6 października ubiegłego roku, w przeddzień ataku Hamasu, Izrael był bez wątpienia w stanie wewnętrznego kryzysu. Przy czym pięciokrotne wybory parlamentarne w ciągu trzech lat czy wielomiesięczne protesty antyrządowe były tylko tego symptomem. Przyczyną były zaś rozdzierające izraelskie społeczeństwo spory – w tym o rolę religii w życiu państwa, o katalog liberalnych wartości, a także o osobę wieloletniego premiera Benjamina Netanjahu. Tak naprawdę to te kwestie były wówczas dla Izraelczyków głównym źródłem niepokoju o przyszłość ich kraju.
Bo poza tym sprawy miały się dobrze: gospodarka się kręciła, rósł dobrobyt, a państwo – pomimo kontrowersyjnego przywódcy – osiągnęło najmocniejszą pozycję międzynarodową oraz najwyższy poziom bezpieczeństwa w swojej 75-letniej historii.
Przed 7 października temat Palestyńczyków prawie zniknął z debaty w Izraelu
Zanim nastał 7 października 2023 r., nawet kwestia palestyńska ciążyła Izraelowi coraz mniej – tak przynajmniej sądzono. I tak dalece zniknęła z izraelskiej debaty, że w kolejnych kampaniach wyborczych pojawiała się dopiero na dalszych stronach partyjnych programów.
W wymiarze faktów sytuacja – gdy idzie o konflikt izraelsko-palestyński – wyglądała następująco. Izrael odseparował się (jak sądzono, skutecznie) od Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu Jordanu. Kontynuował jednak przy tym okupację i kolonizację tego drugiego obszaru – zresztą zgodnie z własną wieloletnią polityką oraz z otwarcie formułowanymi postulatami części społeczeństwa, która domagała się – w skrócie – maksimum ziemi i minimum Arabów.
Krytyka na arenie międzynarodowej, która spadała na Izrael z tego powodu, nie przeszkadzała mu utrzymywać bardzo dobrych relacji z USA (naturalnie), z głównymi stolicami europejskimi (nawet jeśli sam Netanjahu budził w nich raczej absmak), czy z rosnącym gronem państw arabskich. W 2020 r. przy pomocy Donalda Trumpa państwo nawiązało stosunki dyplomatyczne ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Teraz miało zaś – z pomocą Joego Bidena – nadzieje na to samo z wiodącym państwem świata arabskiego, czyli monarchią Saudów.
Premier Netanjahu długo patrzył na Hamas jak na atut, a nie problem
A Palestyńczycy? Oni mogli obserwować, jak na Zachodnim Brzegu Izrael zagarnia – kawałek po kawałku – tyle ich ziemi, ile uzna za stosowne (uzasadniając to swoim bezpieczeństwem lub starożytnymi prawami narodu żydowskiego) i konsekwentnie sabotuje ich aspiracje państwowe. I jak pozostawia im tylko ciasne, przeludnione enklawy o statusie lokującym się gdzieś między sowiecką republiką autonomiczną, brytyjskim terytorium zależnym a indiańskim rezerwatem.
Z kolei Gazę – teren nieco większy od Krakowa, od 2007 r. rządzony przez Muzułmański Ruch Oporu (Hamas) – Izrael odizolował i w gruncie rzeczy wspierał tam status quo. W końcu – jak niepublicznie mówił Netanjahu (a jego ministrowie otwarcie) – na Hamas patrzono bardziej jak na atut niż problem. Palestyńska dwuwładza (rządy Hamasu w Gazie, rządy Fatahu w Autonomii Palestyńskiej na Zachodnim Brzegu) miała być rękojmią, że żadne państwo palestyńskie nigdy nie powstanie.
„Strzyżenie trawnika”: tak izraelscy politycy nazywali regularne naloty na Strefę Gazy
Na dodatek charakter Hamasu gwarantował, że protesty wspólnoty międzynarodowej co do odciętej od świata i co jakiś czas bombardowanej Gazy mogły dotyczyć najwyżej kwestii humanitarnych. W końcu nikt nie naraziłby się na zarzut, że wspiera, legitymizuje, normalizuje albo wyraża zrozumienie dla terrorystów, a nawet dla ułamka ich postulatów czy diagnoz.
Ewentualne zagrożenia ze strony Hamasu szczególnie Izraela nie bolały. Blokada Strefy, bariera na granicy, armia, wywiad, przeciwrakietowa Żelazna Kopuła i okresowe „strzyżenie trawnika” (jak politycy izraelscy nazywali bombardowania Gazy) sprawiały, że szkody, które organizacja ta mogła wyrządzić Izraelowi, wydawały się znikome. A korzyści ze status quo górowały nad stratami.
Poza tym – jak powiedziałoby wielu izraelskich strategów – permanentne rozwiązywanie problemów i trwałe zażegnywanie konfliktów to luksus możliwy tylko w Europie. Na Bliskim Wschodzie natomiast, gdzie Izrael jest – według słów Ehuda Baraka (lidera Partii Pracy i premiera z lat 1999-2001) – „willą pośrodku dżungli”, nie ma mowy o trwałym bezpieczeństwie. Tu można jedynie ciągle zarządzać zagrożeniami.

Atak Hamasu 7 października 2023 r. – szok w Izraelu
Tak wyglądała izraelska rzeczywistość do 6 października 2023 r. – i był to dla Izraelczyków model wygodny. Państwo było relatywnie bezpieczne, społeczeństwo mogło się bogacić i żyć tak, jakby sprawa palestyńska nie istniała. I wydawało się, że tak już zostanie.
Nazajutrz jednak Izrael znalazł się w sytuacji, w której nie był od powstania państwa, tj. walki z napastnikiem na własnym terytorium. I to walki, w której długo nie dawał sobie rady. Izraelskie siły zbrojne okazały się tu niezdolne do przewidzenia, powstrzymania i neutralizacji zagrożenia, a w konsekwencji – ocalenia własnych obywateli. Dotyczyło to przeciwnika, który w klasyfikacji wrogów lokował się w dolnej części tabeli – jako prymitywny.
7 października 2023 r. nad ranem kilka tysięcy bojowników Hamasu i Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu sforsowało izraelskie umocnienia i uderzyło na terenach granicznych z Gazą, zabijając żołnierzy, mordując cywili i uprowadzając 251 zakładników.
Dla Izraelczyków było to jak koszmarny sen, z którego nie można się obudzić. Skuteczność i okrucieństwo napastników, przypadkowość ofiar, liczba uprowadzonych, bezradność armii, przejściowa utrata kontroli nad własnym terytorium, wreszcie poczucie braku przywództwa – wszystko to wstrząsnęło ich poczuciem bezpieczeństwa i zaufaniem do państwa.
Pierwsza reakcja: zjednoczenie wokół skompromitowanego przywództwa
Potem doszły do tego wielomiesięczne ostrzały rakietowe z Gazy i także z północy (z terenu Libanu), strach o życie zakładników i ogólna niepewność co do rozwoju wydarzeń. Obok szoku i zwątpienia pojawiły się jednak szybko także: obywatelska mobilizacja, doraźne zjednoczenie wokół – politycznie skompromitowanego – przywództwa i potężny wyrzut nacjonalizmu (o czym więcej za chwilę).
Natomiast, w odpowiedzi na atak, jeszcze tego samego dnia lotnictwo izraelskie rozpoczęło bombardowania Strefy. 8 października do walki włączył się Hezbollah. 9 października minister obrony Jo’aw Galant ogłosił „totalną blokadę Gazy”, wypowiadając przy okazji słynne słowa o „walce z ludzkimi zwierzętami”. Choć odnosiły się do Hamasu, zabrzmiały tak, jakby dotyczyć miały wszystkich Palestyńczyków. I jako takie byłyby wiernym odzwierciedleniem nastrojów znaczącej części izraelskiego społeczeństwa (wówczas i obecnie). Wreszcie 27 października 2023 r. zaczęła się inwazja lądowa Gazy.
Rok później: izraelska ofensywa na wielu frontach
Minął rok, a wojna na Bliskim Wschodzie nie tylko nie słabnie, lecz osiąga coraz większą skalę, a jej poszczególne fronty są coraz mocniej splecione.
Izrael deklaruje, że nie zgodzi się na zawieszenie broni, dopóki nie zniszczy wojskowych i administracyjnych struktur Hamasu (co jest zadaniem na lata, o ile w ogóle wykonalnym). Hezbollah odpowiada, że przestanie strzelać, kiedy Izrael wycofa się z Gazy. Izrael zaś ripostuje, że nowym warunkiem zakończenia działań wojennych jest spokój na granicy z Libanem. Prawdziwe błędne koło.
Jednak obecnie to Izrael jest stroną ofensywną. Ewidentnie wychodzi z założenia, że kolejna wojna z Hezbollahem i tak musiała nadejść, więc dlaczego nie teraz.
Zwłaszcza, że moment okazuje się znakomity. Amerykanie zajęci są kampanią wyborczą (a licytowanie się na to, kto jest lepszym sojusznikiem Izraela jest – tradycyjnie – jednym z jej tematów). Natomiast teherańscy ajatollahowie wykazują się wobec izraelskiego „sprawdzam” uderzającą bezradnością, przedstawianą światu jako „strategiczna cierpliwość”. Oprócz spektakularnej, jednorazowej salwy posłanej w stronę Izraela w kwietniu (ponad 150 pocisków różnego typu, niemal 200 dronów) w odpowiedzi na zbombardowanie ich konsulatu w Damaszku (z wysoko postawionymi generałami w środku) Irańczycy powtarzają, że zareagują na izraelskie działania „w sposób, jaki uznają za stosowny, i w momencie, który sami wybiorą”. I widać, że gotowi są zapłacić bardzo wysoką cenę za to, żeby uniknąć bezpośredniego starcia z Izraelczykami, a przede wszystkim Amerykanami .
Izrael tymczasem najpierw zlikwidował w Teheranie Isma’ila Hanijję – politycznego lidera Hamasu (w lipcu), obecnie zaś – warstwa po warstwie – hebluje Hezbollah, najważniejszego sojusznika Teheranu w regionie. Najpierw wybuchające pagery, potem wybuchające walkie-talkie, ciężkie bombardowania, w których ginie dziennie, bywa, po 500 osób, następnie likwidacja przywódców organizacji, łącznie z jej liderem Hasanem Nasr Allahem. I wreszcie „ograniczona operacja lądowa”. Izrael podbija stawkę coraz wyżej i – jak dotąd – wygrywa. Nie ma więc powodu odchodzić od stołu.
Dlaczego Netanjahu nie jest zainteresowany rozejmem?
Kalkulacje po stronie izraelskiej wyglądają następująco: jak wynika z sondaży, dla społeczeństwa priorytetem jest odzyskanie zakładników (żyje ich prawdopodobnie kilkudziesięciu). Nawet za cenę natychmiastowego zawieszenia broni, które dawałoby Hamasowi szansę przetrwania. Jednak, równocześnie, los ludzi w Gazie niemal nikogo w Izraelu nie interesuje, a więcej na ten temat można dowiedzieć się z mediów irlandzkich niż izraelskich.
Wojna z Hezbollahem cieszy się natomiast mocnym społecznym poparciem. Tym bardziej, że zwycięstwa okazują się – przynajmniej na poziomie taktycznym – spektakularne, a cena za nie znacznie mniejsza niż się obawiano.
Inaczej wygląda to z perspektywy Netanjahu. Dla premiera zakładnicy są ważnym, ale jednym z kilku czynników, które bierze pod uwagę. Innymi są natomiast: odbudowa izraelskiego potencjału odstraszania, rysująca się szansa na korzystną zmianę sytuacji regionalnej (czyli znaczące osłabienie proirańskiej osi), a także – last but not least – sytuacja wewnątrzpolityczna.
W tym także jego własne sondażowe notowania, które – po początkowym załamaniu – w miarę trwania konfliktu konsekwentnie się poprawiają. I nawet jeśli nie dają mu większości, to nie dają jej także jego politycznym oponentom.
Co zatem zrozumiałe, dla Netanjahu sytuacja zdecydowanie nie dojrzała jeszcze do tego, by wstrzymać działania wojenne – co jest, przypomnijmy, warunkiem porozumienia w sprawie zakładników. Zapewne dlatego Netanjahu kilkakrotnie już torpedował rysujący się kompromis (o czym informowały izraelskie media).
Izrael po wstrząsie: wzrost polaryzacji, wzrost nacjonalizmu
A jak zmienił się Izrael przez ten rok? Atak z 7 października 2023 r. oraz następnie wielomiesięczny stan zagrożenia wywołały silne emocje społeczne. Te jednak zasadniczo przełożyły się na umocnienie trendów obserwowanych już wcześniej. Chodzi przede wszystkim o wzrost polaryzacji w kraju i dalszy wzrost nacjonalizmu.
Po 7 października nie było wątpliwości, że odpowiedzialność ponosi Netanjahu. Nie tylko dlatego, że akurat znajdował się u władzy, ale dlatego, że był architektem polityki względem Hamasu – włącznie z decyzjami, które pozwoliły tej organizacji wzrosnąć, kosztem Autonomii Palestyńskiej. Jednocześnie jednak panowało zrozumienie, że kryzys nie jest momentem na zmianę władzy, a rozliczenia będą musiały poczekać. Stąd też protesty uliczne ustały, a część opozycji przystąpiła do kryzysowego rządu jedności.
Wojna i zakładnicy: nowe pozycje w izraelsko-izraelskim rachunku krzywd
Warunkowy kredyt zaufania skończył się jednak, kiedy do opinii publicznej dotarło podejrzenie, że odzyskanie zakładników nie plasuje się najwyżej na liście priorytetów premiera. Manifestacje w sprawie zakładników i – oddzielnie – ustąpienia rządu zaczęły stopniowo gromadzić dziesiątki, a potem setki tysięcy osób.
Punkt zwrotny nastąpił na początku września, gdy armia odnalazła w Gazie ciała sześciorga zakładników zabitych przez Hamas z obawy, że Izraelczycy przygotowują się do ich siłowego odbicia. Śmierć ludzi, którzy spędzili w Gazie 11 miesięcy i mieli szansę wrócić do domu, gdyby udało się wynegocjować porozumienie, wstrząsnęła Izraelem, a polityczna odpowiedzialność za nią spadła na premiera.
Tym sposobem wojna i zakładnicy – zamiast jednoczyć – stali się kolejną pozycją w długim izraelsko-izraelskim rachunku krzywd. Przy czym opozycyjna część opinii publicznej żyje w przekonaniu, że na czele państwa stoi autorytarny i egotyczny szaleniec, którego nie interesuje nic poza własnym przetrwaniem, i który gotów jest pójść na każdą wojnę, o ile tylko będzie służyć jego interesom.
Izraelskie społeczeństwo przesuwa się na prawo
Zarazem jednak atak z 7 października 2023 r. wychylił wahadło nastrojów społecznych jeszcze bardziej na prawo (przynajmniej w zakresie stosunku do Palestyńczyków i Palestyny). Wieloletni arabski deputowany do Knesetu Ahmad ad-Tajjibi stwierdził: „Skutki traumy w izraelskim społeczeństwie przesunęły prawicę dalej na prawo, a lewicę i centrum na pozycje prawicowe. Ze strony niektórych lewicowców słyszałem słowa i idee, o których nie sądziłem, że kiedykolwiek je usłyszę”.
Mowa tu zaś o Izraelu – państwie, w którego parlamencie już wcześniej ok. 70 proc. miejsc zajmowali politycy z różnych odcieni prawicy.
Proces ten przejawia się na wielu poziomach. Widoczny jest w sondażach. Widoczny jest w dyskursie publicznym, w którym ktoś regularnie wzywa do zagłodzenia Gazy, zrównania jej z ziemią, wypalenia ogniem albo nonszalancko stwierdza, że wszyscy tam są winni i zasługują na śmierć.
Widoczny jest też w triumfalnej postawie najskrajniejszej prawicy, która na granicy z Gazą blokuje konwoje humanitarne (bez reakcji państwa), planuje już powrót tam osadników żydowskich, pod osłoną armii terroryzuje (a nieraz morduje) Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu, a nawet atakuje antyrządowych demonstrantów.
Bilans wojny w Gazie: Nawet 50 tysięcy bezpośrednich ofiar
Wreszcie, proces ten widoczny jest także w sposobie prowadzenia wojny.
W ataku z 7 października po stronie izraelskiej zabite zostały 1194 osoby. Lista Palestyńczyków natomiast – zabitych w izraelskiej odwetowej ofensywie, trwającej do dziś – liczy jak dotąd 649 stron. Po pięćdziesiąt kilka nazwisk na stronie. Razem 34 tys. – tych zidentyfikowanych. Do tego dochodzi 7 tys. niezidentyfikowanych. Oraz, być może, około 10 tys. – to już jednak szacunki – nieodnalezionych pod ruinami. Łącznie zatem nawet 50 tys. bezpośrednich ofiar śmiertelnych.
Nie jest to jednak pełna statystyka. Taki pełny bilans ofiar po stronie palestyńskiej, uwzgledniający również zgony następujące w wyniku nieleczonych chorób przewlekłych (z powodu zdewastowanej służby zdrowia w Gazie) i chorób zakaźnych, poronień czy niedożywienia, byłby – gdyby go sporządzić – bez wątpienia wielokrotnością tej liczby.
Strefa Gazy oczami lekarza-wolontariusza
O tym, jak sytuacja w Strefie wygląda spoza poziomu statystyk, dowiedzieć można się z wielu źródeł.
Przykładowo: doktor Mark Perlemutter, wiceprezes Międzynarodowego Kolegium Chirurgów i wolontariusz w Gazie, tak mówił o niej na antenie amerykańskiej CBS News: „Wszystkie katastrofy, jakie widziałem, razem wzięte – 40 misji przez 30 lat, w tym World Trade Center, trzęsienia ziemi – wszystko to razem ustępuje skali rzezi ludności cywilnej, jakiej byłem świadkiem, już przez pierwszy tydzień mojego pobytu w Gazie”.
Dalej Perlemutter: „Widziałem więcej spalonych dzieci, niż przez całe moje życie. Tylko przez pierwszy tydzień widziałem też więcej dzieci rozerwanych na kawałki (…). Większość zgnieciona pod budynkami albo – druga największa grupa – rozerwanych w wyniku eksplozji. Wyjmowałem odłamki wielkości kciuka z ośmiolatków. I do tego postrzały snajperskie. Były przypadki dzieci postrzelonych dwukrotnie (…). Mam fotografie dwojga, które były tak precyzyjnie postrzelone w pierś, że sam nie przyłożyłbym dokładniej stetoskopu, a jednocześnie – te same dzieci – w skroń. Małe dziecko nie może zostać postrzelone dwukrotnie przez pomyłkę przez »najlepszych snajperów na świecie«”.
***
Dokąd to Izrael doprowadzi? Co chce tym sposobem osiągnąć? I czy drogę do lepszej przyszłości i bezpieczeństwa można sobie po prostu wybombardować, aż nie zostanie kamień na kamieniu?
Trudno w to uwierzyć.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















