Anna Goc: A gdybyśmy napisali sztukę życia według księdza Bonieckiego?
Ks. Adam Boniecki: Prowadziłem ostatnio człowieka, który mieszka w tym samym DPS-ie. Szliśmy dziarsko, dopóki nie przewróciliśmy się na środku placu.
Będzie o sztuce przewracania się, zgoda?
Wszystko w porządku?
Nauczyłem się przewracać. Wiem, jak to robić, żeby głowy nie rozbić i niczego nie połamać. Oczywiście, zawsze można się zachwiać i upaść znienacka na schodach kaplicy. Tym razem nic się nie stało.
Długo nam zeszło, zanim udało nam się wygrzebać. Zauważyłem go wieczorem, gdy wyszedłem z kaplicy. Trzymał się muru, bełkotał coś, trudno było go zrozumieć. Domyśliłem się, że potrzebuje wsparcia, żeby dojść do domu. Sam nie chodzę pewnie, ale co, ja mu nie pomogę? Wziąłem go pod rękę i w drogę. Jedno ramię miał bezwładne, nogi się pod nim uginały. Ja o lasce. Więc możesz nas sobie wyobrazić. Ale nic, szliśmy. I nagle, na środku placu, wywaliliśmy się obaj.
Szamotaliśmy się przez chwilę razem. Ciemno, dookoła nikogo. Jakoś się wygrzebałem. Chciałem go podnieść, ale za cholerę się nie dało. Więc on, odpychając się jakoś rękami i nogami, przeczołgał się po betonie do trawnika. Trawnik niewiele zmienił sytuację. Więc znowu przejechał na brzuchu do ganku i tam, przy murze, dźwignęliśmy się.
Trwało to chyba dobrą godzinę. Dziwny jest świat w domu starców, nie?
Jaki jest dla Ciebie?
Zachowuję jeszcze stare obyczaje, ale już mnie nie pociąga to, co dawniej – podróżowanie, poznawanie ludzi, nawet studiowanie nowych rzeczy. Nie zidiociałem całkiem, częściowo tylko. Jedyna pociecha.
Chodzę na lekcje, żeby utrzymać mózg w aktywności. Mam gimnastykę. I to na pewno pomaga. Choć chodzę coraz gorzej. Może tak jest nie od dziś, ale wcześniej lepiej umiałem udawać? Staram się nie poddać takiemu stanowi, rozkładowi za życia.
Jednak sprawy, które kiedyś mnie interesowały, trapiły, niepokoiły, teraz widzę inaczej, z dystansu. Mam takie poczucie, że jestem tu w innym miejscu rzeczywistości. Nowym dla mnie miejscu istnienia.
Czym ono się różni?
Nie można sobie wyobrazić tego, co czuje ktoś tak stary. To jest krótki etap, bo ileż można żyć w takiej starości? – ale z tego miejsca zupełnie inaczej się patrzy na wszystko. Z odkrywczo-zdobywczego podejścia do świata, z chęci, żeby poznać jak najwięcej, przechodzi się do pogodzenia z tym, że wiele z tych rzeczy nie jest już możliwych.
Mnie się udało, bo jestem w takim etapie życia, do którego nie wszyscy docierają. Ludzie umierają wcześniej. Co sprawiło, że żyję i żyję – nie wiem. Zastanawiam się nad swoim życiem, które się kończy.
Mówisz o tym ze spokojem.
Bo to jest spokój.
I jest czekanie na śmierć.
Czekanie?
Tak, bo na co można czekać w tym wieku?
Spotykam się z ludźmi, ale mam poczucie, że wszystko wokół mnie dzieje się już beze mnie. Śmierć jest jedynym wydarzeniem, które mnie interesuje. Jak to będzie? Czy do końca będę przytomny? A może wieczorem położę się spać i rano już nie wstanę? Nie wiem. I to jest ciekawe.
Myślisz o tym?
Bardzo często. Kiedy z kimś rozmawiam, to nie wiem, czy nie ostatni raz. Więc jeśli chciałabyś mi coś powiedzieć, to teraz. W sercu mam jakiś nowy mechanizm, ale on podobno nie przeszkadza w umieraniu.
Być może pomógł mi w tym mój zakon. To, że wybrałem samotne życie. I medytacja. W każdym razie nie przyszło mi to z trudem. Nie mówię, że jestem Kolumbem umierania. Pewnie inni to, że umrą, odkryli wcześniej. Ale nareszcie zdałem sobie z tego sprawę. Podobnie jak w innych sprawach, w których przechodzi się od teorii do rzeczywistości. Wiesz, że umrzesz? Niby każdy wie. Ale nie bierzesz pod uwagę tego, że to się stanie dzisiaj albo jutro.
Z człowiekiem, który odchodzi, nikt o śmierci nie chce rozmawiać. Być może bliscy nie poruszają tematu śmierci z delikatności.

Są takie pytania, których nikt Ci nie zadaje, a chciałbyś je usłyszeć?
Ludzie, z którymi teraz rozmawiam, najczęściej przychodzą do mnie ze swoimi sprawami. I to jest dobre, bo dzięki temu nie koncentruję się na sobie, na myśleniu o tym, że jestem – jak to się mówi – „stary i zdziadziały”. Są też tematy bieżące, do przemyślenia, opracowania, napisania.
Ale porządek myślenia przesunął się w taki sposób, że myśli o nieodległym umieraniu wysunęły się na czoło. To już jest koniec życia, nie? I nie ma co się łudzić ani dramatyzować. Wszyscy ludzie umierają i trzeba się z tym oswajać. I tak się oswajałem, aż się oswoiłem zupełnie.
Zupełnie?
Nie wprawia mnie to w przerażenie, nie odpędzam tego jak czarnej myśli, jakiejś zgrozy. To należy do normalnego porządku. Widzę, jak ludzie reagują, gdy im mówię, że umrę.
Powoli sam dochodzę do różnych pytań. I to jest moja medytacja.
Mogę zapytać o te Twoje pytania?
Człowiek wierzący myśli o tym, co będzie potem. Nie wiem, czy każdy wierzący – ja myślę. I teraz to myślenie oczyszcza się z różnych atrybutów cielesnych. Uczta, tańce, śpiewy… w czym? Wszystko, co do tego służy, zgnije w trumnie. Więc to jest tajemnica.
A co z tu i teraz?
Oglądam wiadomości telewizyjne, czytam gazety. Jednak coraz więcej rzeczy mnie już nie dotyczy. Wojny, które się zaczynają. Mogę je jedynie obserwować. Czy są interesujące? Są. Ale patrzę na to, co się dzieje dookoła, jak ktoś, kto właśnie wyjeżdża.
Już Cię to nie dotyczy?
W pewnym sensie to jest jeszcze moje, bo będzie dotyczyło ludzi mi bliskich, młodszych. Ale ja pakuję walizki. I mam z tym kłopot – co z tymi rzeczami, które zostają, zrobić. Książki, papiery, dokumenty. Tu, w krakowskim mieszkaniu, w klasztorze w Warszawie. Porządkuję je od dawna, żeby nie zostawiać kłopotu.
A te walizki, które się zabiera ze sobą?
One są puste. Jest miłosierdzie Boże i Pan Bóg się ulituje nad człowiekiem, o którym wie, jaki był. I że święty nie był.
Będzie Ci przed Nim głupio z jakiegoś powodu?
Oczywiście. O tym będę mówił na spowiedzi przedśmiertnej. Trzeba zachować coś dla siebie. Pociecha w tym, że zrobiłem też trochę rzeczy dobrych, szlachetnych. Oddaję to Panu Bogu, pamięci ludzkiej, oby nie była za dokładna. Cóż, przyjaciele pamiętają, a inni – czy będą wiedzieli, kim był ksiądz Boniecki? Raczej nie.
Żałujesz, że czegoś nie zrobiłeś?
Chciałem być duszpasterzem wszystkich ludzi i to się chyba udało. Miałem jednak moment zawahania. Krótko po święceniach rozbiłem namiot na Hali Gąsienicowej. I nagle w nocy ogarnęła mnie rozpacz, że się nie ożenię, nie będę miał dzieci.
To był smutek za tym rodzajem miłości?
Raczej objaw miłości samego siebie. Teraz myślę, że całe szczęście, że nie mam dzieci, bo byłbym kiepskim ojcem.
Dobry ojciec to jaki?
Mądry. Musi umieć rozeznawać, co jest naprawdę ważne, a co błahe. Nie daje się nabrać. Wie, jaka jest prawda, choć nie zawsze daje to po sobie poznać. Ja jestem naiwny. Dlatego myślę, że dobrą drogę wybrałem. Od tamtej nocy już nie opłakiwałem tej sprawy.
Nie żałuję żadnej decyzji. Oczywiście, że wybierając zakon, zaniedbałem rodzinę. Ale „co by było, gdyby było inaczej”? – nie myślę tak.
Miałem jedną zasadę w relacjach – żeby ludzi nie zatrzymywać przy sobie.
Nawet tych, których kochamy?
Tych też nie. Jeśli ktoś ma zostać w naszym życiu, zostanie. Choć większość pewnie odejdzie.
I mamy się o nich nie starać?
Jeśli ma się ludzi, których się kocha, to się o nich dba. To jest jasne. Cieszę się, gdy ktoś mnie tutaj odwiedzi. Jeśli nie przyjdzie, nie wyję z rozpaczy.
Mam kilka takich historii w życiu – kilka, nie kilkanaście! – kiedy powiedziałem komuś, że nie chcę go widzieć. Wiedziałem, że to donikąd nie prowadziło, a mnie na pewno szkodziło. Ale mam też takie historie, kiedy nie wiedziałem, co mogę zrobić.
W duszpasterstwie akademickim była dziewczyna, o której wiedzieliśmy, że pije. Znaleźli ją martwą w mieszkaniu zawalonym butelkami. Nie umiem określić swojej winy i czuję się winny temu, że zostawiłem człowieka. To sprawa, która ciąży na sumieniu. Jak ona umierała? Nie byłem w tym mieszkaniu, nie widziałem jej w zaawansowanym stadium. Ale czułem, że ją zostawiałem. Nie znalazłem sposobu dotarcia do niej. Być może sposoby były, tylko ja ich nie odkryłem. Nie umiałem, po prostu nie umiałem. W każdym razie nie pomogłem jej.
Bałeś się czegoś w życiu?
Kary bożej.
Nie wszystkie elementy życia były wspaniałe. Zależy od tego, na jaki moment padnie reflektor. Co za idiotą byłem? – myślę czasem. Co za kretynem. I jest taki odruch, żeby o tym, co się nie udało, nie pamiętać. A potem znów ten moment do nas wraca.
O tym, jak żyć, wie się więcej, gdy życie się kończy.
Zawsze miałeś ten spokój?
Jak byłem generałem, nie miałem spokoju. Miałem nieraz poczucie, że za „duży wiatr na moją wełnę”. Bardzo trudno było powiedzieć komuś, że powinien odejść ze zgromadzenia. Usunąć go, jeśli nie chciał. Ale bezsennych nocy nie zaznałem. Może dlatego, że generał ma swoich zastępców.
Co z tej sztuki życia, o której rozmawiamy, było ważne?
To będzie moje subiektywne przekonanie, ale myślę, że ważne jest próbowanie nadawania sensu życiu, wyznaczania go sobie. Może i fajnie się czasem żyje bez sensu, traci czas na byle co. Odpuścić sobie, wrzucić na luz. Wejść w wir zabawy. Jeśli ktoś tego nigdy nie doświadczył, to chapeau bas. Przeżyłem takie momenty, one też czemuś służyły, lepiej czy gorzej. Jednak jeśli tego jest za dużo, to potem, z perspektywy, pamięta się to jako czas stracony.
I dużo lepiej wspomina się to, co wtedy wydawało się ciężką pracą. Co było skupione wokół czegoś ważniejszego. Sensowne było zaangażowanie w duszpasterstwo akademickie. Praca w polskim wydaniu „L’Osservatore Romano”, w „Tygodniku Powszechnym”. Ale też chodzenie po górach. Na szczęście większa część mojego życia była podporządkowana sprawom ważniejszym. I tam był też smak życia.
Potrafisz dobrze wybierać?
Bez przerwy wybieram. Z jednym człowiekiem rozmawiam długo, innego załatwiam krótko i rzeczowo. Dlaczego tak robię? Nie wiem, ale wybieram.
Podobnie z tym, co chciałem robić w życiu. Przecież mój zakon nie wysłał mnie do Francji, sam tego chciałem. „Tygodnik” też był moim wyborem. Na szczęście mój zakon jest takim, który człowieka nie osacza.
Najbardziej poczucie sensu dawała mi praca z konkretnymi ludźmi. Świadomość, że jestem potrzebny. Że się komuś na coś przydałem.
Co Cię zachwyca w innych?
Są ludzie bliscy, spontaniczni, od razu. Z niektórymi się rozumiem, nie muszę wszystkiego tłumaczyć. Poza wszystkim jest jakaś naturalna sympatia, którą jedni budzą od razu, a inni – może po czasie. Staram się temu nie poddawać, choć nie zawsze się udaje. Są ludzie, których obcość jest nie do pokonania, a przynajmniej nie do pokonania dla mnie. Nawet próby budowania z nimi wspólnoty nie są na moje siły.
Część z tych bliskich ludzi została. Nie mam jednak takiego odruchu, żeby teraz domykać stare sprawy. Co miałem domknąć, domknąłem. I to jest łagodne przejście.
Jest tylko dzieciństwo i starość – jak pisze Gospodinow.
Dzieciństwo przeżywa się potem. Różne elementy dzieciństwa są obecne w życiu przez pamięć późniejszą, nie przez bycie dzieckiem. Ale to się rzeczywiście przydaje. A starość jest medytacją nad życiem, które się kończy. W międzyczasie człowiek żyje bieżącymi sprawami.
A gdyby tak zamknąć na chwilę oczy – które obrazy, którzy ludzie z tego filmu życia wracają?
Rzym, w samym jego środku. Ale też Kraków. To, że czułem się tutaj potrzebny.
Grudziądz i pierwszy rok kapłaństwa, zajęcia, którymi byłem tak przejęty, że nie zwiedziłem dokładnie miasta.
Ale też Amazonia i pewien misjonarz, który trzy dni płynął łódką, żeby spotkać papieża.
Brazylia i dom księży marianów: młody człowiek, który męczył się tam okropnie. Moje pytanie, dlaczego tu właściwie jest. Jego odpowiedź, że tyle marianom zawdzięcza – zakon często wyciągał ludzi z biedy, edukował. I moja odpowiedź: człowieku, bądź ich przyjacielem, ale z zakonu odejdź. I kamień spadający mu z serca.
Film z życia, o który pytasz, jest nie do skompilowania. Ziemiańska rodzina, dwa majątki, dom w Warszawie. Okupacja, śmierć ojca. Wygnanie, bieda, aż piszczało. Co potem okazało się zaletą, bo nie budziło we mnie pożądania posiadanie kapitału. Będąc księdzem przekonałem się, że trzeba ciągle dawać. I że to jest dobre, ta wolność.
Niektóre części mojego życia pamiętam tak, jakbym czytał powieść o kimś innym. Jakby te wspomnienia nie były moje, choć wiem, że są moje. Jakby to była powieść o czyimś życiu.
Dobra to jest powieść?
W większości tak. Ale to wszystko są historie o innym człowieku. Czy ja kąpiący się w balii w Potworowie na trawniku, w słońcu, to jestem ja teraz? Może. A jednak.
Wiem, teoretycznie, że to byłem ja, są zdjęcia z tego okresu. Ale patrzę na tego Adama, jakbym to nie był ja.
Lubisz go? Tamtego Adama?
To zależy. Czasami nie znoszę.
Bardzo uroczy był, ale chyba nie wykorzystał wszystkich możliwości w życiu. Pewien profesor powiedział mu kiedyś: „Boniecki, dobre wrażenie robisz, a fizyki się nie uczysz”. Genialne, prawda? Miał rację. Dobre wrażenie, moja specjalność.
Myślisz czasem o tych możliwościach, których nie wykorzystałeś?
Może byłem za leniwy?
Żałuję, że nie napisałem jednej książki. I wiem, że już jej nie napiszę. Ręcznie nie mogę już pisać, bo to już jest nieczytelne. Na klawiaturze piszę powoli.
Czy to byłaby prawdziwa historia?
Powieść, którą próbowałem kiedyś napisać, ale nie potrafiłem.
Większość historii, które usłyszałem, jest nie do opisywania. Wiele razy ktoś mi coś opowiadał, ale to są historie o czyimś życiu, nie można tego ruszać. Przynajmniej ja nie mogę, bo jestem księdzem i jako ksiądz je usłyszałem.
Zmienia się to, jak się modlisz?
Z mszą zaczyna się wiązać duży wysiłek fizyczny. Momentem oparcia są teksty mszalne, bo skupiam się na nich, nie myślę o sobie. Odprawiam mszę codziennie. I te msze to jest dobra rzecz. Człowiek robi wszystko, żeby nie dać po sobie poznać wysiłku. Czasami przychodzi cała grupa, czasami jedna osoba. Zawsze ktoś.
Z wiarą jest tak, że w marszu życia przyjmuje się różne rzeczy. Ale potem samemu przejść na tamtą stronę – to już nie takie proste. Więcej jest tajemnicy.
Wiele rzeczy w Kościele zdaje się takich, a nie innych z powodu okoliczności historycznych, ale z Panem Jezusem nie ma wiele wspólnego. Może i są rozwiązaniami najlepszymi z możliwych, ale nie według pierwotnego zamysłu Założyciela.
Czyli?
Głoszę. I zostawiam.
Więc starość to jest taki dar. Jeszcze nie zupełna demencja, a jednak wyłączenie z mnóstwa rzeczy, które kiedyś były ważne. Świat idzie dalej swoim trybem i nie ma się jak w niego wpasować.
Zaczyna się kolejna wiosna, kolejne lato. Nie pamiętam co prawda już poprzedniej, czy jeszcze wcześniejszej. Ale chciałoby się, żeby to był początek.
A gdyby się tak dało jeszcze raz, od początku?
Wtedy można byłoby wszystko przemyśleć i być może zacząć inaczej. Ale nie oszukujmy się, to nie jest początek. Teraz można już tylko w inny sposób nastawić się do śmierci, do której, w gruncie rzeczy, człowiek nastawiał się i nastawiał, a nigdy nie był poważnie nastawiony.
Gdy się nie jest starym, śmierć traktuje się jako pewnik teoretyczny. Nie bierze się jej na poważnie. I dopiero teraz, na starość, kiedy wiadomo już, że ona może przyjść w każdej chwili, zaczyna się nastawianie na poważnie.
Czytałaś „Białość” Fossego?
Tak.
Rzeczywistość, do której się idzie, jest taka, jak u Fossego. Trochę jak sen, trochę jak majak, trochę jak świat, który znamy. To jest bardzo dobra książka, ale dla ludzi starych.
Młodzi nie zrozumieją?
Niech czytają. Czy im się przyda? Być może. To jest dojrzała opowieść o rzeczach, które wymykają się ludzkiej perspektywie.
Człowiek z trudem się dowiaduje, że skończył się pewien etap życia. I trzeba się nauczyć żyć w innym, końcowym. Wcześniej nie miałem czasu, żeby gruntownie przemyśleć pewne rzeczy. Przyjmowałem je jako pewniki, szedłem dalej.
A teraz?
Teraz mam tylko czas.
Rozmawiała Anna Goc
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.













