Rok 1976, Zair. Dyrektor jednej ze szkół w północnej części kraju po podróży samochodem zgłasza się do szpitala z powodu gorączki oraz dreszczy. Kilka dni później do objawów dołączają nudności, bóle mięśni oraz krwawienie do przewodu pokarmowego. Z powodu wstrząsu krwotocznego pacjent umiera po dwóch tygodniach choroby, którą początkowo rozpoznano jako klasyczną malarię. W tym samym roku na nieznaną dotychczas chorobę w Zairze, dziś Demokratycznej Republice Konga, zachorowało 318 osób, przy ogromnej, prawie dziewięćdziesięcioprocentowej śmiertelności.
Wysiłek kilku laboratoriów, w tym amerykańskich, francuskich i szwajcarskich, pozwolił na rozpoznanie przyczyny choroby. Był to wirus, który pod mikroskopem elektronowym do złudzenia przypomina inny znany wcześniej patogen, czyli wirus marburg. Jednak w badaniach serologicznych nowy wirus nie reagował z przeciwciałami ozdrowieńców po chorobie marburg. Pod koniec 1976 r. nazwano nowy patogen wirusem ebola – od nazwy pobliskiej rzeki, wokół której obserwowano pierwsze ognisko choroby.
Ebola: jak działa śmiercionośny wirus
Podobnie jak w przypadku wirusa marburg, głównym naturalnym rezerwuarem eboli są zwierzęta (np. nietoperze), ale najczęstsza przyczyna zarażenia to trwały kontakt z płynami ustrojowymi chorego, w tym krwią i śliną. Zarazić można się również przez kontakt ze zwłokami zmarłych na gorączkę ebola, co ze względu na złe warunki sanitarne i niską świadomość choroby w Afryce zdarza się często.
Ważną datą w historii wirusa jest rok 2013. Do tego czasu na gorączkę krwotoczną ebola, bo tak nazywana jest choroba wywoływana przez wirusa, zachorowało ok. 2,5 tys. osób, a 1600 zmarło. Epidemia w latach 2013-2016 przyniosła prawie 30 tysięcy kolejnych zachorowań. W tym czasie 11 tys. pacjentów zmarło. Tak duża i niespotykana wcześniej skala epidemii, poza globalną paniką, doprowadziła również do powstania dwóch szczepionek oraz leków celowanych na wirusa.
Od 2019 r. dostępne są dwa preparaty zawierające przeciwciała monoklonalne, czyli gotową broń dla układu immunologicznego hamującą wchodzenie wirusa do komórki. Daje to organizmowi czas na podjęcie własnej walki z chorobą.
Epidemia gorączki krwotocznej w Afryce Środkowej
Choć o okresie jesienno-zimowym dawno już zapomnieliśmy, to sezon na potencjalne globalne zagrożenia zdrowia publicznego trwa. Po ognisku hantawirusa na pokładzie holenderskiego wycieczkowca od połowy maja trwa kolejna epidemia wirusa ebola w Afryce Środkowej. Liczba podejrzanych przypadków zbliża się do 700, liczba zgonów zaś przekroczyła 150.
Niebezpieczeństw dla świata jest kilka. Wirus, który odpowiada za aktualną epidemię, to odmiana bundibugyo, na którą dostępne leki oraz szczepionki nie działają. Epidemia wybuchła w prowincji Ituri – na terytorium objętym wieloletnim konfliktem zbrojnym pomiędzy ludem Lendu, wspieranym przez Państwo Islamskie, a Hema, wspieranym przez Ugandę. Napędzana tym konfliktem migracja oraz pogorszenie warunków sanitarnych na pewno nie spowolni rozwoju epidemii. Kością niezgody pomiędzy rodzinami zmarłych a służbami sanitarnymi są też pochówki. W ubiegły czwartek w mieście Rwampara w trakcie protestu podpalono szpital, który odmówił rodzinie wydania zwłok osoby z podejrzeniem infekcji.
Jak dotąd WHO uznaje nowe ogniska eboli w Afryce Środkowej za zagrożenie międzynarodowe, a państwa wprowadzają wyjątkowe środki ostrożności – Stany Zjednoczone nie wpuszczają na swoje lotniska pasażerów, którzy mogli przebywać w Afryce, a reprezentacja Demokratycznej Republiki Konga odwołuje obóz treningowy przed tegorocznym mundialem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















