Biden zrezygnował z kandydowania na urząd prezydenta. Co to znaczy dla Stanów, Europy i dla nas?

Główny problem USA i Europy to nie pytanie, czy prezydentem będzie Trump, czy też polityk Partii Demokratycznej, który zastąpi teraz Bidena. Problem główny to totalny polityczny klincz w Ameryce. Stany są skazane na dryf i nieprzewidywalność. Ale nasz europejski lęk, by stanąć oko w oko ze światem, nie mając już USA za plecami, odzwierciedla bardziej nasz stan umysłu niż diagnozę stanu rzeczy.
Czyta się kilka minut
Prezydent Joe Biden ogłasza wycofanie się z wyścigu prezydenckiego. Miami, 21 lipca 2024 r. / FOT. Backgrid/East News
Prezydent Joe Biden ogłasza wycofanie się z wyścigu prezydenckiego. Miami, 21 lipca 2024 r. / FOT. Backgrid/East News

I znów historia dzieje się na naszych oczach. Zapoczątkowana wyborami do Parlamentu Europejskiego seria politycznych rozstrzygnięć – we Francji i Wielkiej Brytanii już dokonanych, a spodziewanych w listopadzie w USA oraz jesienią 2025 r. w Niemczech – ma szansę przejść do annałów jako (kolejny) moment zwrotny w dziejach Zachodu.

W ciągu tych wszystkich zdarzeń – gdzie wspólnym mianownikiem jest wola zmęczonych wyborców – nieudany zamach na życie Donalda Trumpa urasta do rangi symbolu. Koszmarnego symbolu skrajnych emocji, które kształtują dziś i społeczeństwa, i politykę.

Drugi symbol naszych rozedrganych czasów – to rezygnacja urzędującego prezydenta USA z ubiegania się o reelekcję podczas wyborów prezydenckich, pod bezprecedensową presją własnej partii oraz sympatyzujących z tą partią mediów i opinii publicznej.

W uścisku emocji

Ciężko analizować wydarzenia, gdy ich głównym wyznacznikiem są emocje. Ale to właśnie ignorowanie emocji jest jednym z największych grzechów, który można dziś popełnić, gdy próbuje się opisać kierunek, w którym może zmierzać nasz świat, świat Zachodu.

Jeśli dodać do tego ogromną koncentrację na osobach i osobowościach głównych antagonistek i antagonistów wyborczych batalii – Ursuli von der Leyen i Giorgii Meloni, Emmanuela Macrona i Marine Le Pen, Joego Bidena i Donalda Trumpa oraz wielu innych – wówczas postronny obserwator może odnieść wrażenie, iż demokracja jest areną starcia nowych możnowładców, a nie liderów, którzy zabiegają o wsparcie wyborców.

Kwestia zaufania lub jego braku, przypisywane cechy osobowości i zdolność do mobilizacji są oczywiście kluczowe w wyścigu wyborczym. Nie powinny jednak przesłaniać rzeczy najważniejszej: rzeczywistość społeczna, gospodarcza czy polityczna demokracji nie jest zrobiona z plasteliny. Żaden demokratyczny polityk nie jest na tyle wszechmocny, aby próbować lepić sobie swój własny świat i występujące w nim figury, a następnie rozstawiać je na szachownicy i rozgrywać zupełnie nową partię, w oderwaniu od innych graczy i całych społeczeństw.

Kopnięcie w stolik

Taką właśnie próbą był brexit. Pokazał, że wprawdzie „kopnięcie stolika” – po to, aby uwolnić się od domniemanego dyktatu innych i móc, jak chcieli jego zwolennicy, w pełni oddychać wolnością – jest możliwe. Jednak konsekwencje takiego działania przynoszą najpierw kryzys, a potem obracają się przeciw „kopiącym”.

Skala zwycięstwa labourzystów w lipcowych brytyjskich wyborach i zarazem skala porażki konserwatystów mają wiele przyczyn. Ale jedną z głównych jest negatywna weryfikacja założenia, że wyjście z Unii Europejskiej będzie panaceum na upadające usługi publiczne, wzrost niekontrolowanej migracji czy spadek pozycji międzynarodowej.

Tymczasem brexit nie tylko obnażył, ale i wyostrzył wszystkie problemy Wielkiej Brytanii istniejące od czasów referendum z 2016 r., a następnie dorzucił wiele nowych.

Przy wszystkich oczywistych różnicach – dotyczących skali i złożoności problemów – podobna sytuacja ma dziś miejsce w USA. Streszczona w haśle „America first!” opowieść Trumpa o wyjściu Ameryki ze świata – o skupieniu się na odbudowie własnej potęgi, odzyskaniu suwerenności i bogactwa, a także o poukładaniu świata na swój nowy sposób – jest wtórna wobec realnych (czy też systemowych) problemów, które trapią Amerykanów.

Zwolennicy Donalda Trumpa dekorują ulice przed Narodową Konwencją Republikanów. Milwaukee w stanie Wisconsin, 17 lipca 2024 r. // Fot. Spencer Platt / Getty Images

Z kolei opowieść Partii Demokratycznej, choć bardziej spójna i szukająca zmian w ramach obowiązujących reguł gry w polityce wewnętrznej i zagranicznej – przynajmniej z perspektywy Europy – jest jednak mało przekonująca dla amerykańskich wyborców.

Jest zatem bardzo możliwe, że w listopadowych wyborach prezydenckich w USA – będących w gruncie rzeczy rodzajem referendum – zwolennicy pozostania Ameryki w świecie liberalnych instytucji Zachodu poniosą porażkę. Czy na zawsze, tego oczywiście nie wiemy.

Głód zmian

Przeglądając sondaż „Top Policy Priority for 2024” ze stycznia tego roku, wykonany przez Pew Research (jeden z największych ośrodków badania światowej opinii publicznej) i poświęcony poglądom oraz obawom Amerykanów, nasuwają się dwie refleksje.

Pierwsza: widać potrzebę głębokich reform systemu. Bez względu na różnice ideowe, wyborcy obu partii, Demokratów i Republikanów, podzielają kilka głównych postulatów – takich jak wzmocnienie gospodarki (73 proc.), zmniejszenie roli pieniędzy w polityce (62 proc.), poprawę edukacji czy wzmocnienie systemu zabezpieczeń społecznych (60 proc.).

Druga refleksja dotyczy głębokich podziałów w wielu innych obszarach polityki. Np. Demokraci są znacznie bardziej skłonni niż Republikanie do priorytetowego traktowania ochrony środowiska (63 do 23 proc.) i radzenia sobie ze zmianami klimatu (59 do 12 proc.). Z kolei kwestia imigracji jest absolutnym priorytetem dla Republikanów (76 do 39 proc.), podobnie jak wzmacnianie armii (56 do 23 proc.).

Gigantyczne różnice widać też w ocenie NATO. Większość Amerykanów (62 proc.) wprawdzie pozytywnie ocenia Sojusz, ale podział partyjny w tej kwestii jest znaczący: dobrą opinię o NATO ma 75 proc. Demokratów i tylko 43 proc. Republikanów.

Podział partyjny rozciąga się też na opinię, czy członkostwo w NATO przynosi korzyści Stanom: uważa tak 81 proc. Demokratów i tylko 51 proc. Republikanów (badanie Growing Partisan Divisions Over NATO and Ukraine, kwiecień 2024).

Trumpa sen o nowej Ameryce

Ten rozjazd opinii, na który nakładają się jeszcze różnice rasowe i  kulturowe, nie musiałby być jednym z głównych motorów podziałów politycznych, gdyby nie Trump. Ten z krwi i kości przedstawiciel elity biznesu prezentuje się jako ofiara liberalnego establishmentu i człowiek rozumiejący problemy zwykłych Amerykanów.

O Trumpie jako liderze powiedziano już chyba wszystko. Jego osobowość jest bodaj największym źródłem nieprzewidywalności i związanych z tym obaw. Dlatego warto przyjrzeć się jego poglądom, które najwyraźniej trafiają w swój czas.

Jest konserwatystą w myśleniu o społeczeństwie i świecie, a zarazem skrajnym liberałem w podejściu do gospodarki. Ta nowa „konserwatywna” rama społeczna wydaje się jednak bardziej zbiorem wyborczych haseł, zbudowanych na opozycji do rywali z Partii Demokratycznej – nie dla aborcji, nie dla ograniczeń wynikających ze zmian klimatu, nie dla rządu federalnego – niż spójnym światopoglądem, który pokazywałby nowy i całościowy pomysł na amerykańskie państwo i społeczeństwo w wieku XXI.

O wiele bardziej spójny i prosty zarazem jest jego program gospodarczy. Zasadza się na niskich podatkach, deregulacji i sprzeciwie wobec aktywnej roli państwa w dostarczaniu usług publicznych.

Czy jednak konserwatyzm idei w połączeniu ze skrajnym liberalizmem gospodarczym jest w stanie dać wszystkim szansę na poprawę życia?

Dawnej epoki (złudny) czar

Dla wielu sympatyków, także w Europie, Trump jest ideowym spadkobiercą Margaret Thatcher i Ronalda Reagana. Żyjemy jednak w świecie, który w niczym – może poza powrotem elementów popkultury i mody – nie przypomina epoki, gdy ci dwoje odciskali swoje piętno na życiu Wielkiej Brytanii i USA, a także ich sojuszników.

Lata 80. XX w. to było apogeum zimnej wojny i zachodniej dominacji w globalnej polityce, gospodarce i kulturze. Rywalizacja przemysłowa z Japonią nie miała charakteru geopolitycznego (jak dziś z Chinami), a przenoszenie inwestycji w różne miejsca globu było regulowane i ograniczane rozwojem technologicznym i kompetencyjnym tańszych rynków.

Era Thatcher i Reagana była odpowiedzią na recesję z początku lat 80., gdy wypalił się model rozwoju oparty na ochronie rynków, zbiorowych układach pracy i silnej interwencji rządów w gospodarkę. Zmiany, które oboje firmowali, były bez wątpienia potrzebne i dały gospodarce silny impuls wzrostu. To był czas szybkiego rozwoju korporacji i rynków finansowych, słabnięcia bazy przemysłowej i przesuwania obu gospodarek w stronę dostawców usług (ten model rozwojowy ostatecznie załamał się w 2008 r.). 

Ale ceną za tamten zastrzyk adrenaliny w wykonaniu Thatcher i Reagana był ogromny wzrost nierówności, zadłużenia i deficytów handlowych (w wyniku otwarcia rynków na tani import), cięcie programów rządowych i w efekcie wyostrzenie problemów społecznych. Bogaci i zdolni popłynęli na fali, reszta została na brzegu.

Co by było, gdyby…

Gdyby więc Trump chciał spełnić oczekiwania swoich wyborców dotyczące gruntownej przebudowy Ameryki – tak, by była bardziej sprawiedliwa i dawała równe szanse tym, którzy nie mają kapitału finansowego i społecznego – musiałby zacząć nie od deregulacji i obniżki podatków, lecz od inwestycji publicznych w infrastrukturę, szkolnictwo, przemysł. A także od sprowadzenia całych łańcuchów dostaw z powrotem do Ameryki. Nie ma jednak pewności, że wielu republikańskich wyborców byłoby gotowych płacić więcej za towary made in USA oraz wrócić do nowoczesnych, ale jednak fabryk – tak jak ich ojcowie i dziadkowie.

A to wszystko oznaczałoby przecież więcej, a nie mniej rządu federalnego. No i wymagałoby dostępu do innych rynków, które otwarte są zawsze na zasadzie wzajemności.

Tymczasem Trump i jego otoczenie widzą w NATO oraz w innych sojuszach, które wiążą Amerykę, jedynie koszty. Nie zaś długofalową inwestycję w stabilność najbogatszych rynków świata, które kupują amerykańskie usługi i towary. Zapominanie o wzajemności jest zawsze źródłem niemiłych niespodzianek.

Gdyby plan, który określa hasło „Uczyńmy Amerykę na powrót wielką” (Make America great again) miał być realizowany z całą konsekwencją, istnieje duże prawdopodobieństwo, że zakończyłby się jak brexit: spadkiem wpływów politycznych u sojuszników, dalszymi problemami dla amerykańskiej gospodarki i jeszcze większą frustracją społeczną.

Wiadomość najgorsza

Na tym tle Demokraci są bez wątpienia bardziej świadomi złożoności problemów Ameryki i braku magicznych rozwiązań. Od kwestii ubezpieczeń i programów społecznych, przez inwestycje publiczne i dofinansowanie szkół w biedniejszych dystryktach aż po przeciwdziałanie skutkom zmian klimatu – w tym wszystkim Demokraci wydają się być bliżsi wyborcom Trumpa.

Bo ci w swojej masie są przecież, patrząc na chłodno, najbardziej poszkodowani przez globalizację. Bardziej niż elektorat Demokratów, który lepiej ocenia sytuację gospodarczą. W maju tego roku 37 proc. wyborców Demokratów oceniało sytuację jako dobrą lub bardzo dobrą – podczas gdy wśród wyborców Republikanów deklarowało to jedynie 10 procent.

Jednak przeprowadzenie zmian idących w stronę „europeizacji” Ameryki – powstałej wszak w opozycji do Europy – byłoby trudne do wyobrażenia nawet we względnie spokojnych czasach, gdy istniało silne polityczne centrum. Dziś, w czasach nie tylko pozbawionych centrum, ale wręcz rewolucyjnych – a chyba w takim momencie są Stany – mówienie o stopniowych reformach nie jest w stanie porwać większości.

Wydaje się zatem, że największym problemem zarówno dla Amerykanów, jak i dla Europy jest nie tyle wygrana Trumpa i przegrana kandydata Demokratów, ktokolwiek by nim teraz został (lub na odwrót: przegrana Trumpa i wygrana Demokratów), lecz utrzymujący się klincz w amerykańskiej polityce. 

Nie daje on nadziei na powstanie nowego konsensu wobec głównych wyzwań społecznych, gospodarczych i politycznych. Ameryka wydaje się skazana na długi dryf i związaną z nim nieprzewidywalność. A to dla jej sojuszników jest najgorszą wiadomością.

Europejska panika

Uświadomienie sobie, że nie mamy wpływu na proces wyborczy za Atlantykiem i że Stany mogą stać się państwem jeszcze bardziej dysfunkcyjnym (lub/i obrać nowy kurs na przyszłość bez naszego udziału) – to budzi w Europie wielkie emocje.

Pierwszą ofiarą europejskiego lęku przed powrotem Trumpa stał się Biden. Jego fatalny występ w prezydenckiej debacie na początku lipca, w której gubił wątki i sprawiał wrażenie nieobecnego, wprawił europejskie media w stan paniki. Poważny i poważany brytyjski tygodnik „The Economist” skomentował stan Bidena i Ameryki toporną – jak na standardy tego pisma – okładką: widzimy na niej medyczny balkonik, na froncie którego widnieje Wielka Pieczęć Prezydenta USA.

Europejscy politycy zachowali (oficjalnie) większą wstrzemięźliwość. Ale szok wywołany perspektywą sukcesu Trumpa, wzmocnioną dodatkowo emocjami wywołanymi próbą jego zabójstwa, pogłębia minorowe nastroje na naszym kontynencie.

Perspektywa, w której europejskie ruchy pragnące cofnięcia integracji Europy (czyli de facto jej rozbicia) zyskują silnego sponsora politycznego w Stanach, jest istotnie niepokojąca. Tak samo, jak zapowiedzi Trumpa, że w dealu z Putinem zakończy wojnę w Ukrainie w ciągu 24 godzin (bez liczenia się z Ukraińcami) lub że będzie respektować gwarancje NATO tylko wobec tych państw, które wywiązują się z wydatków na obronę (w sytuacji, gdy nie ma obrony Polski bez gotowości do obrony Niemiec; to naczynia połączone).

Czas na samodzielność

Jednak problem jest o wiele poważniejszy. Reakcja Europy na sytuację w Stanach pokazuje dwie rzeczy.

Po pierwsze, że z naszego punktu widzenia wybór w USA sprowadza się albo do partnera z Partii Republikańskiej, który może efektownie „wywrócić stolik”, albo partnera z Partii Demokratycznej, który może być niezdolny do prowadzenia skutecznej polityki (bo mimo wierności idei współpracy atlantyckiej, będzie blokowany w Kongresie; przedsmakiem tego była już półroczna blokada pomocy dla Ukrainy). 

W obu przypadkach dodatkowym czynnikiem będzie wynik wyborów do Kongresu, który przyśpieszy lub utrudni zmianę względnie ochronę status quo (wybór jednej trzeciej senatorów odbywa się 5 listopada, równolegle z elekcją prezydencką; obecnie Demokraci mają w Senacie niewielką przewagę).

Po drugie, że mimo kilkudziesięciu lat debat o konieczności przygotowania się Europy na moment, w którym Stany zmienią swoje priorytety strategiczne – proces, który z różnymi przerwami ma miejsce od końca zimnej wojny – nadal nie umiemy wyobrazić sobie przyszłości bez „parasola ochronnego” USA.

Skutek jest taki, że dziś drżymy na myśl o tym, co się stanie, gdy Trump wróci do Białego Domu (mając u boku wiceprezydenta J.D. Vance’a, którego, jak otwarcie deklaruje, los Ukrainy – a więc pośrednio i nasz – nie obchodzi).

Tymczasem lepszym podejściem byłoby założenie, że zainteresowanie kolejnych prezydentów USA bezpieczeństwem Europy to swego rodzaju polityczny bonus: on może się pojawić, ale nie musi. Gdy jest, należy robić z niego użytek. Gdy go nie ma, trzeba po prostu być gotowym do samodzielnego działania.

W końcu NATO to chyba nie tylko najlepszy znany nam z historii sojusz polityczno-wojskowy, ale też instytucja, która jak żadna zna się na organizacji wsparcia wojskowego. Jego europeizacja – rozumiana jako polisa bezpieczeństwa na wypadek zmian strategii czy polityki Waszyngtonu – jest omawiana od końca lat 90. XX w.

Unia Europejska ma z kolei ogromne możliwości organizacji politycznej kontynentu – i nie musi się to koniecznie wiązać tylko z polityką jej rozszerzenia. Ułatwiłoby to współpracę z Wielką Brytanią i dało silne wsparcie dla Ukrainy, zanim i jeśli będzie ona gotowa do wejścia.

Nowa równowaga

Po wyborach w Polsce, wyborach do europarlamentu, po zwycięstwie Partii Pracy i pospolitym ruszeniu we Francji, które odebrało zwycięstwo Marine Le Pen, polityka europejska jest dziś w momencie szukania nowej równowagi.

Wielka Brytania nie wróci do Unii, ale – jeśli dostanie ofertę – może swoją polityką pozytywnie wpłynąć na współpracę polityczną i gospodarczą. A wzrost gospodarczy jest dziś warunkiem stabilizacji politycznej na Wyspach. Francja będzie zapewne ofiarą nierozstrzygniętych wyborów, z których nie wyłonił się żaden oczywisty układ rządzący. Ale może być to czas koncentracji polityki Paryża w Unii na tym, co realne (a nie na wielkich ideach zmiany traktatów).

Pozostaje nam jeszcze czekać na polityczny powrót do gry Hiszpanii i Włoch, bez których nie sposób myśleć o silnej Unii, no i wybory w Niemczech jesieni 2025 r. Ich wynik może być dla Europy ważniejszy niż listopadowy werdykt za Atlantykiem. Problemy Niemiec mają bowiem tę przykrą cechę, że stają się automatycznie problemem Europy – w stopniu większym niż problemy innych państw.

Mimo ogromnych wyzwań wewnętrznych (ale który kontynent i jakie państwa ich nie mają?), Europa wydaje się wciąż zaskakująco odporna i na skutki własnych błędów (jak zignorowanie kosztów Zielonego Ładu i otwarcia drzwi chińskim produktom), i na skutki tego, na co nie ma wpływu – jak agresja Rosji przeciw Ukrainie czy skok cen surowców.

Przewagi europejskiego modelu

Tak, model społeczno-gospodarczy w Europie także przeżywa kryzys (znów: gdzie na świecie nie przeżywa?). Ale jego słabości nie zagrażają wewnętrznej stabilności – tak jak ma to dziś miejsce w Stanach czy Chinach – lecz zmuszają rządy do zmiany priorytetów.

Kolejne wybory pokazują, że systemy polityczne państw europejskich są też bardziej elastyczne i pozwalają na szybsze – co nie znaczy oczywiście, że szybkie – reagowanie na zmiany oczekiwań społecznych, niż ma to miejsce w systemie amerykańskim.

Wybory do Parlamentu Europejskiego są barometrem nastrojów politycznych i wyznaczają trendy, ale nie są w stanie delegitymizować wyborów krajowych. Te zaś – jak pokazują Francja i Wielka Brytania, a wcześniej Włochy – niosą realną zmianę polityczną, nawet gdy jest ona niepełna lub w części blokowana.

W Europie tzw. mainstream nieustannie ewoluuje (choć spór polityczny fakt ten skutecznie maskuje), a polityczne centrum jest nie tylko większe niż gdziekolwiek na świecie, ale przede wszystkim – ono istnieje.

Na własnych nogach

Lęk Europy, aby stanąć oko w oko ze światem, nie mając już Ameryki za plecami, odzwierciedla zatem bardziej nasz stan umysłu niż diagnozę faktycznego stanu rzeczy.

Dlatego werdykt amerykańskich wyborców – czy opowiedzą się oni za Donaldem Trumpem, czy też za kandydatem bądź kandydatką Partii Demokratycznej, ktokolwiek by wszedł teraz w polityczne „buty” Joego Bidena – powinniśmy przyjąć nie tylko z pokorą, ale i spokojem. Z tych skrajnych emocji, które targają Stanami, ukształtuje się nowy – lub odnowiony – zestaw zasad i reguł.

I wiele wskazuje na to, że jeśli Ameryka pójdzie swoją drogą, to Europa będzie w końcu musiała po prostu stanąć na własnych nogach. A potem zrobić pierwszy krok do przodu.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Czas Trumpa, czas Europy