Nie chodziło o zbędne kilogramy, bo od dawna ma sylwetkę wyścigowego charta. Ani o dobór składników odżywczych przed startem – bo żadnego nie planował. Była słoneczna sobota i urodzinowy grill u siostry Rafała Studzianego.
– Siedzieliśmy w ogrodzie, wszystkim dopisywał humor – wspomina. – Szwagier przyniósł masło czosnkowe do pieczonych ziemniaków i spytał, czy spróbuję. Odmówiłem, ale tak obcesowo, że wszystkich zamurowało. Włącznie ze mną.
Już w domu do sytuacji przy grillu wróciła żona Studzianego. – Strasznie się pokłóciliśmy. Ola na koniec powiedziała coś w stylu: „kalorie ci się na mózg rzuciły”. Wkurzyła mnie jeszcze bardziej, ale paradoksalnie, zostało to we mnie. Zacząłem się zastanawiać, czy mój stosunek do zdrowego trybu życia rzeczywiście nie upodobnił się do ogona, który kręci psem.
Studziany pokazuje do kamery laptopa zdjęcie ze ślubu. Zrobione dwadzieścia dwa kilo temu, jak zaznacza. Tamten mężczyzna z widoczną nadwagą przebiega dziś co tydzień po 80-90 kilometrów. A do tego dwa-trzy razy w tygodniu siłownia, sauna po treningu, żelazny rygor diety i badania raz na pół roku, które niezmiennie pokazują, że Rafał jest okazem zdrowia. Fizycznego.
– Tętno spoczynkowe mam 52. Tkanki tłuszczowej w ciele 8-9 proc. Dziesięć kilometrów robię poniżej 45 minut – wylicza Studziany, ale w jego głosie słychać bardziej zmęczenie niż satysfakcję. – Biegam regularnie prawie od siedmiu lat lat. A od kilku miesięcy chodzę na terapię z podręcznikowymi objawami ortoreksji.
Na propozycję zjedzenia czegoś, co nie pasuje do jego precyzyjnego planu żywieniowego, Rafał coraz częściej reaguje nieuprzejmie, a nawet agresywnie. Znajomi coraz rzadziej dzwonią i piszą z zaproszeniem; wiadomo, że będzie się wykręcać. Planowanie i przygotowanie posiłków, które coraz częściej nie wychodzą mu „jak powinny”, staje się udręką. A gdy wieczorem kalkulator kalorii pokazuje, że zjadł odrobinę za dużo, poczucie winy nie daje zasnąć. Wstaje na paluszkach z łóżka, wkłada buty i biegnie spalić nadmiar.
Trzy biliony dolarów rocznie za wydłużenie życia
Ortoreksji – czyli obsesyjnej, zakłócającej codzienne funkcjonowanie dbałości o zdrową dietę – wielu psychiatrów i dietetyków wciąż nie zalicza do spektrum zaburzeń odżywiania. Nie uwzględnia jej także Międzynarodowa Statystyczna Klasyfikacja Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10 Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Za to coraz częściej mówi się o niej w kontekście ważnego globalnego zjawiska, którego ofiarą czuje się Studziany.
Fenomen nie dorobił się jeszcze trafnej polskiej nazwy, choć jego angielskie określenie longevity można przetłumaczyć po prostu jako długowieczność. Z jednym ważnym dopiskiem: że chodzi przede wszystkim o wydłużenie okresu życia w zdrowiu i pełnej sprawności, a nie tylko o dorzucenie cyferek do metryki.
Siedemdziesiąt trzy lata i cztery miesiące. Tyle wedle statystyk WHO wynosi obecnie średnia długość życia na świecie. Gdyby skupić się jedynie na bogatszej jego części, otrzymamy już osiemdziesiąt jeden lat i miesiąc (średnia dla państw OECD). To właśnie na niej koncentruje dziś swą uwagę międzynarodowa ententa firm medycznych, koncernów farmaceutycznych, producentów żywności, dostawców elektroniki i sprzętu sportowego, tudzież wspierających je mediów lifestylowych oraz wytwórców popkultury.
Ich wspólny cel to przekonanie jak największej liczby odbiorców, że mogą mieć realny wpływ na długość swojego życia, o ile tylko sięgną po odpowiednie produkty i usługi. Na razie w granicach zapisanych w ludzkim genomie przez Stwórcę lub ewolucję, ale i tu nauka nie powiedziała przecież ostatniego słowa.
Wartość tego globalnego zakładu z Parkami autorzy raportu Bank of Singapore szacowali w ubiegłym roku na co najmniej 3 biliony dolarów: tyle zamożniejsza połowa ludzkości co roku wydaje na produkty, usługi i procedury mające zagwarantować długowieczność połączoną z dobrą kondycją fizyczną i psychiczną. Gdyby światowy sektor longevity potraktować jako osobne państwo, na liście największych gospodarek globu rywalizowałby obecnie o siódme miejsce z Francją. A do końca 2034 r. jego obroty mają wzrosnąć do 5,4 biliona dolarów, czyli równowartości aktualnego PKB Niemiec.
Naturalne pragnienie nieśmiertelności, a przynajmniej długiego życia, staje się więc jeszcze jednym przedmiotem wolnorynkowej gry podaży i popytu. Zyski zgarniają firmy. Koszty, jak zwykle, są uspołeczniane. Pół biedy, gdy chodzi tylko o koszty finansowe. Psychiatrzy, socjologowie i antropolodzy kultury wracają dziś w swoich pracach o pojęcia „healthizmu”, stworzonego w latach 80. przez socjologa Roberta Crawforda dla opisu postawy, która zdrowiu jednostki nadaje aspekt moralny.
Purytańska klasa średnia USA – jak dowodził Crawford – rozciągnęła protestancki etos pracy i samokontroli także na higienę, dietę i tryb życia. Stan zdrowia stał się w ten sposób jeszcze jedną sferą indywidualnej odpowiedzialności, podlegającą ocenie społecznej. A stąd już tylko krok do konkluzji, że jeśli jesteś chory, to widocznie sam jesteś sobie winien. Być może nie zasługujesz też na wsparcie ze strony wspólnoty, bo sam wykazałeś się wobec niej brakiem lojalności, doprowadzając się do takiego stanu.
Komercjalizacja długowieczności niesie ze sobą podobne zagrożenie. W realiach społeczeństw dobrobytu, które borykają się z ujemnym przyrostem naturalnym, długie życie w naturalny sposób staje się wartością nie tylko w wymiarze jednostkowym. W interesie wspólnoty jest to, by jej członkowie żyli jak najdłużej. Ci, którzy nie mogą sobie na to pozwolić z przyczyn finansowych albo po prostu źle wylosowali na loterii genowej, mogą łatwo zostać uznani za obywateli drugiego sortu.
Jak sprzedać dwudziestolatce krem na zmarszczki
Pierwsze buty do biegania Rafał kupił po lekturze artykułu, z którego wynikało, że jeśli przed czterdziestką nie zmieni trybu życia na aktywny, zawał serca ma niemal jak w banku.
– Mój ojciec zmarł przedwcześnie na serce, więc przemówiło mi to do wyobraźni. Potem doszła jeszcze presja związana z wynikami – mówi. – Chciałem biegać coraz szybciej, coraz więcej. Zegarki sportowe to straszne draństwo, na każdym kroku przypominają, że nie dowiozłeś własnych założeń. Jeszcze gorsze są aplikacje do kontrolowania diety, sto kilokalorii ponad cel i cały ekran świeci się na czerwono. Przegapiłem moment, kiedy zdrowe hobby zaczęło skręcać w stronę obsesji. Gdybym miał prawdziwego trenera, z którym widywałbym się regularnie, może on w porę dałby znać, żeby przystopować. Ale w ramach mojego abonamentu treningowego mogłem tylko raz na dwa tygodnie przegadać dietę i plan ćwiczeń z facetem z okienka wideoczata. Wydawało mi się, że to wystarczy.
„Producent nie odpowiada za szkody powstałe w wyniku niewłaściwego użytkowania produktu” – ta słynna klauzula z kart gwarancyjnych znalazłaby zastosowanie także w relacjach sektora długowiecznościowego z klientami. Problem w tym, że konstruując ofertę, wiele firm tworzy dziś prawdziwe ekosystemy obsesji, licząc na to, że konsumenci całkowicie się w nich zatracą.
Jednym z nich jest strategia „od kołyski, aż po grób”, czyli wykształcanie w młodym odbiorcy nawyków, które mają mu towarzyszyć całe życie. Jeśli dwudziestolatka tuż po maturze uwierzy, że budowę „kapitału lipidowego” na stare lata musi rozpocząć już teraz, stosując w tym celu wyrafinowaną kurację kosmetyczną, to doprawdy jej wybór. Chcącemu nie dzieje się krzywda, zwłaszcza gdy stosuje produkty, które faktycznie nie szkodzą. A że np. kuracja retinolem bardzo rzadko daje korzyści młodej cerze – to już można taktownie pominąć w komunikatach marketingowych.
Jak piszą w najnowszym raporcie „State of Beauty 2025” analitycy firmy doradczej McKinsey, rynek kosmetyków dla dwudziestolatek jest dziś nie tylko jednym z najdynamiczniej rosnących segmentów tej branży, ale też obszarem najszybciej zachodzącej zmiany struktury ofertowej. Dekadę temu lwią część produktów stanowiły tu produkty do makijażu i kremy z filtrami UV. Mniej więcej od pandemii w gigantycznym tempie wśród konsumentek przed trzydziestką rośnie zapotrzebowanie na kosmetyki pielęgnacyjne, zwłaszcza na wyroby z segmentu „anti-aging”, które mają opóźnić starzenie cery.
To nieprzypadkowa cezura. Koronawirus ukształtował światowy przemysł długowiecznościowy w obecnym kształcie. Przed lockdownami w jego zasięgu byli głównie seniorzy. Z chwilą, gdy zamożny świat zamknął się w domach w obawie przed covid-19 i skupił się na swym psychicznym, tudzież fizycznym dobrostanie, stało się jasne, że wiele produktów i usług ze sfery silver economy można bez większych zmian oferować nawet dwudziestolatkom.
Funkcje zdalnego monitorowania podstawowych parametrów aktywności fizycznej, wymyślone jako rodzaj cyfrowego asystenta osób starszych mieszkających samotnie, nagle stały się pożądanym wyposażeniem modnych smartwatchy. Trzydziesto- i czterdziestolatki, których dotąd wołami nie można było zaciągnąć na badania profilaktyczne, sami ustawili się do nich w długich kolejkach. Konsumpcja suplementów diety, głównie witamin i minerałów, poszybowała w Europie o 37,9 proc. W USA o 35,1 proc., w Azji – aż 42,4 proc
Wzrosło też zainteresowanie przesiewowymi testami genetycznymi, które pozwalają oszacować ryzyko wystąpienia groźnych schorzeń w przyszłości. Przed pandemią zainteresowanie nimi deklarowało 39,2 proc. dorosłej amerykańskiej populacji. Po lockdownie – 59,4 proc.
Ruch wzmógł się jednak nie tylko po stronie popytowej. Miliardy dolarów, które na całym świecie popłynęły do sektora biotechnologicznego, po opanowaniu pandemii przekierowano w obiecujące biznesowo obszary, w tym także na badania nad długowiecznością.
Wszystko to nie byłoby jednak możliwe, gdyby pandemia nie odarła brutalnie z ułudy nieśmiertelności setek milionów konsumentów w kwiecie wieku, przyzwyczajonych do świata, który cierpienie, choroby i śmierć uznał za wyłączny atrybut schyłku życia. Lekarski szlagwort „zdrowa starość zaczyna się już dziś” nagle stał się sensowną zachętą.
Zatrzymanie starzenia to wciąż obietnica bez pokrycia
Tylko co naprawdę oferuje sektor longevity? Dopóki chodzi tylko o zdrową dietę i tryb życia czy utrzymanie sprawności fizycznej, jego propozycje wydają się nieprzeszacowane i warte uwagi. Wątpliwości pojawiają się z chwilą, gdy w grę wchodzą obietnice znacznego wydłużenia życia.
W artykule opublikowanym jesienią ub. roku w „npj Aging” (czasopiśmie z grupy „Nature”) Austin Parish i współpracownicy przeanalizowali ponad 600 badań związanych z „interwencjami przeciwstarzeniowymi”, na podstawie których producenci rozwijają swoje przeciwstarzeniowe terapie.
I doszli do druzgocącej konkluzji, że ogromna część tych badań nie spełnia podstawowych standardów metodologicznych (badania tylko na jednym gatunku zwierząt, często nie ssakach, podawanie substancji młodym osobnikom, a nie dorosłym, na które może działać inaczej, brak randomizacji itd.), a więc wnioski z nich płynące nie są wiarygodne.
Interesujące w tym kontekście jest także to, że w 2024 r. S. Jay Olshansky i współpracownicy przeanalizowali w „Nature Aging” dane demograficzne z krajów, w których obywatele żyją najdłużej. Wynika z nich, że wzrost oczekiwanej długości życia, który obserwowaliśmy od dekad, wyraźnie przyhamował. Zdaniem autorów bez przełomów medycznych szansę na dożycie stu lat będzie mieć ok. 15 proc. dziewczynek i 5 proc. chłopców wśród dzisiejszych noworodków.
Jak wyglądają obietnice długowieczności składane na krajowym podwórku? Serwis Puls Medycyny wiosną sprawdził, na co może liczyć klient, który chciałby prewencyjnie zadbać o swoją metrykę, korzystając z któregoś z pakietów długowiecznościowych oferowanych przez prywatne sieci opieki zdrowotnej.
Wnioski? Pod hasłem „longevity” sprzedaje się w Polsce badania i zabiegi o bardzo zróżnicowanej wartości klinicznej. Obok spirometrii, pomiaru sztywności tętnic, który pozwala oszacować ryzyko udaru, czy badania densytometrycznego, wykrywającego wczesne objawy osteoporozy, klientom oferuje się np. epigenetyczne testy „wieku krwi” albo badanie mikrobiomu jelitowego. Żadna z tych dwóch ostatnich procedur, choć metodologicznie poprawna, nie ma na razie zastosowania w praktyce klinicznej, pacjent płaci więc za coś, co w najlepszym razie poprawi mu samopoczucie.
W przypadku testów „energii komórkowej” czy badań „toksycznych produktów glikacji”, zdaniem autorów zestawienia można mówić wręcz o marketingowym kuglarstwie, bo jako pełnowartościowe procedury klientom oferuje się de facto metody znajdujące się na etapie badań i walidacji. W pakietach długowiecznościowych od czasu do czasu trafiają się wręcz elementy potencjalnie niebezpieczne, jak testy IgG na nietolerancje pokarmowe, które mogą nakłaniać pacjentów do szkodliwych dla zdrowia diet eliminacyjnych.
Branża wciąż porusza się na styku medycyny, kosmetologii, dietetyki i wellbeingu. Nie wykształciła jeszcze własnych standardów, ani naukowych, ani tym bardziej etycznych. Nic więc nie stoi jej na przeszkodzie, aby obsesyjnie marzących o długowieczności klientów mamić wizją kontroli nad starzeniem, nie ostrzegając przy tym przed możliwymi konsekwencjami.
Tym bardziej nie zrobi tego zauroczona młodością popkultura. W jej mainstreamie prędzej znajdzie się opowieść o Narcyzie, który zakochał się w odbiciu własnej twarzy w lustrze wody, niż mit o Titonosie, który na prośbę zakochanej w nim Eos otrzymał od Zeusa nieśmiertelność. Bogini zapomniała jednak poprosić także o dar wiecznej młodości dla ukochanego. W rezultacie Titonos zmienił się w bezsilną zasuszoną istotę, którą Eos musiała nosić w wiklinowym koszyku.
Starość po polsku
Polacy – jak pokazało niedawne badanie na zlecenie firmy farmaceutycznej Gideon Richter – mają na szczęście racjonalny stosunek do składanych im obietnic długowieczności. Aż 56 proc. z nas uważa, że długie życie nie może być celem samym w sobie. Tyle samo nie akceptuje samotności jako ceny za dożycie sędziwego wieku. Dla ponad 62 proc. nie jest nią także zły stan zdrowia.
W gruncie rzeczy jest to jednak dyskusja teoretyczna. Przeciętna długość życia w Polsce jest o 3,1 roku krótsza od średniej unijnej. Jeszcze gorzej wypadamy pod względem długości życia w zdrowiu. Pokolenie ludzi, które wprowadziło Polskę do grona krajów wysoko rozwiniętych, ten udany pościg opłaciło wypaleniem i fizycznym wyniszczeniem.
W drugiej edycji ogólnopolskiego badania PolSenior, przeprowadzonego wśród osób w wieku od 55 do 64 lat, 18 proc. Polaków oceniło swój stan zdrowia jako zły lub bardzo zły. W całej Unii takiej samej odpowiedzi udzielało tylko 11 proc. ich rówieśników. W grupie wiekowej 65-74 za poważnie chorego uważał się już przeszło co czwarty Polak (26 proc.), choć w całej UE odsetek takich samych odpowiedzi sięgnął zaledwie 14 proc.
Statystyczny polski mężczyzna w wieku 65 lat ma przed sobą – jak wynika z tych samych badań – niespełna 8 lat i dwa miesiące życia bez ograniczonej sprawności, o rok i siedem miesięcy mniej od przeciętnego obywatela Unii.
Czy to znaczy, że obietnica długowieczności w krajowych realiach jest obietnicą bez pokrycia?
Nie. Wyobraźmy sobie polskiego mężczyznę, który w tym roku obchodzi 50. urodziny. Statystyczny Krzysztof – bo to najpopularniejsze męskie imię roku 1976 – według aktualnych szacunków GUS ma przed sobą jeszcze 24 lata i dziewięć miesięcy życia. W przypadku urodzonej w tym samym roku Agnieszki będą to już 32 lata i trzy miesiące.
W roku ich narodzin GUS szacował średnią oczekiwaną długość życia odpowiednio na 67 i 75 lat. Krzysztof i Agnieszka „zyskali” więc niemal osiem lat życia jedynie za sprawą poprawy polskich standardów socjalnych, rozwoju medycyny i zapewne także zmiany polskich nawyków żywieniowych w stronę poświęcającą więcej uwagi zdrowiu.
Nie ulega wątpliwości, że w społeczeństwach krajów wysoko rozwiniętych długość życia w coraz większym stopniu staje się pochodną nie tylko indywidualnych wyborów, ale także grubości portfela. Zdrowa dieta, szybki dostęp do nowoczesnej medycyny, zwłaszcza badań profilaktycznych, wreszcie unormowany tryb życia, umożliwiający zadbanie o siebie – to dziś wyróżniki de facto klasowe. Także w Polsce.
Nasz Krzysztof będzie żyć średnio pół roku dłużej, jeśli los rzuci go do dużego miasta, niż gdyby mieszkał na wsi. W ujęciu regionalnym różnice będą jeszcze większe. Najdłużej – bo aż 77,7 lat – pożyje w Warszawie. Jeśli mieszkać będzie gdzieś pod Skierniewicami, Parki przetną nić jego żywota statystycznie aż pięć lat wcześniej. U pań różnice są mniejsze, ale Agnieszka mieszkająca w Rzeszowie ma przed sobą średnio dwa lata więcej niż gdzieś w aglomeracji katowickiej, gdzie nienajlepiej posłużyłoby jej powietrze.
Jeszcze większe – by nie powiedzieć, że dramatyczne – różnice rysuje podział na wykształcenie. Wedle najnowszych szacunków OECD przeciętny polski mężczyzna z edukacją zakończoną na etapie szkoły podstawowej żyje osiem lat krócej od średniej dla całej męskiej populacji, a więc ok. 66 lat. Wśród pań ta sama różnica wynosi ok. trzech lat.
Pomimo wszystkich tych różnic długość polskiego życia rośnie jednak, i to zauważalnie. Dla przykładu posłużmy się raz jeszcze cezurą roku 1976. W Polsce żyło wówczas niespełna 700 stulatek i stulatków. Obecnie (dane na koniec 2025 r) – mamy ich aż 10 403.
– Mnie do setki brakuje 57 lat – wylicza Rafał Studziany. – Pytasz, jak chciałbym się czuć w tym wieku? Oby nie tak jak teraz.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











