Era Trumpa. Scenariusze dla Ukrainy i świata

Nadchodząca prezydentura Donalda Trumpa to równanie z wieloma niewiadomymi. Czego świat – w tym zwłaszcza Ukraina – może się po nim spodziewać?
Czyta się kilka minut
Donald Trump, Waszyngton, 2020 r. // Fot. JIM WATSON / AFP / EAST NEWS
Donald Trump, Waszyngton, 2020 r. // Fot. JIM WATSON / AFP / EAST NEWS

Wołodymyr Zełenski nie szczędził superlatyw. „Gratulacje dla Donalda Trumpa za jego imponujące zwycięstwo w wyborach!” – napisał na platformie X ukraiński przywódca krótko po tym, jak stało się jasne, że były prezydent powróci do Białego Domu.

Zełenski ciepło wspominał również „wspaniałe” spotkanie z Trumpem we wrześniu, podczas swojej wizyty w Stanach. Chwilę później dodał kolejny post: „Dla nas w Ukrainie i w całej Europie zawsze było niezwykle ważne usłyszeć słowa ówczesnego, 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych o »pokoju poprzez siłę«”.

Ukraina w kampanijnej retoryce Trumpa

Zachowanie Zełenskiego było niezwykle symptomatyczne. Przyszłość jego kraju w konflikcie z Rosją zależy w znacznej mierze od decyzji podejmowanych w Waszyngtonie, a po 20 stycznia 2025 r. ostatnie słowo będzie należało tu właśnie do Donalda Trumpa. Do tego trzeba się jak najszybciej przystosować. Zełenski wybrał drogę pochlebstwa i podkreślania tych elementów retoryki starego-nowego prezydenta, które z perspektywy Kijowa mogą być korzystne.

Ponieważ wybór Republikanina musi budzić na Ukrainie obawy. Na kampanijnym szlaku Trump wielokrotnie podkreślał, że wojna rosyjsko-ukraińska musi się zakończyć jak najszybciej, a on sam jest w stanie doprowadzić do tego niemal błyskawicznie. Sugerował, że jest w stanie przymusić Zełenskiego i Putina, by usiedli do negocjacyjnego stołu. Twierdził nawet, że konflikt zakończy się jeszcze przed jego prezydencką inauguracją – zanim oficjalnie wróci na stanowisko.

Jednocześnie nigdy swoich planów nie sprecyzował, twierdząc, że wtedy nie mógłby już z nich skorzystać. Zełenskiego nazywał za to „najlepszym sprzedawcą w historii”, krytykując fakt, że kolejne wizyty ukraińskiego przywódcy przynoszą kolejne milionowe pakiety wsparcia dla Kijowa ze strony Waszyngtonu.

Czy zatem prezydent Ukrainy ma szanse powodzenia, gdy szuka dziś zbliżenia z człowiekiem, który wraca na Pennsylvania Avenue, gdzie pod numerem 1600 znajduje się Biały Dom?

Zapowiedzi Donalda Trumpa rzadko kiedy można traktować literalnie. Jego retoryka pełna jest przesady – wszystko jest najlepsze albo najgorsze na świecie. Proponowane zaś rozwiązania mają niezwykłe właściwości: daje się je wprowadzić szybko i od razu przynoszą wybawienie od problemów.

Niezależnie od tego, czy Trump mówi o cłach, zamknięciu granicy USA–Meksyk, zakończeniu wojen (na Ukrainie i Bliskim Wschodzie), czy wierceniach w poszukiwaniu ropy – za każdym razem przedstawiana przez niego wizja wydaje się niezwykle łatwa do wprowadzenia w życie.

Potem jednak rzeczywistość sprawowania rządów weryfikuje wiecowe krasomówstwo. W jego pierwszej kadencji obserwowaliśmy kolejne niepowodzenia przy budowie „wielkiego, grubego muru” na granicy albo osobiste spotkania Trumpa z Putinem oraz przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem – koniec końców, niezbyt owocne.

Kwestia administracji Trumpa

Teraz, w drugiej kadencji, ma być inaczej. Trump ma być otoczony bardziej lojalnymi ludźmi, bo rotacja na najwyższych stanowiskach i konflikty wewnątrz jego administracji były poprzednim razem prawdziwą plagą.

Nowy prezydent może również podjąć próbę wymiany urzędników średniego szczebla, by unieszkodliwić stające mu dotąd na drodze biurokratyczne deep state, tzw. głębokie państwo. Do tego konserwatywne think tanki od lat przygotowywały się na ponowny wybór Trumpa, kreśląc mu polityczne plany. Nowa administracja ma więc być bardziej sprawna, zdyscyplinowana i merytorycznie gotowa, by wypełnić wizję prezydenta.

Ale czy tak będzie na pewno? Trump nie jest najłatwiejszym człowiekiem we współpracy, więc konflikty personalne mogą pojawić się i tym razem. Głębsza wymiana urzędniczych kadr narazi zaś Trumpa na poważny spór prawny (urzędnicy średniego i niższego szczebla są w USA chronieni, zwolnić można ich ze względów merytorycznych, a nie politycznych). Rekrutacja dziesiątek tysięcy nowych, bo o takich liczbach była mowa, również może okazać się niezwykle trudnym wyzwaniem.

Ponadto, tak poważna wymiana kadr może generować chaos w najważniejszych instytucjach, kiedy tysiące ludzi bez doświadczenia będą uczyć się swoich nowych ról. Przynajmniej w początkowym okresie taka kadrowa rewolucja oznaczałaby więc raczej paraliż niż usprawnienie rządów.

Kwestia większości w Kongresie

Istotną rolę może również odegrać Kongres. W chwili powstawania tego tekstu nie był jeszcze znany ostateczny rezultat – wiadomo było tylko, że Republikanie odzyskali przewagę w Senacie i byli na dobrej drodze, aby odrobinę powiększyć swoją dominację w Izbie Reprezentantów.

Pozornie oznacza to znakomitą sytuację dla Partii Republikańskiej, która kontrolowałaby nie tylko Biały Dom, ale również obydwie izby Kongresu. W praktyce jednak wcale nie musi to oznaczać perspektywy łatwych rządów dla nowej administracji.

Amerykański Senat pozostaje w stanie systemowego paraliżu: do swobodnych rządów jedna z partii potrzebuje aż sześćdziesięciu głosów ze stu. Na to zaś Republikanie nie mają widoków (taka sytuacja nie miała zresztą miejsca od dekad). Wiele ustaw może więc ugrzęznąć w Senacie, jak to się dzieje od lat.

Z kolei przewaga Republikanów w Izbie Reprezentantów może urosnąć o trzy-cztery głosy, lecz nadal pozostanie skromna. To zaś spowoduje, że grupa radykalnych kongresmenów wciąż będzie miała zdolność blokowania działań swoich kolegów.

Np. czy gdyby republikańscy radykałowie zablokowali kolejny pakiet pomocy dla Ukrainy, to republikański przewodniczący (spiker) Izby mógłby sięgnąć po pomoc Demokratów, aby go uchwalić? Mike Johnson zrobił tak w kwietniu tego roku. Ale wówczas prezydentem był Joe Biden, a Demokraci kontrolowali Senat.

Czy Trump może zakończyć wojnę na Ukrainie?

Hipotetyczny przykład kolejnego pakietu pomocowego dla Ukrainy dobrze pokazuje, na jakie ograniczenia może natrafić nowa administracja.

Żeby to lepiej zrozumieć, warto przyjrzeć się także planom, jakie snuje nie tylko sam Trump, ale również jego zaplecze eksperckie oraz przyszły wiceprezydent J.D. Vance. Koncepcje te różnią się w wielu aspektach, ale ich elementem wspólnym pozostaje przekonanie o konieczności zaprowadzenia rozejmu na Ukrainie i rozpoczęcia rozmów pomiędzy Ukrainą a Rosją.

Trump przekonywał, że jest w stanie do tego doprowadzić. Czy na pewno? Strona ukraińska może się okazać łatwiejsza do przekonania – zwłaszcza jeśli Trump zagroziłby ograniczeniem pomocy militarnej. Nie wiadomo jednak, czy podobnie podatny na presję okaże się Władimir Putin, dla którego sprawy układają się dziś pomyślniej niż kilkanaście miesięcy temu: armia rosyjska powoli, ale idzie naprzód, a Ukrainę czeka kolejna trudna zima.

Wprawdzie rosyjski przywódca pogratulował w końcu Trumpowi zwycięstwa i wspomniał przy tej okazji, że jego zapowiedzi zakończenia wojny są „godne uwagi”. Jednak co się stanie, jeśli szczegóły propozycji Trumpa okażą się dla Moskwy nie do przyjęcia?

Koncepcja amerykańskiego pokoju poprzez siłę

Mike Pompeo – sekretarz stanu w pierwszej administracji Trumpa, obecnie przymierzany do stanowiska sekretarza obrony – już jakiś czas temu przedstawił swoją wizję tego, jak Trump mógłby doprowadzić do pokoju na Ukrainie.

To plan, w którym Ukraina i Zachód przystępują do negocjacji z Rosją z pozycji siły. Oznaczałoby to jednak konieczność odwrócenia obecnej trajektorii konfliktu. Pompeo proponuje surowsze sankcje nałożone na Rosję, większą pomoc dla Ukrainy (choć na zasadzie pożyczki) czy zniesienie ograniczeń na użycie amerykańskiego uzbrojenia do ataków w głębi terytorium Rosji. Zamiast ustępstw – mielibyśmy więc znaczące zwiększenie presji na Putina.

Takie właśnie podejście Robert O’Brien (doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego za poprzednich rządów Trumpa) nazwał „pokojem poprzez siłę”, odwołując się do koncepcji, którą lubił posługiwać się w latach 80. XX w. prezydent Ronald Reagan (było to jeszcze w czasach zimnej wojny i konfliktu Wschód-Zachód).

O’Brien przekonuje, że tylko okazując siłę w Europie czy na Bliskim Wschodzie, Ameryka będzie w stanie utrzymać kluczową rywalizację z Chinami na pokojowym gruncie. On sam, podobnie zresztą jak wielu innych konserwatywnych ekspertów, uważa, że wojna na Ukrainie wybuchła dlatego, że Putin był przekonany o słabości Waszyngtonu. Zwłaszcza po katastrofalnym odwrocie amerykańskich żołnierzy z Afganistanu latem 2021 r.

Koncepcja „uśpionego NATO”

Dziś nazwisko O’Briena pojawia się w medialnych spekulacjach dotyczących kształtu przyszłego gabinetu Trumpa. Ale w tych spekulacjach są również inni.

I tak, dla Elbridge’a Colby’ego czy dla ekspertów skupionych w think tanku Center for Renewing America (Centrum Odnowy Ameryki), którego wpływy w otoczeniu Trumpa mogą być znaczne, również Chiny są kluczowym wyzwaniem stojącym przed USA. Jednak widzą oni inną odpowiedź niż O’Brien: uważając, że Stany Zjednoczone powinny nie tyle udowadniać własną siłę na Ukrainie, w Strefie Gazy czy w Libanie, ile raczej doprowadzić do jak najszybszego zakończenia tych konfliktów, aby skupić swoje siły w regionie Indo-Pacyfiku.

Wspomniany think tank przedstawia nawet koncepcję „uśpionego NATO”: takiej transformacji Sojuszu, która ograniczyłaby zaangażowanie USA na Starym Kontynencie, przerzucając ciężar odstraszania Rosji na barki europejskich sojuszników. W tej wizji Amerykanie wciąż mieliby utrzymywać swój nuklearny parasol, a także „wybudzać się” do działań militarnych w Europie, ale dopiero, gdyby sytuacja stała się szczególnie dramatyczna.

Trzy stronnictwa i Kongres

Dwa lata temu eksperci European Council on Foreign Relations zdefiniowali podziały w obozie Partii Republikańskiej dotyczące spraw międzynarodowych, dzieląc polityków tej formacji na trzy kategorie.

Pierwsza to „stronnictwo prymatu”: ci, którzy chcieliby utrzymania zarówno dotychczasowej pozycji USA, jak też globalnego zaangażowania Amerykanów na dotychczasowym poziomie.

Dalej mielibyśmy „stronnictwo priorytetów”: to ci, którzy są przekonani, że USA powinny skupić swoje siły i zasoby na rywalizacji z Chinami, redukując swoją obecność militarną w innych częściach świata.

I wreszcie „stronnictwo ograniczenia”: ono opowiada się za bardziej izolacjonistyczną polityką zagraniczną oraz za skupieniem się przede wszystkim na problemach krajowych.

W tym momencie wygląda na to, że rola tej trzeciej grupy jest słabsza, i że to spór dwóch pierwszych frakcji może zdefiniować przyszłość amerykańskiej polityki zagranicznej. Która z nich znajdzie się bliżej ucha prezydenta i przedstawiciele której zajmą kluczowe stanowiska?

Jednak ten spór dotyczący wizji zderzy się w końcu z rzeczywistością – i tutaj wraca kwestia Kongresu. Bo nawet jeśli przeważać zacznie opcja „pokoju poprzez siłę”, która tak bardzo przypadła do gustu prezydentowi Zełenskiemu, to czy nowa administracja będzie w stanie ją zrealizować?

Wywarcie presji na Putina poprzez radykalne zwiększenie pomocy militarnej dla Ukrainy dobrze brzmi, lecz będzie wymagać wydania kolejnych miliardów z budżetu USA. A na to radykałowie w Partii Republikańskiej mogą nie wyrazić zgody.

Trump nieprzewidywalny dla wszystkich

Pozostaje jeszcze jedna zagadka: co zdecyduje Trump. Tuż po wyborach w polskich mediach pojawiło się sporo relacji (czy raczej: spekulacji) dotyczących potencjalnego planu Trumpa dla Ukrainy, o którym pisał „Wall Street Journal”. Szczególnie zwracano uwagę na sugestię jednego z doradców Trumpa, że po zawieszeniu broni to państwa europejskie, w tym Polska, powinny zabezpieczać Ukrainę przed kolejną rosyjską inwazją.

Tymczasem w tekście „Wall Street Journal” pojawia się anonimowa wypowiedź innej osoby z otoczenia przyszłego prezydenta, która zasługuje na większą uwagę: „Każdy – bez względu na to, jak blisko jest samego Trumpa – kto twierdzi, że ma inne zdanie lub bardziej szczegółowy wgląd w jego plany dotyczące Ukrainy, po prostu nie wie, o czym mówi, albo nie rozumie, że [Trump] podejmuje własne decyzje w kwestiach bezpieczeństwa narodowego często pod wpływem chwili, szczególnie w tak kluczowej kwestii jak ta”.

Rzeczywiście, Donald Trump powinien przyzwyczaić nas do tego, że jest politykiem nieprzewidywalnym. Również dla swojej administracji.

Co więcej, świadomie tą nieprzewidywalnością gra. Kiedy został niedawno zapytany przez dziennikarza, czy wysłałby amerykańskie wojska na Tajwan, gdyby Chiny dokonały tam inwazji, odpowiedział krótko: „Nie musiałbym”. Stwierdził, że przywódca Chin Xi Jinping go zna, i że nie tylko go szanuje, ale też ma świadomość, iż Trump jest „k... szalony”.

Szalona polityka Trumpa szansą dla Ukrainy

Nieprzewidywalność nie jest raczej cnotą polityka. W przypadku Trumpa ma jednak tę niewątpliwą zaletę, że komplikuje kalkulacje nie tylko jego sojusznikom, ale także przywódcom Rosji, Iranu czy Chin.

Jedno jest dziś pewne: kontynuacja dotychczasowej amerykańskiej polityki wobec Ukrainy, w tym kontynuacja dostaw uzbrojenia na podobnym co teraz poziomie – co jeden z europejskich ekspertów streścił zdaniem: „Za mało, by wygrać, ale za dużo, by przegrać” – nie przyniosłaby zwycięstwa Kijowa w dłuższej perspektywie, lecz ciąg dalszy prowadzonej dziś przez Rosję „wojny na wyniszczenie”.

Wejście na scenę Donalda Trumpa oznacza, że sprawy potoczą się inaczej niż dotąd. Być może rację ma prezydent Zełenski, że upatruje w tym nie tylko zagrożenie, ale również szansę?

ANDRZEJ KOHUT jest amerykanistą, autorem książek o USA. W tym roku wydał „Bitwę o Amerykę. Czy to koniec Stanów Zjednoczonych, jakie znamy?”. W przeszłości związany z Klubem Jagiellońskim, obecnie analityk Ośrodka Studiów Wschodnich (w Zespole Bezpieczeństwa i Obronności). Autor podkastu „Po amerykańsku”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 46/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Era Trumpa