Rząd Scholza traci większość. Co to znaczy dla Niemiec i Europy?

Koalicja rządowa Olafa Scholza długo trzeszczała, aż w końcu się rozsypała. Decyzję o nowych wyborach kanclerz chce odsunąć o kilka miesięcy i obiecuje, że nie będzie próżni decyzyjnej. Jednak dla Niemiec i Europy byłoby lepiej, gdyby nowe przywództwo w Berlinie wyłoniono jak najszybciej.
z Berlina
Czyta się kilka minut
Kanclerz Niemiec Olaf Scholz (SPD). Berlin, 7 listopada 2024 r. // Fot. Kay Nietfeld / DPA / AFP / East News
Kanclerz Niemiec Olaf Scholz (SPD). Berlin, 7 listopada 2024 r. // Fot. Kay Nietfeld / DPA / AFP / East News

W środę 6 listopada wczesnym rankiem w politycznym Berlinie wielu, bardzo wielu przecierało oczy ze zdumienia. Chyba nikt nie sądził, że skala zwycięstwa Donalda Trumpa w wyborach w USA będzie tak duża. Na zewnątrz panował jeszcze poranny półmrok, a komentarze mediów mówiły już o historycznym dniu.

Jakby tego było mało, dzień ten okazał się pełen kolejnych wrażeń. Chwilę po godzinie 21 wieczorem kanclerz Olaf Scholz stanął przed kamerami i ogłosił, że poprosił prezydenta, aby ten zdymisjonował ministra finansów Christiana Lindnera z partii liberałów (FDP). W ten sposób po trzech latach istnienia koalicja rządowa w Berlinie ostatecznie się rozleciała.

Spór w niemieckim rządzie narastał od dawna

O perspektywie upadku tej dysfunkcyjnej koalicji mówiło się od dawna, w ostatnich miesiącach coraz częściej. Socjaldemokraci (SPD), liberałowie i Zieloni nie umieli porozumieć się w elementarnych sprawach: budżetu, polityki socjalnej, imigracji, obronności.

Najgłośniej swoje niezadowolenie okazywał Lindner, przewodniczący FDP – formacji gospodarczo-liberalnej. Jego partia w tym roku spadła w sondażach poniżej progu 5 procent. To dość logiczne, bo rząd, w którym więcej do powiedzenia mieli socjaldemokraci i Zieloni, promował wiele socjalnych rozwiązań sprzecznych z potrzebami elektoratu FDP, czyli przedsiębiorców.

Lindner stopniowo eskalował spór w koalicji. Ostatnio nie zgadzał się na propozycje budżetowe pozostałych partnerów, w tym na zawieszenie tzw. hamulca zadłużeniowego (konstytucja pozwala na to w nadzwyczajnych sytuacjach; Scholz uważał, że wojna w Ukrainie to uzasadnia). Napięcia i rozbieżności kumulowały się, aż doprowadziły do decyzji Scholza o wyrzuceniu Lindnera z rządu i rozpadu koalicji, bo FDP od razu wyszła z rządu.

Scholz chce odwlec nowe wybory, opozycja przeciwnie

Z Scholzem i SPD chcą nadal współpracować Zieloni, ale ten układ nie ma parlamentarnej większości. W ciągu kilku miesięcy w Niemczech odbędą się więc nowe wybory do Bundestagu. Jednak Scholz i jego zaplecze chcą cały ten proces możliwie przeciągnąć i przeprowadzić głosowanie nad wotum zaufania, które utoruje drogę do wyborów, dopiero w połowie stycznia. Zakładając, że Scholz nie uzyska wotum zaufania, w tym scenariuszu mogłyby one odbyć się w marcu.

To oznaczałoby, że Niemcy będą mieć mniejszościowy rząd przez najbliższe pięć miesięcy, a może trochę dłużej – i to w czasie, gdy tak wiele dzieje się w polityce krajowej (tu zwłaszcza w sferze gospodarki, która kuleje) i światowej (powrót Trumpa). 

Opozycja, zwłaszcza chadecy (CDU/CSU), domaga się, aby do głosowania nad wotum zaufania doszło jak najszybciej, tak żeby nowe wybory odbyły się już w styczniu. Kalkulacje chadeków są jasne: w sondażach utrzymują oni od dłuższego czasu znaczącą przewagę nad pozostałymi partiami. Mogą liczyć na maksymalnie 34 proc. głosów – to więcej niż łączne poparcie dla trzech partii, które do niedawna tworzyły rząd.

Jest więc pewne, że to przewodniczący CDU Friedrich Merz zastąpiłby Scholza na stanowisku kanclerza. Władza wróciłaby w ręce CDU, która w czasach Angeli Merkel rządziła krajem nieustannie przez 16 lat.

Jak wygląda bilans trzech lat rządów Scholza?

Rozpad koalicji w Berlinie to trochę szok, ale także ulga dla wielu Niemców. Skłócony i dysfunkcyjny rząd już dawno utracił społeczne poparcie; ostatnio zadowolenie z jego pracy deklarowało zaledwie 14 proc. ankietowanych.

Zamiast rozwiązywać problemy kraju, liderzy partii koalicyjnych tracili czas na wewnętrzne intrygi i przerzucanie odpowiedzialności. W tym samym czasie szybko rosła skala realnych problemów. Niekontrolowana imigracja prowadzi do erozji społecznego zaufania. Zacierają się „silniki” wielkich koncernów przemysłowych, przede wszystkim motoryzacyjnych, które są fundamentem niemieckiej potęgi eksportowej.

Zwiększa się poparcie dla partii populistycznych i nacjonalistycznych: Alternatywy dla Niemiec i Sojuszu Sahry Wagenknecht. Na wschodzie kraju te dwie partie uzyskały w wyborach landowych tak duże poparcie, że nie jest możliwe utworzenie rządu bez ich udziału. Landy Saksonia i Turyngia, gdzie rozmowy nad utworzeniem koalicji rządowych na szczeblu landowym kolejny miesiąc są w impasie, mogą spodziewać się przyspieszonych wyborów.

Dodatkowo Scholz nie zdobył nawet ułamka szacunku, którym wśród europejskich partnerów cieszyła się Merkel. Obecny kanclerz zawalił stosunki zarówno z Francją, jak i Polską. W wyborach za oceanem trzymał kciuki za Kamalę Harris, podobnie zresztą jak niemal cały niemiecki establishment. Wybór Trumpa jest więc kolejnym wielkim wyzwaniem, na które upadły już rząd w Berlinie nie miałby dobrej odpowiedzi.

Długi okres przejściowy w Berlinie jest groźny nie tylko dla Niemiec

Niemieckie społeczeństwo, żeby dobrze funkcjonować, potrzebuje stabilności i możliwości solidnego planowania. Źle czuje się w sytuacji, która zmusza do improwizacji i podejmowania szybkich intuicyjnych decyzji. Tak jednak wygląda dziś rzeczywistość: naznaczona cieniem pandemii, wojnami, katastrofami klimatycznymi, niestabilnością polityczną, rozchwianiem porządku międzynarodowego.

W liście uzasadniającym odejście z rządu Scholza były już minister sprawiedliwości z FDP Marco Buschmann napisał, że grozi nam „czas wilków”. W nim ludzkość coraz chętniej będzie sięgać po najbardziej egoistyczne instynkty tkwiące w naszej naturze. Tymczasem po 6 listopada dwa kluczowe kraje, gdy idzie np. o kwestię wsparcia Ukrainy – USA i Niemcy – są w okresie przejściowym. Oznaczać może to prymat spraw wewnętrznych nad strategicznymi decyzjami, w tym o pomocy dla Kijowa. Dzieje się to u progu zimy, przy zniszczonym systemie energetycznym Ukrainy i postępach Rosji na froncie. Jeden z wilków tego świata, Putin, nie zawaha się wykorzystać tej szansy.

Zaraz po ogłoszeniu wyniku wyborów w USA rozległy się w Niemczech głosy ekspertów: weźmy sprawy w swoje ręce, niech Scholz dzwoni do Macrona i Tuska, przygotujmy własny europejski pakiet pomocowy dla Ukrainy i plany obronne. Tyle że aparat decyzyjny siłą rzeczy działa inaczej, gdy rząd nie ma za sobą większości.

Obecność Niemiec, najludniejszego i gospodarczo najsilniejszego kraju Unii, jest niezbędna, jeśli mają toczyć się jakieś rozmowy na temat strategicznej przyszłości Europy. Oby więc do zmiany politycznej i wyłonienia nowego przywództwa w Berlinie doszło jak najszybciej.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 46/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Czas wilków