Dlaczego Kamala Harris przegrała. Czy Demokraci odkleili się od zwykłych Amerykanów?

Kamala Harris od początku była na straconej pozycji. Jako wiceprezydentka u boku Bidena, który jest obwiniany za problemy ekonomiczne Amerykanów, nie miała szans zdobyć głosów większości – uważa Andrew Smith, dyrektor ośrodka sondażowego na Uniwersytecie New Hampshire.
Czyta się kilka minut
Kamala Harris na lotnisku w Madison w stanie Wisconsin. 1 listopada 2024 r. // Fot. Andrew Harnik / Getty Images
Kamala Harris na lotnisku w Madison w stanie Wisconsin. 1 listopada 2024 r. // Fot. Andrew Harnik / Getty Images

MARTA ZDZIEBORSKA: Na Trumpa zagłosowała rekordowa liczba Latynosów i czarnych, przez lata postrzeganych jako pewni wyborcy Partii Demokratycznej. Niektórzy twierdzą, że doszło właśnie do przetasowania i skrętu amerykańskiego elektoratu na prawo. Pan też tak uważa?

Andrew Smith: To przetasowanie nie dokonało się przy okazji obecnych wyborów. Takie procesy trwają znacznie dłużej. Cofnijmy się do 1994 r., gdy Republikanie zdobyli kontrolę nad Senatem i Izbą Reprezentantów po raz pierwszy od prawie czterech dekad. Czy to ich zwycięstwo spowodowane jakimiś konkretnymi wydarzeniami w roku wyborczym? Nie. Mieszkańcy Południa i Środkowego Zachodu dryfowali w stronę Partii Republikańskiej od dekad, a zdobycie większości w obu izbach było tylko zwieńczeniem tego procesu.

Żeby była jasność, nie sądzę, by amerykański elektorat różnił się dziś znacząco od tego w 2016 r., gdy Trump wygrał po raz pierwszy. Nadal jesteśmy mocno spolaryzowanym społeczeństwem i każda z obu partii ma szansę na zwycięstwo. Zmieniło się jednak to, że Demokraci wreszcie mówią otwarcie, iż mają problem z klasą pracującą i mniejszościami etnicznymi, które kiedyś stały za nimi murem.

Tu kłania się przykład młodych Latynosów, którzy zagłosowali na Trumpa, bo chcą silnej gospodarki i walki z nielegalną imigracją.

Demokraci od lat tkwili w błędzie, myśląc, że Latynosi, podobnie jak czarni, będą dalej postrzegać politykę przez pryzmat swojej przynależności etnicznej, i że to wystarczy, by mieć ich głos w kieszeni. Tymczasem obie te grupy są gotowe zagłosować na każdą partię, która poprawi ich sytuację ekonomiczną.

Kamali Harris trudno było przekonać Amerykanów, że to ona gwarantuje zmianę na lepsze, skoro spędziła ostatnie cztery lata w administracji Bidena. A to za jej rządów doszło do rekordowego wzrostu cen produktów w sklepach.

I na tym skorzystał Trump. Ludzi nie pociesza to, że inflacja wyhamowała. Nadal odczuwają wyższe ceny żywności: jeszcze trzy lata temu tuzin jajek kosztował około dolara, dziś to nawet 4-5 dolarów. Do tego Amerykanów coraz mniej stać na wzięcie kredytu na zakup domu czy samochodu. To właśnie m.in. ze względu na wysoką inflację prezydenci Gerald Ford, a potem Jimmy Carter przegrali walkę o reelekcję. Kamala Harris miała też utrudnione zadanie ze względu na rekordowy napływ imigrantów do USA za rządów Bidena. To zwiększyło konkurencję na rynku pracy, co rozwścieczyło klasę robotniczą.

Trump znów trafnie wyczuł nastroje społeczne, podobnie jak w 2016 r., gdy mieszkańcy Środkowego Zachodu odwrócili się od waszyngtońskich elit. Kiedy elektorat Partii Demokratycznej zaczął się sypać?

Niektórzy mówią nawet o końcówce lat 60. XX w. Moim zdaniem od lat 80. i prezydentury Ronalda Reagana, Republikanina. Pochodzę z Ohio, dużego stanu na Środkowym Zachodzie, gdzie wraz z zamykaniem się fabryk klasa pracująca stopniowo odwracała się od Partii Demokratycznej. Zmiany było widać także w innych stanach: Wisconsin, Pensylwanii i Michigan, gdzie na początku XXI w. wyścigi prezydenckie zaczęły być mocno wyrównane. A pamiętajmy, że kiedyś Demokraci wygrywali tu w cuglach. 

Jednak w niektórych z tych stanów w 2008 r. Barack Obama dosłownie zmiażdżył republikańskiego rywala w walce o prezydenturę.

Obama to osobna historia. On wygrał dzięki dużemu poparciu ze strony młodych ludzi, białych mężczyzn, Latynosów i oczywiście Afroamerykanów. Ci ostatni uwierzyli, że ktoś taki jak oni, też czarny, lepiej zrozumie ich problemy. Gdy osiem lat później Hillary Clinton walczyła o Biały Dom, Demokraci przyjęli, że ma pewne poparcie Afroamerykanów. Tyle że z nią trudniej było im się identyfikować, bo nie miała czarnego koloru skóry, a poza tym ludzie tkwili w tym samym finansowym dołku jak wówczas, gdy rządy zaczynał Obama.

Dlatego w 2016 r. szczególnie czarnym mężczyznom łatwiej było odwrócić się od Demokratów i głosować na Trumpa. Ten trend widać także w tegorocznych wyborach. Jednocześnie przez te lata zmienił się elektorat: pełnoletność osiągnęli młodzi czarni i Latynosi, którzy nie identyfikują się z Partią Demokratyczną tak jak ich rodzice, a nawet starsze rodzeństwo.

Dlatego dziś niektórzy wytykają Kamali Harris, że otoczyła się odklejonymi od rzeczywistości konsultantami politycznymi z czasów Obamy. Kiedy doświadczył Pan na własnej skórze, że Demokraci stali się partią elit?

Już w 1998 r., gdy przeprowadziłem się z Ohio do New Hampshire, jednego z najbogatszych stanów, gdzie mieszka duży odsetek ludzi z wyższym wykształceniem, do tego mało religijnych. Nasi Demokraci z Ohio byliby postrzegani w New Hampshire jako Republikanie.

Proszę wyjaśnić.

Demokraci w Ohio w dużej mierze należeli do klasy pracującej i byli bardziej konserwatywni, tak jak Republikanie z New Hampshire. Z kolei Demokraci w tym stanie byli bogatsi i lepiej wykształceni.

Wiem, o czym Pan mówi. Tego rozdźwięku doświadczyłam, mieszkając w Kalifornii. Podczas gdy ci majętni emocjonowali się ostrą polityką migracyjną Trumpa za jego pierwszej prezydentury, biedniejsi żyli tym, że nie starcza im do pierwszego. 

I ta przepaść między elitami a przeciętnym zjadaczem chleba się pogłębia. Myślę, że Demokraci w 2016 r. przejechali się na tym, że nie wystawili do walki ponownie kandydata z mniejszości etnicznych. Gdy z kolei zrobili to teraz, wystawiając Kamalę Harris, to nie zadziałało, bo miała ona zbyt mało czasu na kampanię i zdystansowanie się od administracji Bidena.

Trump w tych wyborach nie tylko świetnie poradził sobie na Środkowym Zachodzie i Południu, ale nawet w niektórych częściach stanów tradycyjnie liberalnych, jak Nowy Jork czy New Jersey. Czy można zaryzykować tezę, że skoro to Republikanie lepiej rozumieją biedną Amerykę, w tym szybko rosnącą liczebnie populację Latynosów, to właśnie oni staną się partią strukturalnie dominującą?

Za wcześnie na takie prognozy. Na początek zobaczmy, jak Trump spełni swoje obietnice gospodarcze. Pamiętajmy też, że te procesy podlegają zmianom. Partie korygują kurs, by dostosować się do potrzeb zmieniającego się elektoratu. I tak na przykład Partia Demokratyczna, która kiedyś broniła na Południu niewolnictwa, w latach 30. XX w. stała się partią mniejszości etnicznych. Dziś zboczyła z toru, ale niewykluczone, że po przegranej Harris dokona potrzebnej korekty.

Jakie były największe błędy kampanii Kamali Harris?

Zaskoczyło mnie, że budowała koalicje sympatyków i aktywistów według ich przynależności etnicznej, religijnej czy płci. Tak powstały na przykład grupy Latinas for Harris (Latynoski dla Harris) czy White Dudes for Harris (Biali Faceci dla Harris). Tymczasem powinna wyjść poza ten podział i zjednoczyć ludzi wokół obietnicy naprawy gospodarki.

Krytycy zarzucają jej, że bała się zdystansować od administracji Bidena, a na ostatniej prostej wręcz sięgnęła po jego kampanijną strategię z 2020 r.: straszyła, że Trump zagraża demokracji. Czy jest jeszcze coś, do czego można się przyczepić?

Błędem było jej założenie, że dla Amerykanek liczy się dziś przede wszystkim ochrona prawa do aborcji, a nie silna gospodarka.

Kamala Harris – kobieta – według sondaży exit poll zgarnęła mniej głosów Amerykanek niż Joe Biden cztery lata temu!

Moim zdaniem Harris od początku była na straconej pozycji. Jest wiceprezydentką u boku niepopularnego prezydenta, który jest obwiniany za problemy ekonomiczne Amerykanów. Jestem przekonany, że gdyby Biden nie wycofał się i poprowadził swoją kampanię prezydencką do końca, wówczas Demokraci dostaliby jeszcze większy łomot.

Na ostatniej prostej Harris oskarżała Trumpa o dryfowanie w kierunku autorytaryzmu. On sam wielokrotnie odgrażał się, że jeśli dojdzie do władzy, rozprawi się z przeciwnikami politycznymi. Podczas wywiadu dla Fox News w zeszłym roku wypalił, że będzie „dyktatorem”, choć co prawda tylko na jeden dzień. Boi się Pan?

Po pierwsze, wierzę w siłę amerykańskich instytucji i rozdział władzy, który do tego nie dopuści. Po drugie, media często cytują wypowiedzi Trumpa bez kontekstu. Akurat w tamtym przypadku prowadzący wywiad zapytał go, czy obiecuje, że jako prezydent nie będzie nadużywał władzy, aby mścić się na przeciwnikach. Trump odpowiedział wtedy żartem, że będzie dyktatorem tylko pierwszego dnia, żeby zamknąć granicę USA z Meksykiem i zwiększyć wydobycie ropy.

Rozmawiałem z dziennikarką „New York Timesa”, która powiedziała mi, że zwolennicy Trumpa nie biorą na poważnie jego kontrowersyjnych komentarzy. Z kolei jego oponenci wykorzystują je do ataków, co zresztą jest nieodłącznym elementem politycznej gry.

Trump groził na wiecach, że przywróci dekret z końcówki swojej pierwszej kadencji. Ułatwiał on zwalnianie urzędników federalnych i obsadzenie tych urzędów ludźmi wobec niego lojalnymi. To Pana nie martwi?

Nie wiemy jeszcze, czy Trump rzeczywiście przywróci ten dekret. Poza tym mamy tu głębszy problem. Samo przepychanie reform za pomocą prezydenckich dekretów jest niedemokratyczne.

Czego na pewno możemy spodziewać się po drugiej kadencji Trumpa?

Weźmie się za cięcie podatków i realizację innych obietnic gospodarczych. Na pewno powróci do polityki America First, stawiającej w centrum potrzeby Amerykanów, kosztem mniejszego zaangażowania USA na świecie.

I to jest coś, co Polakom i Europejczykom spędza dziś sen z powiek.

Proszę jednak zauważyć, że wieloletnie naciski Trumpa, by kraje NATO zwiększyły swoje wydatki na obronność, w dłuższej perspektywie przysłużą się Europie. Ameryka już od dawna sygnalizowała, że kraje europejskie muszą wziąć tę sprawę w swoje ręce.

Na kogo głosował Pan w wyścigu prezydenckim?

Powiem tylko tyle, że to był dla mnie bardzo trudny wybór.

Wybór mniejszego zła?

Można tak powiedzieć. Już nie narzekam, tak jak niektórzy młodzi, że nie ma na kogo głosować. Pogodziłem się z tym, że Ameryka ma z tym poważny problem. Przyglądam się temu od czasu, gdy przeprowadziłem pierwsze sondaże przed wyborami w 1984 r.

Jak zmienił się przez te dekady sposób prowadzenia kampanii wyborczych?

Przy narastającej od 30-40 lat polaryzacji zostało już niewielu wyborców w politycznym centrum. Dlatego partie mobilizują swój elektorat, uderzając po skrajach i skupiając go wokół najbardziej polaryzujących społecznie kwestii. Chodzi o to, by za wszelką cenę wzbudzić w ludziach gniew, co skłoni ich do pójścia do urn.

To jeden z najbardziej niebezpiecznych trendów w amerykańskiej polityce, co było widać w tegorocznej walce o Biały Dom.

MARTA ZDZIEBORSKA jest dziennikarką „Press”.

Prof. Andrew Smith, dyrektor ośrodka sondażowego na Uniwersytecie w New Hampshire // Materiały prasowe

DR ANDREW SMITH jest politologiem, dyrektorem ośrodka sondażowego na Uniwersytecie New Hampshire, który realizuje m.in. sondaże dotyczące wyścigów prezydenckich. Komentator amerykańskiej polityki. Pierwsze sondaże polityczne przeprowadził w latach 80. XX wieku.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 46/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Demokraci są odklejeni