Monika Ochędowska: Wedle danych WHO ponad 870 tys. osób umiera każdego roku z powodu samotności. To jakby cały Kraków zniknął nagle z mapy. Dlaczego tak się dzieje?
Agata Sikora: Bo rozluźniają się więzi społeczne, żyjemy w coraz większej izolacji. A dlaczego? W dużej mierze wynika to z faktu, że bardzo głęboko przyswoiliśmy sobie neoliberalną ideologię. Traktujemy siebie jako przedsiębiorców albo dokonujących wolnych wyborów konsumentów, a nie obywateli czy członków wspólnoty.
Każdy z nas ma być odpowiedzialny wyłącznie za siebie. Jeśli nie odniesie sukcesu – na przykład zostanie zwolniony z pracy albo zachoruje – sam jest sobie winny, bo przecież mógł więcej pracować, zmienić branżę, zdrowiej się odżywiać.
Zwykle mamy w takiej sytuacji wokół siebie rodzinę, która daje wsparcie.
Tyle że to właśnie w jej ramach dokonuje się akumulacja i międzypokoleniowe przekazanie kapitału. Rodzina nie jest żadną alternatywą dla logiki rynkowej: przeciwnie, stanowi dla niej wspaniałe alibi. Można przecież robić dużo rzeczy „aspołecznych”, tłumacząc to najwyższym dobrem – własnych dzieci.
I teraz spójrz na wrażliwość naszego pokolenia, osób wchodzących w dorosłość na początku XXI w., czyli milenialsów. Udział w czymkolwiek poza pracą zarobkową, życiem rodzinnym albo swoiście pojętą „troską o siebie” wymaga ciągłego usprawiedliwiania.
W takiej sytuacji każdy aktywizm, działanie polityczne, a nawet pomaganie sąsiadce czy wzięcie wolnego, by pojechać wspierać koleżankę w kryzysie – jawią się jako fundamentalnie podejrzane. Bo czy w ten sposób nie „okradam” swojej rodziny, a szczególnie dzieci, z czasu, emocji, zaangażowania?
Czy nie jestem frajerką, jeśli wykonuję jakieś działanie na rzecz kogoś, skoro mogłabym spędzić ten czas na jodze albo „fakturowalnej” pracy? A przecież właśnie takie działania budują społeczne połączenia. One mają ogromne znaczenie dla poczucia satysfakcji i sensu życia…
…no i to życie wydłużają. W niedawnym raporcie WHO na temat istoty społecznych więzi czytam, że nawet małe akty życzliwości, takie jak zagadnięcie sąsiada o jego samopoczucie, są skutecznym sposobem na zmniejszenie ryzyka samotności. Program zachęty do bycia sympatycznym nazwano „KIND challenge”. Czy naprawdę potrzebujemy, by ktoś nam przypominał, że ważne jest bycie miłym i pomocnym dla innych?
Potrzebujemy takich programów nie dlatego, że jesteśmy tak bardzo „z natury” egoistyczni, ale ponieważ tę egoistyczną, sprywatyzowaną wizję świata przedstawiono nam jako racjonalną i bezalternatywną.
Jeśli nie wierzymy, że ktokolwiek nam pomoże w razie kłopotów albo po prostu wyciągnie pomocną dłoń, kiedy mamy gorszy nastrój, pozostaje nam poleganie na sobie i kupowanie odpowiednich usług. Powstał wokół tego cały rynek, który ma nam służyć w radzeniu sobie ze stresem, zapewnić zdrowie, dłuższe życie, sprawność.
Ten rynek wart jest dziś 6 bilionów dolarów. Trzy razy tyle, ile na wydatki publiczne przeznacza Francja.
Wellness jest ofertą premium: kupujemy kolejne suplementy, wizyty u kosmetyczki albo karnety na siłownię, by poprawić swoją kondycję psychiczną i fizyczną. Zbyt często rządzi się to logiką dyscypliny, optymalizacji – jesteśmy zasobem, o który musimy dbać, by mógł nam dłużej służyć. Musimy być przecież stale produktywni, nie wolno nam wziąć chorobowego, a poza tym – nikt inny o nas nie zadba.
To teraz podam przykład z Kapsztadu: poproszono tam emerytów, by odwiedzili swoich rówieśników w domach. Szybko przełożyło się to na spadek zachorowań na depresję w tej grupie, więcej osób zaczęło też prosić o pomoc. Wystarczyło wpaść na herbatę.
Człowiek jest istotą społeczną. Wedle aktualnej wiedzy naukowej więzi społeczne są najważniejsze dla naszego zdrowia psychicznego. Co znaczy, że kontakty z innymi nie są jakimś tam „marnowaniem czasu”, kaprysem czy luksusem, ale podstawową potrzebą.
W książce „Jak wyjść z siebie” pokazuję, że relacje stanowią coś w rodzaju siatki asekuracyjnej: jak przechodzisz trudny moment, to nie jesteś z tym sama, bo wokół są ludzie, którzy jakoś na to reagują. Jak masz doła, pójdziesz na spacer z koleżanką; a jak zachorujesz, kolega podrzuci gorący rosół. Innym razem ty pomożesz naprawić rower sąsiadowi albo pojedziesz wesprzeć ciocię w szpitalu.
Natomiast jeżeli masz poczucie, że pod liną, po której idziesz, nie ma żadnej siatki bezpieczeństwa, jedyne, co możesz zrobić, to nieustannie ćwiczyć, dbać o formę i mięśnie, rozwijać swoje kompetencje. Im słabsza wiara w istnienie zabezpieczenia, tym większa presja, by doskonalić samą siebie.
Skąd się wzięło takie przerzucanie odpowiedzialności na jednostkę?
Ten rodzaj „dbania o siebie” i inwestowania w przyszłość jest odpowiedzią na bardzo realne lęki. W końcu od lat 70. XX w. trwa rozmontowywanie społecznej siatki asekuracyjnej zapewnianej przez państwa opiekuńcze. Mam na myśli np. stałe zatrudnienie z prawem do urlopu i chorobowego, emeryturę, publiczną ochronę zdrowia, mieszkania komunalne itd.
W ostatniej dekadzie w Polsce zamiast organizować system, który mógłby zapewnić wysokiej jakości usługi publiczne, dokonuje się transferów pieniędzy, żeby obywatele sami sobie kupowali te usługi na wolnym rynku. Słyszymy, że jeśli gospodarka będzie rosła, każdy będzie mógł kupić sobie prywatne ubezpieczenie czy prywatną opiekę zdrowotną.
A my uwierzyliśmy, że prywatne znaczy lepsze.
Pamiętam, jak lata temu znajomi, których akurat było na to stać, rozważali prywatny poród ze względu na ciążę wysokiego ryzyka. Ostatecznie zrezygnowali, bo wiedzieli, że gdyby pojawiły się komplikacje i tak zostaną przewiezieni do publicznego szpitala, gdzie pracują najlepsi specjaliści.
Celem prywatnych firm nie jest dostarczenie najlepszej opieki, ale wypracowywanie zysków dla udziałowców. To, że stać cię na pakiet medyczny, gdy masz 30 lat i dobrze zarabiasz, nie znaczy, że będzie cię stać na leczenie onkologiczne, kiedy będziesz miała lat 50 i po redukcji zespołu w pracy zostaniesz bezrobotna. Wiara, że problemy publicznej ochrony zdrowia nas nie dotyczą, bo kupiliśmy sobie bilet do lepszego świata, jest bardzo złudna.
Mimo wszystko kupujemy sobie krótsze kolejki do lekarza, zapisujemy dzieci do prywatnych szkół i przedszkoli...
...i posyłamy na chiński z francuskim w wieku lat trzech. Łatwo się z tego śmiać, ale to zrozumiała reakcja. Jeśli miałybyśmy poczucie, że nasze dzieci niezależnie od materialnego statusu będą miały w przyszłości zapewnioną opiekę medyczną, mieszkanie, możliwość godnego i pełnego życia, nie byłoby presji na to, by już od przedszkola traktować ich wychowanie jako inwestycję w edukacyjny projekt.
Jeżeli jednak czujemy, że przyszłość jest coraz mniej przewidywalna, zasoby są ograniczone i przetrwają tylko najsilniejsi, zaczynamy przygotowywać dzieci do rywalizacji, walki o przetrwanie.
Nie masz wrażenia, że z tego wynika napięcie, które charakteryzuje wielu rodziców z pokolenia milenialsów? Wychowywanych w poczuciu, że chodzą po linie, pod którą nie ma siatki zabezpieczającej upadek?
Nasze pokolenie z jednej strony było wychowywane bardziej autorytarnie – trzeba było być grzecznym, były kary cielesne i nikt nie chodził na palcach wokół uczuć dziecka. Ale z drugiej strony mieliśmy dużo więcej swobody, bo znaczną część swojego czasu spędzaliśmy bez nadzoru, poza radarem dorosłych.
Nasi rodzice nie mieli poczucia, że muszą od najwcześniejszych lat indywidualnie projektować naszą przyszłość. Transformacja była oczywiście trudna, ale dominująca – co nie znaczy, że adekwatna – narracja brzmiała: będzie lepiej. Polska wreszcie „dogoni Europę”, będzie „normalnym krajem”.
My postrzegamy przyszłość w ciemnych barwach?
Nie możemy powiedzieć: „Będzie dobrze, świat jest w miarę stabilny”. Żyjemy w cieniu katastrofy klimatycznej, gwałtownych zmian technologicznych, rozwoju sztucznej inteligencji, radykalnych przemian geopolitycznych. Czasem trudno rozróżnić opis rzeczywistości od dystopijnej fantazji.
Do tego duże piętno odcisnęła na nas kultura terapeutyczna: w dorosłym życiu wiele osób przeszło trening przyglądania się temu, jak rodzice tłumili ich emocje, zawstydzali ich, zostawiali samym sobie.
Mam wrażenie, że stąd wzięło się przekonanie, że jeśli będzie się dziecku nieustannie towarzyszyć, być zawsze uczuciowo dostępnym, to wszystko będzie dobrze. Dlatego stopień tego skupienia na dziecku, poziom interweniowania i nieustannej miękkiej kontroli jest bardzo wysoki.
Nie podważam tu znaczenia rozpoznawania i nazywania emocji – to jest oczywiście ważne. Problem polega na tym, że nie jest to magiczna różdżka rozwiązująca wszystkie trudności.
Kluczowe jest pytanie, czy troska o dzieci pozostaje prywatnym zadaniem rodziny, czy powinna być zadaniem całej społeczności.
Jeśli uznamy, że troska o dobrostan psychiczny dziecka zależy wyłącznie od zasobów jego rodziców, godzimy się na ogromne nierówności – co będzie miało katastrofalne skutki dla nas wszystkich.
Bo te prywatnie „wychuchane” dzieci zaczną być oddzielane od tych, którym na przykład nie dano narzędzi do radzenia sobie z agresją. Nastąpi – już następuje – segregacja, stereotypizowanie, nasilanie społecznego lęku.
W efekcie rodzice stają się jednocześnie opiekunami i strażnikami. Z jednej strony nakładają na siebie coraz więcej obowiązków, bo muszą w pojedynkę sprostać absurdalnie wyśrubowanym standardom zarządzania emocjami. Z drugiej – coraz uważniej kontrolują innych, coraz bardziej boją się kontaktu z innymi.
A może być inaczej – codziennie obserwuję to w angielskiej szkole podstawowej moich dzieci. Mieszają się tu ludzie z różnych krajów, religii, zawodów i pozycji społecznych – różnorodność w praktyce, a nie kolorowy folder.
Cała organizacja szkoły, program nauczania, sposób motywowania jest zorganizowany tak, by pozytywnie modelować relacje i emocje. Dzieci są uczone, by interweniować, jeśli widzą, że ktoś jest samotny, smutny czy dochodzi do jakiejś eskalacji konfliktu.
Jeśli są nieporozumienia między uczniami, rodzice nie powinni kontaktować się bezpośrednio ze sobą. Zgłasza się sprawę nauczycielce, która bierze odpowiedzialność za rozwiązanie sytuacji. Kiedy opowiadam o tym znajomym w Polsce, często reagują zdziwieniem.
Bo dla nas naturalnym odruchem jest natychmiastowa interwencja.
Jest takie pojęcie restorative justice – sprawiedliwości naprawczej. Wcześniej znałam je głównie z książek i podkastów: chodzi o sprawiedliwość rozumianą nie jako karanie sprawcy, ale skłonienie go do rozpoznania krzywdy i zadośćuczynienia ofierze. Brzmiało przekonująco jako teoria, ale trudno było mi sobie wyobrazić, jak miałoby działać w praktyce.
Tymczasem zobaczyłam to na bardzo prostym przykładzie szkolnym, kiedy jeden kolega w ramach nieśmiesznego żartu mówił coś obraźliwego do mojego dziecka. Po pierwsze, rówieśnicy sami zareagowali i powiedzieli, że powinien przeprosić – ale moje dziecko uważało, że te przeprosiny były na odczepnego.
Nauczycielka porozmawiała z każdym z nich na osobności, a potem ten chłopiec przyszedł do mojego dziecka w wybranym przez siebie momencie, by porozmawiać – co rozwiązało problem. Dzieci dostały wsparcie, żeby zrozumieć, co się wydarzyło, naprawić relację i wyjść z tej sytuacji z poczuciem godności.
Czy to nie jest jednak dość wyjątkowe podejście?
W Londynie, wobec napływu migrantów, szczególnie dużo wysiłku włożono w strategie edukacyjne – więc paradoksalnie te londyńskie wielokulturowe szkoły, gdzie wielu uczniów nie mówi w domu po angielsku, mogą być lepsze. Ale w Wielkiej Brytanii panuje przekonanie, że dla dobrej edukacji kluczowa nie jest charyzma czy empatia tego czy innego nauczyciela, ale kultura organizacyjna szkoły, procedury i szkolenia.
I ci nauczyciele, których ja obserwuję, są po prostu profesjonalistami: nie dysponują „naturalnym darem” czy nieskończonymi pokładami cierpliwości, ale całą masą narzędzi, technik, strategii.
I znów wracamy do pytania o wspólnotę. Im więcej dorosłych uczestniczy w wychowaniu dziecka – rodzice, nauczyciele, sąsiedzi, trenerzy, krewni – tym większa szansa, że ktoś je wesprze wtedy, kiedy rodzic nie będzie mógł tego zrobić.
Dziecko zyskuje dzięki temu dostęp do różnych wzorców, sposobów budowania relacji i rozwiązywania problemów. Może nie mieć ochoty porozmawiać o czymś z matką, ale otworzy się przed ciocią. Może znajdować poza domem to, czego z jakiegoś powodu w domu mu brakuje.
Oczywiście wszystko to prowadzi do bardzo trudnych pytań politycznych. Gdzie przebiega granica między autonomią rodziny a odpowiedzialnością społeczeństwa za dzieci? Jak daleko państwo powinno ingerować w życie rodzinne? Czy rodzice mają prawo odmówić leczenia dziecka w imię przekonań religijnych? Nie mam na to prostych odpowiedzi. Ale przekonanie, że samo bycie matką czy ojcem automatycznie daje najlepszą wiedzę o tym, co służy dziecku, jest fantazją.
Nie masz gotowych odpowiedzi, ale masz przykłady sytuacji, w których to zadziałało.
Opowiem o zdarzeniu sprzed kilku tygodni, kiedy musieliśmy pożegnać naszego bardzo starego psa, znajdę spod Łomży, która wraz z nami została emigrantem w Londynie. Od dłuższego czasu przygotowywałam do tego dzieci, ale wiadomo, że to trudne doświadczenie.
Bardzo pomogli nam pracownicy gabinetu weterynaryjnego, choć oczywiście można to potraktować jako element usługi, za którą płacimy. W każdym razie mogliśmy się spokojnie pożegnać, potem ja zostałam u weterynarza z psem, a mój partner odwiózł dzieci do szkoły, bo uznaliśmy, że tak będzie lepiej. Dałam szkole tylko znać, żeby zwolniła je do domu, gdyby tego potrzebowały.
Nikt nie zadzwonił, więc odebrałam je o zwykłej porze. Dowiedziałam się, że gdy starsze powiedziało w szkole, co się stało, od razu zostało wysłane do osoby zajmującej się wsparciem emocjonalnym. Przez godzinę wspólnie robili książeczkę upamiętniającą psa i rozmawiali o tym, jak się przechodzi żałobę.
Kiedy to usłyszałam, chciało mi się płakać ze wzruszenia, bo uświadomiłam sobie, jak wielkie znaczenie miało dla mnie to, że nie byliśmy sami z tymi emocjami. Moje oczekiwania były znacznie skromniejsze: zakładałam, że szkoła pomoże odwrócić uwagę od smutnych myśli, ale nie spodziewałam się, że aktywnie włączy się w przepracowywanie żałoby.
Łatwo wyobrazić sobie zupełnie inny scenariusz: weterynarza, który traktuje całą sytuację rutynowo, oraz szkołę, która po prostu uznaje, że to wasza prywatna sprawa.
Moje dziecko wiedziało, że jeśli ma problem, może poprosić nauczycielkę o pomoc, bo wielokrotnie mu o tym mówiono; bo wcześniej mogło powiedzieć o innych rzeczach; bo zakłada się, że dzieci nie powinny się nauczycieli bać. Szablon książeczki upamiętniającej zwierzątko też był już gotowy – pewnie podobnie jak scenariusz tej wspierającej rozmowy. Tu w ogóle jest takie edukacyjne założenie, że dziecko musi się czuć bezpiecznie, by móc przyswajać wiedzę.
Bezpieczeństwo emocjonalne nie jest dodatkiem ani luksusem, ale warunkiem procesu edukacyjnego. Jeśli dziecko przeżywa stratę albo płacze po śmierci ukochanego zwierzęcia, nie ma sensu udawać, że najważniejsza jest matematyka.
To nie są „małe gesty”, choć takie się wydają. Nie mamy tutaj rodziny, czyli „domyślnej” siatki bezpieczeństwa. Więc to, że instytucja zareagowała w taki sposób, miało olbrzymi wpływ na to, jak przeżyliśmy całą sytuację.
Ale ogromne znaczenie ma też to, czy idąc ulicą, masz poczucie bezpieczeństwa, czy obawiasz się, że zostaniesz zaatakowana. Albo czy wiesz, że jeśli zasłabniesz na chodniku, ktoś ci pomoże, a nie przejdzie obok. Właśnie z takich codziennych doświadczeń składa się społeczne poczucie, że nie jesteśmy pozostawieni samym sobie.
Na przekór temu, czego uczy popkultura, w sytuacjach kryzysowych reagujemy pomocą.
Bardzo silnie uwewnętrzniliśmy ideologię mówiącą, że człowiek jest z natury egoistyczny; że wystarczy, iż zelżeje lęk przed karą, albo pojawi się niebezpieczeństwo, a będziemy robić straszne rzeczy. Jest odwrotnie: jeśli nie reagujemy na cudze cierpienie, to właśnie dlatego, że wcześniej wykonano ogromną kulturową pracę, by przekonać nas, że cierpienie tej akurat grupy ludzi nie powinno nas obchodzić.
Cały czas czytamy doniesienia prasowe o osobach, które odruchowo, ponosząc olbrzymie ryzyko, rzuciły się ratować obcych. Przeżyłam w Londynie czas zamachów terrorystycznych i za każdym razem okazywało się, że przypadkowi przechodnie, zwykli ludzie, stawiali opór, ratowali rannych.
Czy to nie są wyjątki od reguły?
Badanie naukowe analizujące zachowania tłumu wobec ataku nożownika na stacji Leytonstone (akurat niesklasyfikowanego jako akt terroru) wskazywało, że heroizm nie był tam cechą jednostek, ale grupy.
Przypadkowi ludzie spontanicznie podzielili się zadaniami: ktoś z wykształceniem medycznym zaczął udzielać pierwszej pomocy, choć sam był wciąż narażony na atak. Ktoś inny odwracał uwagę napastnika, ktoś rzucał w niego przedmiotami z bezpiecznej odległości, a jeszcze inny przechodzień blokował wejście na peron, by zapobiec narażeniu na niebezpieczeństwo kolejnych osób.
To nie była panika ani realizacja fantazji o bohaterskim pojedynku, ale spontaniczne oddolne współzorganizowanie się przypadkowej grupy.
Podobnie dzieje się podczas wielu katastrof. Filmy postapokaliptyczne i katastroficzne każą nam wierzyć, że w chwili bezpośredniego zagrożenia lub upadku władzy wybucha przemoc, chaos i panika. Tymczasem, jak pokazuje Rebecca Solnit w książce „A Paradise Built in Hell”, podstawową reakcją jest samoorganizacja.
Dlaczego tak się dzieje?
W sytuacji katastrofy zawieszeniu ulegają codzienne mechanizmy rywalizacji i indywidualnej akumulacji. Kiedy liczy się tu i teraz, kiedy chodzi o przetrwanie wobec sił natury, współpraca okazuje się po prostu najbardziej oczywistym sposobem działania.
Solnit zauważa jednak, że ta oddolna organizacja jest z perspektywy władzy niewygodna. Bo jeśli okazuje się, że w wielu sytuacjach jesteśmy zdolni skutecznie współdziałać bez odgórnego kierowania, pojawia się pytanie, jak bardzo ta hierarchiczna władza jest nam potrzebna.
Bardzo lubię też inny tekst Rebecki Solnit, „When the Hero Is the Problem”, który pokazuje, że mamy ogromną potrzebę opowiadania o zmianie społecznej poprzez postać jednej osoby, bohatera.
Tymczasem jednostki mogą stać się symbolami, ale za każdą zmianą stoi praca całych zbiorowości. I ta praca jest zazwyczaj bardzo nieefektowna, frustrująca, nienadająca się na heroiczną opowieść. Każdy, kto kiedykolwiek próbował jakiegoś oddolnego aktywizmu, wie, jak to jest.
Tymczasem dziś – jak wynika z badań Narodowego Centrum Kultury – nie wierzymy nawet w to, że mieliśmy jako społeczność sprawczość w przeszłości. Że to dzięki wspólnemu działaniu zmieniliśmy ustrój państwa.
To ciekawy paradoks: byliśmy świadkami radykalnej transformacji porządku społecznego, a mimo to czujemy, że nie ma żadnej alternatywy, nie umiemy sobie nawet wyobrazić, że zmiana społeczna jest możliwa. To w jakiejś mierze zrozumiałe, bo nasze pokolenie wychowano w przekonaniu, że wszystko, co ważne, już się dokonało, że żyjemy w epoce „końca historii”.
Pierwsze pokolenie niepodległej Polski. Nie poddaliśmy się zbyt łatwo?
Mieliśmy być pierwszym pokoleniem, które nie musi umierać w powstaniach. Naszym zadaniem było odnieść indywidualny sukces, uwewnętrznić kapitalistyczne cnoty i po prostu dobrze sobie radzić w świecie, w którym nie ma żadnej prawdziwej alternatywy dla liberalnej demokracji.
Tyle że w praktyce oznaczało to również coś innego: nie musicie angażować się w politykę, uczestniczyć w debatach, działać w związkach zawodowych. Tylko wasza prywatność jest realna. Społeczeństwo jest niemiłe.
Maria Peszek śpiewała: „płacę abonament i za bilet płacę, chodzę na wybory, nie jeżdżę na gapę”. Wystarczy za cały patriotyzm.
Wiesz, jako nastolatka chodziłam do eksperymentalnej, bardzo postępowej placówki, która starała się uczyć nas współpracy i budowania dobrych relacji w klasie. Robiliśmy wiele rzeczy, działaliśmy w obrębie szkoły albo własnego środowiska towarzyskiego, ale nigdy nie przybierało to formy realnego zaangażowania społecznego czy politycznego.
I niedawno spotkałam nastoletnią córkę znajomych, chodzącą do zwykłego liceum. Opowiadała o tym, jak koalicja licealistów negocjuje z władzami miasta zniżki dla uczniów. I dosłownie opadła mi szczęka, bo to było całkowicie poza horyzontem mojego nastolęctwa. Nie przyszłoby nam do głowy, że można usiąść do rozmów z instytucjami, próbując wynegocjować konkretne zmiany.
Wiesz, jakie są tego efekty? Ostatnio prezes UOKIK-u, opiniując projekt ustawy o książce, napisał, że nie wierzy, iż wydawcy mogą pracować dla społecznego dobra, w imię wyższych wartości. Przyjął za pewnik, że liczy się dla nich wyłącznie zysk.
Czyli uznał, że jedyna prawdziwa logika to logika rynkowa. A wszystko, co się w jej ramach nie mieści – kultura, sztuka, niewidzialna nieopłacana praca opiekuńcza i emocjonalna, zaangażowanie społeczne – po prostu nie istnieje.
Brakuje nam języka do opisywania tego, co robimy na co dzień, a co przeczy tej ideologii. Nie dostrzegamy relacji, które faktycznie podtrzymują nasze codzienne funkcjonowanie. Nie widzimy tych wszystkich więziotwórczych praktyk, bez których społeczeństwo po prostu nie mogłoby istnieć. Brakuje nam odpowiedniej soczewki, żeby je zauważyć.
I ja sama pewnie też bym tego tak bardzo nie dostrzegała, gdyby nie doświadczenie macierzyństwa i emigracji. Nagle zostałam wyrzucona z całej sieci najbardziej oczywistych relacji i musiałam budować je od podstaw. Dopiero kiedy trzeba stworzyć taką sieć od zera, uświadamiasz sobie, ile pracy i zaangażowania wymaga jej budowanie. Tyle że to wszystko musi pozostać nienazwane, bo nie mieści się w tym neoliberalnym wzorcu.
Chyba najwyższy czas to zmienić.
Dr AGATA SIKORA – kulturoznawczyni i eseistka nominowana do Nagrody Literackiej GDYNIA. Autorka książek „Wolność, równość, przemoc. Czego nie chcemy sobie powiedzieć” (Karakter, 2019), „Szczerość. O wyłanianiu się nowoczesnego porządku komunikacyjnego” (Wyd. UW, 2020) oraz „Jak wyjść z siebie. O złudzeniu niezależności i sile społecznych więzi” (Znak, 2026).
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











