszej części Europy istnieje kotwica stabilności, silny filar Unii i mocne oparcie dla NATO. To Polska. Jak możemy się przygotować na powrót Donalda Trumpa?
Czyta się kilka minut
Wizyta Donalda Trumpa w Warszawie. 6 lipca 2017 rok // Fot. Jacek Domiński / Reporter
Wizyta Donalda Trumpa w Warszawie. 6 lipca 2017 rok // Fot. Jacek Domiński / Reporter

Ameryka zagłosowała. Europa, w tym Polska, zadrżała. Niby wszyscy wiedzieliśmy, że w starciu między Kamalą Harris a Donaldem Trumpem nie ma faworytów. Jednak czym innym jest znać możliwe scenariusze, a czym innym patrzeć, jak one się na naszych oczach realizują.

Skala zwycięstwa Trumpa jest niesamowita. To nie tylko ogromna przewaga w głosach elektorskich (312 do 226), ale i wygrana w głosowaniu powszechnym (tj. więcej głosów oddanych w skali kraju na niego niż na Harris, co w systemie wyborczym w USA nie zawsze jest regułą), jak również triumf w Senacie (53 do 47 na rzecz Republikanów) i niewielka, ale jednak większość w Izbie Reprezentantów.

To daje ogromny mandat do realizacji obietnic wyborczych. Albo mówiąc inaczej: jeśli po takim zwycięstwie hasło „Make America Great Again” pozostałoby jedynie kampanijnym sloganem, to nic i nikt nie byłby w stanie wytłumaczyć porażki Trumpa.

Chyba że… I tu wchodzimy na śliski grunt praktyki politycznej. Nie ma bowiem planów i ambicji, które byłyby odporne na zderzenie z istniejącym porządkiem rzeczy.Jak więc teraz może się zmienić Ameryka? I co z tego może wyniknąć dla Polski?

System polityczny USA ogranicza pole manewru Trumpa

Najpierw o Ameryce. System polityczny Stanów Zjednoczonych jest jednym z najbardziej zawiłych i złożonych na świecie. Większość w Senacie pozwala Republikanom przegłosować podatki i budżet, ale do wszystkich innych ważnych decyzji potrzeba 60 głosów, czyli o osiem więcej niż oficjalnie zdobyli dotąd w wyborach (tj. w chwili, gdy kończono ten tekst, 15 listopada). W Izbie Reprezentantów ich większość opiera się na kilku głosach, wymaga zatem ogromnej dyscypliny.

Kongresmeni i senatorzy na Kapitolu reprezentują przede wszystkim swoje okręgi. Ich interesy nie układają się w prostą listę rzeczy do załatwienia, lecz przypominają raczej pozbawiony konturów wielowarstwowy patchwork. Gdy więc dla jednych podnoszenie ceł na wyroby z Europy czy Chin nie będzie problemem, dla innych może oznaczać kłopot dla lokalnej gospodarki w ich okręgu. Tymczasem za dwa lata są kolejne wybory, do których stanie jedna trzecia obecnych senatorów i wszyscy członkowie Izby Reprezentantów.

Stąd pierwsza teza: o tym, jak głęboka będzie realna zmiana w polityce USA – od gospodarki, przez kwestie społeczne, po politykę wewnętrzną i światową państwa – zadecyduje pierwszy rok rządów obecnego prezydenta elekta. Wcale nie ma pewności, że przyniesie on satysfakcję wyborcom Republikanów i przerażenie wyborcom Demokratów. Albo, dla odmiany, może okazać się, że ci drudzy odetchną z ulgą, a wśród pierwszych zapanuje rozczarowanie. Głębokie zmiany mają to do siebie, że potrzebują lat, aby przynieść efekty.

Na to wszystko nakładają się decyzje personalne, które (jeśli zyskają wsparcie Senatu) mogą okazać się strzałem w dziesiątkę, ale też strzałem w stopę. Wszystko przed nami.

W tym momencie trudno o racjonalne scenariusze

Teza druga dotyczy samego Donalda Trumpa. Jak pisał w ostatnim „Tygodniku” Andrzej Kohut, cytując anonimowego rozmówcę gazety „Wall Street Journal”: „Trump podejmuje własne decyzje w kwestiach bezpieczeństwa narodowego często pod wpływem chwili”. To jest cecha, która zapewne dotyczyć będzie większości kwestii, w jakich zdanie przyszłego prezydenta może zdecydować o tym, czy Ameryka skręci w lewo, w prawo, czy też odda się dryfowi w nieznane.

Budowanie scenariuszy i próba racjonalnego oszacowania ryzyka wydają się zatem nie mieć na razie większego sensu. Każdy lider ma swoją definicję racjonalności, która może, ale nie musi być postrzegana jako racjonalna przez tych, którzy próbują go zrozumieć. O wszystkim zdecydują nadchodzące wydarzenia i ich subiektywna ocena przez samego prezydenta, przyprawiona dużą dawką politycznego temperamentu.

Na tym polega właśnie owa nieprzewidywalność, o której wszyscy mówią, gdy akcentują nadzieje bądź obawy związane z wygraną Trumpa.

Mocne i słabe strony Europy

Dlatego trzecia teza odnosi się do metody, jaką możemy analizować potencjalny wpływ nowej amerykańskiej polityki na Europę. Otóż zamiast czekać na to, co przyniesie czas i co zrobi Trump, lepiej dobrze określić własne słabe i mocne strony. Oraz założyć, że słabości zostaną przez kogoś wykorzystane, a siły pozwolą na obronę własnych pozycji.

Wygrana Trumpa przypadła na czas, w którym polityka europejska przegrupowuje siły, obmyśla nowe strategie i sama nie za bardzo jeszcze wie, co wyniknie z tego przegrupowania i przyszłych strategii.

Zaczynając od poziomu Unii: przesłuchania kandydatów na komisarzy trwają, Parlament Europejski czeka na pierwsze propozycje z Komisji, a państwa członkowskie są coraz bardziej skupione na własnych kłopotach wewnętrznych. Niemcy – ostoja stabilności nawet w czasach, gdy bywa ona problemem, a nie zaletą – właśnie zaliczyły spektakularny rozpad koalicji rządowej. Wielka Brytania nadal szuka pomysłu na siebie na bycie poza Unią i próbuje zrównoważyć budżet po latach rządów konserwatystów. Francja ma mniejszościowy rząd. W Hiszpanii gwałtowne ulewy przyniosły równie gwałtowny kryzys polityczny.

Polska kotwicą stabilności w Europie Środkowej

Ze „starych” dużych państw Unii jedynie Włochy – co samo w sobie może wydać się historycznym paradoksem – okazują się stabilne pod rządami premier Giorgii Meloni i trzymają konsekwentny kurs w polityce europejskiej oraz atlantyckiej.

Natomiast w naszej części Europy kotwicą stabilności jest Polska, która – przy wszystkich naszych problemach – jest zarówno silnym filarem Unii, jak też mocnym oparciem dla NATO w regionie Europy Środkowej oraz wschodniego i północnego Bałtyku. Wojna w Ukrainie i ciągłe próby rosyjsko-białoruskiej dywersji są bez wątpienia czynnikami, które organizują politykę w regionie od Skandynawii, przez Finlandię, po Litwę, Łotwę i Estonię. Także te kraje pozostają stabilne.

Jednak idąc dalej na południe Europy Środkowej, sytuacja wygląda już inaczej. Po Węgrzech, Słowacji i Austrii, wkrótce także Czechy (jesienią 2025 r. są tam wybory, które wygra zapewne Andrej Babiš) mogą dołączyć do klubu krajów, które kontestują zachodnią politykę sankcji wobec Rosji i udzielania pomocy Ukrainie.

Polska w Europie doby Trumpa

Jak mają się do tego wybory w Stanach i co z tego wynika?

Dla tych komentatorów, którzy lubią klucz ideologiczny w analizie polityki, sytuacja wydaje się jasna. Wygranymi są wszyscy ci politycy i wszystkie te rządy, które są bliskie temu, jak Donald Trump myśli o świecie, zaś dla reszty nadchodzą trudne czasy. Jednak to nie jest dobry klucz. Nie uwzględnia on bowiem, jak złożona jest sytuacja zarówno w Europie, jak też w stosunkach między naszym kontynentem a Stanami.

Zacznijmy od kilku rzeczy, które łączą Polskę, Europę i Donalda Trumpa.

Podejście do masowego napływu imigrantów

To oczywiście, po pierwsze, podejście do nielegalnej imigracji, która jest wyzwaniem już nie tylko dla ochrony granic, ale przede wszystkim dla polityki wewnętrznej w państwach Unii Europejskiej. Stąd tak silne przekonanie po obu stronach Atlantyku, że niekontrolowany i masowy napływ kolejnych fal imigrantów może zagrozić zarówno spójności społecznej, jak też stabilności wewnętrznej.

Paradoks – albo, jak kto woli, ironia – polega dziś na tym, że wciąż silne liberalne centrum w Europie walczy dziś z tak pojmowaną imigracją, aby odciąć tlen politykom, dla których wzorem jest właśnie Donald Trump.

Rewizja „Zielonego Ładu” w USA i Europie

Drugim wspólnym tematem jest podejście do polityki klimatycznej, która miała być (i w wielu segmentach faktycznie jest) kołem zamachowym nowej gospodarki, ale której koszty i harmonogram stają się ciężarem nie do udźwignięcia przez europejski przemysł i europejskich wyborców.

Tu oczywiście Stany mają większe pole manewru niż w zasadzie pozbawiona własnych surowców energetycznych Europa. Przesunięcie priorytetu w stronę konkurencyjności kosztem „zieloności” jest jednak faktem i w USA, i w Europie. I wcale nie oznacza porzucenia idei „Zielonego Ładu”, ale jej dostosowanie do warunków oraz możliwości społecznych. Koncern Tesla Elona Muska może więc spać spokojnie, czego nie można wciąż powiedzieć o europejskich koncernach z branży samochodowej.

Amerykański i europejski protekcjonizm gospodarczy

Trzeci wspólny element to apetyt na protekcjonizm. I Trump, i rządy europejskie widzą w nim nie tylko szansę na ochronę własnych rynków, lecz także na odbudowę zaufania społecznego po latach globalizacji. Na niej bowiem wygrały Chiny, a nie – jak kiedyś z nadzieją zakładano – zachodnie gospodarki.

W Unii nie jest to jednak pogląd tak samo silny we wszystkich krajach. Węgry szukają chińskich inwestycji, a Niemcy dostępu do chińskiego rynku. Francja czy Polska nie mają podobnych dylematów i uzależnień. Może się więc okazać, że gdy amerykański i europejski protekcjonizm stanie naprzeciwko siebie, zwycięzcą znowu będą Chiny.

Stosunek do Chin, Izraela i Rosji dzieli Europę

I tutaj przechodzimy do ewidentnych słabości Europy, które każda administracja amerykańska próbowała mniej lub bardziej wygrywać. Ta, która zacznie urzędowanie 20 stycznia 2025 r., będzie to robić zapewne ze zdwojoną siłą.

Chodzi o Chiny, Izrael i Rosję. Każde z tych trzech państw jest jak klin, który można wbijać między poszczególne państwa Unii i patrzeć, jak mozolnie wypracowywana i krucha unijna jedność rozpada się na naszych oczach.

Chiny to nie tylko kwestia handlowa, ale i polityczna – nowi Republikanie Trumpa będą chcieli, aby Europa stanęła po ich stronie i potraktowała Pekin jak wroga. Z przyjęciem takiej optyki w Unii będzie problem. Ale samo takie żądanie zapewne otworzy pole do negocjacji np. w obszarze współpracy handlowej Unia–Chiny.

Drugi klin to Izrael i wojna na Bliskim Wschodzie, która stała się elementem polityki wewnętrznej wielu krajów Europy (przede wszystkim tych, w których żyją duże społeczności arabskie/islamskie). Dalsze bezwarunkowe wsparcie dla Izraela będzie tworzyć napięcia i dzielić politykę europejską, a także Europę i Stany. Zaostrzy też zapewne konflikt, który widać na ulicach zachodnioeuropejskich miast.

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski i Donald Trump. Nowy Jork, 27 września 2024 r. // Fot. Ukraine Presidency / Rex Features / East News

Co dalej z Ukrainą?

Jednak dla Polski najważniejsze jest pytanie o losy dalszego wsparcia dla Ukrainy.

Zapowiedzi z amerykańskiej kampanii (np. o 24 godzinach, które wystarczą na zaprowadzenie pokoju) są oczywiście niemożliwe do zrealizowania. Ważniejsze jest pytanie, czy administracja Trumpa podejdzie do problemu strategicznie, czyli mając świadomość, że przegrana Ukrainy i zwycięstwo Rosji będą interpretowane w Pekinie jako dowód słabości USA? Czy też górę weźmie potrzeba taktyczna: naklejenie jakiegoś polityczno-wojskowego plastra, by „zamrozić” wojnę, odtrąbić sukces i zająć się innymi kwestiami?

W praktyce będziemy się zapewne poruszać między tymi dwiema skrajnymi sytuacjami. Przy czym przekonanie, że wojna na wyniszczenie Ukrainy nie jest w niczyim interesie (poza oczywiście interesem Kremla), jest dziś powszechne i w Stanach, i w Europie. Przedmiotem ewentualnych rokowań nie będą kwestie wewnętrznego ustroju Ukrainy, bo Rosja nie osiągnęła i nie osiągnie swojego głównego celu, którym było zainstalowanie w Kijowie swojego marionetkowego rządu. W tym sensie pojawiające się czasem w debacie analogie do Jałty i Poczdamu są więc nietrafione.

Kwestią sporną w rozmowach – najpierw tych niejako wewnętrznych, pomiędzy krajami Zachodu, a potem tych z Rosją – będzie natomiast granica rosyjsko-ukraińska (dziś wyznacza ją linia frontu), a także swoboda wyboru sojuszy przez Kijów. To drugie przesądzi nie tylko o przyszłości Ukrainy, lecz również o kształcie bezpieczeństwa w Europie Wschodniej. No i jest jeszcze perspektywa dalszego wsparcia wojskowego oraz finansowego.

To będzie probierz prawdziwych intencji Waszyngtonu. I to przesądzi, czy Europa stanie w obliczu konieczności samodzielnego przejęcia odpowiedzialności za Ukrainę, czy też będzie to robić dalej we współpracy ze Stanami. Ta pierwsza możliwość oznaczałaby pogłębienie podziałów i nie pozostałaby bez konsekwencji dla relacji między Ameryką Trumpa a Europą Północno-Wschodnią (w tym Polską), czyli dziś głównym filarem NATO. Druga możliwość daje szansę na rozsądny podział pracy, w którym byłaby przestrzeń i dla całego NATO, i dla całej Unii.

Czy Ameryka Trumpa zechce uwolnić się od Europy?

Sprawne zarządzanie tymi trzema tematami – chińskim, bliskowschodnim i ukraińsko-rosyjskim – jest potencjalnie największym narzędziem siły i wpływu polityki amerykańskiej w Europie. Będzie rodzić podziały, a wraz z nimi pokusy wychodzenia poza format czy to Unii, czy NATO, aby zawierać jakieś własne dwustronne porozumienia z Waszyngtonem. Wprawdzie, patrząc historycznie, to nic nowego: w przeszłości dochodziło do sporów między Stanami a krajami Europy, sporów „w rodzinie”. Tym razem jednak nowa może być siła i determinacja Ameryki Trumpa, z którą przyjdzie się nam zmierzyć.

Jeśli damy się skusić na jakieś dwustronne „deale”, to krótkofalowe zyski nie wystarczą na pokrycie długofalowych strat. Jeśli prawdziwe jest założenie, że nowa Ameryka, którą ujrzeliśmy we wtorek 5 listopada, chce się od nas uwolnić, to powinniśmy szykować się na ten czas, a nie liczyć, że komukolwiek w Europie uda się w pojedynkę wygrać tę zmianę.

Ale czy rzeczywiście tak musi być? Mimo wszystkich problemów z Europą, które od dekad z różną siłą rezonują w amerykańskich kampaniach, Stany nie mają lepszych sojuszników niż tych, którzy są z nimi teraz.

Ameryka Trumpa (i jego następców, także z Partii Demokratycznej) może nie chcieć gwarantować bezpieczeństwa Europy, Japonii czy Korei Południowej na tych zasadach, co przez ostatnie dekady. Ale jeśli „amerykański żandarm” zechce przejść na pół etatu, a potem na emeryturę, to nie powinien wypowiadać szorstkiej przyjaźni tym, od których także zależy, czy swój uwolniony czas i zasoby USA przeznaczą na siebie, czy znów na ratowanie własnych interesów w różnych zakątkach świata.

W końcu NATO jest i pozostanie najlepszą rzeczą, która udała się Amerykanom, Kanadyjczykom i Europejczykom w XX wieku.

Europa równie nieprzewidywalna co Trump?

Jeśli czeka nas, Amerykę i Europę, stopniowe rozchodzenie się dróg i zmiana reguły gry – co jest przecież zawsze możliwe – to mamy jeszcze czas, aby się przygotować. Pod warunkiem jednak, że odrzucimy niemądrą tezę, iż Europa, w tym Polska, ma do wyboru tylko dwie drogi: albo zacząć mówić jednym głosem i stanąć w kontrze do administracji Trumpa, albo rozpaść się na kawałki, tj. na nowo na państwa narodowe. A także pod warunkiem, że nie zaczniemy teraz w UE dywagować o reformach unijnych traktatów i instytucji, lecz skupimy się na rozmowie o bliskiej współpracy strategicznej, opartej na silnym komponencie wojskowym.

Dróg adaptacji Europy i Polski do nowego kontekstu politycznego jest bowiem więcej, a nieprzewidywalność nie jest atutem tylko przyszłego lokatora Białego Domu.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 47/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Polska w oku cyklonu