Wejdź w moje buty: co nam daje i ile kosztuje nas empatia

Prof. Małgorzata Gambin, psycholożka: Empatia jest wyrazem troski o relacje. Wymaga umiejętności wyobrażenia sobie, co i dlaczego może odczuwać druga osoba.
Czyta się kilka minut
// il. Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”
// il. Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Marcin Tusiński: Jak się Pani miewa? Pod koniec roku miała Pani sporo pracy. 

Małgorzata Gambin: Udało mi się wypocząć, zregenerować, ale obowiązków nie brakuje.

Przed rozmową zapytała mnie Pani o podróż. Wyjechałem z Krakowa o 5.50, żeby zdążyć do Pani na Uniwersytet Warszawski. Ja dowiedziałem się, że Pani wstała o szóstej, zawiozła dzieci do szkoły i ma masę obowiązków. Czy zaczęliśmy z empatią

Z troską o drugą osobę. Empatia ma dwa ważne aspekty. Pierwszy to umiejętność „wejścia w czyjeś buty”, zastanowienia się, jak druga osoba się czuje, czego doświadcza. Ten rodzaj empatii nazywa się poznawczą. Pańskie pytania były przykładem wyjścia mi naprzeciw z troską.

Drugi aspekt empatii – afektywny – dotyczy współodczuwania. Na widok płaczącej i smutnej osoby zaczyna się nam to udzielać, często automatycznie. Dopiero potem przychodzi refleksja nad tym, z czego wynikła nasza reakcja. Empatia emocjonalna może w życiu pomagać, ale czasami dużo kosztuje. Jeden z artykułów naukowych określa ją jako „ryzykowny zasób”.

Po co więc być empatycznym?

Empatia jest wyrazem troski o relacje. Tylko dzięki autentycznej komunikacji możemy budować bliskie, zdrowe relacje w rodzinie i związkach romantycznych, z dziećmi, przyjaciółmi... Współodczuwanie niekoniecznie idzie w parze z refleksją.

Empatia wymaga umiejętności „mentalizowania”, czyli właśnie wyobrażenia sobie, co i dlaczego może odczuwać druga osoba.

Co to znaczy, że empatia jest zasobem? 

W sytuacjach konfliktowych np. stanowi punkt wyjścia do rozmowy. Bez tego grozi nam odpowiadanie na czyjeś trudne emocje obrazą, wpadaniem w złość i nakręcaniem negatywnej spirali. Brak empatii kończy się najczęściej intruzywną komunikacją, próbami dominacji albo lekceważeniem uczuć drugiej osoby.

Ja w takich momentach czuję się jak rozpędzony koń. Ciężko się zatrzymać.

Każdy z nas ma na koncie wiele momentów, kiedy nam nie wyszło. Ale mówi się, zwłaszcza w kontekście wychowania dzieci, że jeśli wychodzi nam przynajmniej w małym procencie, to i tak jest dobrze, bo się staramy. 

To dlatego jest zasobem ryzykownym?

Czasami nam samym trudno poradzić sobie z emocjami, które odczuwamy. Może to prowadzić do zamknięcia się w sobie czy obwiniania. Tę tendencję do brania wszystkiego do siebie w obliczu cudzych trudnych emocji nazywa się empatycznym dystresem. Człowiek czuje się wtedy zalany emocjami. To się zwykle kończy odcięciem.

Empatia jest cechą nabytą czy wrodzoną? 

Współodczuwanie emocjonalne w większym stopniu wiąże się z temperamentem i biologiczną wrażliwością. Empatię poznawczą możemy rozwijać. Mentalizacji, wchodzenia w buty drugiego można się nauczyć. 

Badania pokazują, że istnieje podgrupa dzieci z zaburzeniami zachowania – agresywnych, łamiących normy społeczne i mało wrażliwych na cierpienie innych – u których dominują czynniki biologiczne i genetyczne. Obserwuje się u nich niższy poziom pobudzenia i słabszą reakcję na sygnały zagrożenia. Takie osoby silniej szukają stymulacji, a agresja staje się dla nich sposobem na jej wywołanie lub odzyskanie poczucia kontroli.

Zmierzam do tego, że zarówno psychopatia, jak i empatia są do pewnego stopnia uwarunkowane biologicznie. Trudne doświadczenia relacyjne czy brak ufnej więzi także prowadzą do trudności. Brak empatii może mieć zatem przyczynę biologiczną i środowiskową. One mogą na siebie wzajemnie oddziaływać.

Jaka jest tu rola rodziców?

Zainteresowanie drugim człowiekiem i zwracanie uwagi na jego potrzeby jest budowane w najwcześniejszych relacjach rodzinnych. Dlatego to takie ważne, żeby rodzice nazywali emocje, rozmawiali o nich z dziećmi i odzwierciedlali, czyli uznawali i zauważali ich uczucia. Taka postawa uczy dzieci nazywania własnych stanów i świata emocjonalnego. 

Równie ważne jest dbanie o siebie. Każdy rodzic ma trudne momenty smutku czy złości. Kiedy to nazywa, dziecko rozumie i uczy się komunikacji. Jeśli rodzic jest zdenerwowany po nieudanym dniu w pracy, ale o tym nie mówi, dziecko może odczuwać „zdradę emocjonalną”. Przytłoczony własnymi emocjami tata nie wysłucha, nie zauważy. Dlatego uważność na własne emocje jest kluczowa.

Zdaniem Jamesa Hillmana, ucznia C.G. Junga, na taką zdradę – unieważnianie, odpychanie przez bliskich – ludzie reagują na trzy sposoby: przyjmują na siebie winę i kulą się w kącie, obwiniają krzywdzącego albo biorą odpowiedzialność, starając się wyobrazić sobie, co się dzieje po drugiej stronie, i z tym zrozumieniem iść dalej w życie.

To świetny przykład mentalizacji – używania wyobraźni jako zasobu, który pozwala nam zrozumieć, zamiast obwiniać. 

Tylko czy każdego? Podobno Putin był bity od wczesnego dzieciństwa. Znajomość jego przeszłości na pewno pomaga, ale nie usprawiedliwia tego, co robi.

To trzeba rozdzielić. Z jednej strony ważne jest zrozumienie, z drugiej – stawianie granic w sytuacjach społecznych. Empatia nie oznacza usprawiedliwiania czyichś wszystkich zachowań.

Czy wobec każdego można być empatycznym? 

To niemożliwe, bo ilość cierpienia wokół jest nieskończona. Mamy choćby ogromne ilości zbiórek na pomoc osobom w sytuacji kryzysów społecznych, np. wojny. Gdybyśmy reagowali na wszystko, nie starczyłoby nam życia. Zakres zaangażowania zależy od zasobów własnych.

Z początkiem wojny w Ukrainie prowadziliśmy badania nad niepokojem dotyczącym wojny wśród nastolatków. Okazało się, że ci z nich, którzy zareagowali objawami depresji i lęku, mieli stosunkowo małe wsparcie w rodzinie. I odwrotnie: ci, którzy angażowali się w działania pomocowe, mieli solidne wsparcie ze strony rodziny. To pokazuje, że jeżeli sami mamy zasoby, np. wsparcie społeczne i „możemy się wygadać”, to łatwiej nam też pomagać innym, i nie będzie to wypalające.

Rodzina daje trochę „złota”, więc mamy czym się dzielić?

Bez wsparcia głębokie współodczuwanie jest niemożliwe. U dzieci, które są eksponowane na trudne emocje rodziców i mają mało innych zasobów społecznych, współodczuwanie łączy się z poczuciem winy, a nawet wstydu, samoobwinianiem. Za tym idzie depresja, lęk. W takich wypadkach współodczuwanie jest olbrzymim obciążeniem.

Ludzie cierpiący na syndrom Dorosłego Dziecka Alkoholika albo inne traumy są empatyczni, ale nadmiernie. Czy taka empatia antycypacyjna, wyprzedzająca ewentualny atak, to wciąż jest empatia?

Tak, to jest współodczuwanie, czyli empatia afektywna. Jednak nawet jej wysoki poziom nie gwarantuje, że pójdzie za nim adekwatna troska czy wspierające działanie. Bez odpowiednich narzędzi kończy się to nadmiernym chronieniem siebie lub innych, poczuciem winy... Może też skutkować nadopiekuńczością. Np. nadmiernym chronieniem dziecka przed lękiem separacyjnym, gdy idzie do przedszkola, co kończy się z kolei jego późniejszą niesamodzielnością. 

Pochodzę z rodziny imigrantów, babcie przeżyły wygnanie i głód. Mam wrażenie, że tamte lęki zostały mi i moim rodzicom przekazane w spadku, bo kolejne pokolenia chciały uchronić dzieci przed tym, co same przeżyły. Choć rzeczywistość wokół bardzo się przecież zmieniła. 

To taka „troska teoretyczna”, w dobrej wierze, ale pozbawiona empatii poznawczej – rozpoznawania faktycznych potrzeb drugiego. Uporczywa potrzeba karmienia wnuków jest w pełni zrozumiała u kogoś, kto w dzieciństwie cierpiał głód. Jedyne, co pozostaje nam, dorosłym, to przyjąć ich perspektywę lub tłumaczyć ją naszym dzieciom. Próbować o tym rozmawiać.

W Polsce żyje teraz kilkaset tysięcy ukraińskich matek, które samotnie wychowują dzieci. Dzieci są zatem ich najbliższą i jedyną dostępną fizycznie rodziną. Wyobrażam sobie, że musi być ciężko nie obciążać ich odpowiedzialnością, która normalnie spoczywa na barkach ojców, starszych braci, babć, przyjaciół i dziadków.

Zjawisko parentyfikacji, kiedy dzieci przejmują rolę rodziców, nie zawsze ma jednoznacznie negatywne skutki. Element dzielenia się zadaniami może być dobry i wzmacniać poczucie odpowiedzialności. Ale kiedy dziecko przyjmuje na siebie za dużo emocji i nie ma wsparcia z innych źródeł, może czuć się bardzo samotne. Dlatego konieczne jest szersze wsparcie społeczne.

Jakie?

Życzliwi sąsiedzi czy różne społeczne inicjatywy oddolne, które dzieją się w gminach. Szkoła – choć tutaj mamy dużo do zrobienia. Przyjaźń. Przebywanie wśród ludzi i w miejscach wspierających.

Pamiętam, jak w pierwszych dniach pełnoskalowej wojny stałem na Dworcu Głównym w Krakowie, wśród tłumu imigrantów z Ukrainy, i płakałem. Przyszło mi wtedy do głowy, że jestem tu w równym stopniu dla tych ludzi, jak dla siebie, bo nie wiem, co zrobić z emocjami. Wolę pomóc niż siedzieć w domu, bo rozrywa mnie lęk. Ale zaraz potem pomyślałem, że właśnie dlatego ten zbiorowy entuzjazm prędzej czy później obróci się przeciwko tym, którym tak ochoczo pomagamy.

To prawda, że chcemy pomagać, żeby pomóc także sobie. Nie ma w tym niczego złego, że czujemy się dzięki temu lepiej. Możemy wtedy odczuwać smutek, ale i radość, gdy nasze działanie niesie drugim ulgę. Badania pokazują, że chęć pomocy rośnie, jeżeli widzimy jej pozytywne rezultaty.

Ale prawdą jest także, że chętniej pomagamy grupom, z którymi się utożsamiamy. Na początku wojny byliśmy przekonani, że my też możemy się znaleźć w takiej sytuacji jak Ukraińcy, więc łatwo było się z nimi zidentyfikować. Potem nastąpiło wypalenie, bo ludziom zabrakło zasobów. Przeznaczali na pomoc bardzo dużo czasu oraz np. swoje mieszkania i w pewnym momencie to było za dużo. Zaczęły się pojawiać uprzedzenia wobec uchodźców, ale też relacje o negatywnych doświadczeniach. 

Politycy zauważyli tę niechęć i zaczęli podsycać emocje społeczne dla własnej korzyści. Wykorzystali ten sam mechanizm, który z początku działał na korzyść Ukraińców – przypomnieli nam, że „to nie nasza grupa”, więc identyfikacja z nią zaczęła maleć. 

Szansą na rozładowanie tych napięć i wzrost empatii społecznej jest zainteresowanie konkretnymi osobami. Rozmowa i poznawanie czyjejś historii zwiększa poziom empatii. Na co dzień spotykam wiele osób z Ukrainy, które pracują w różnych branżach i są szanowane, i myślę, że wielu z nas to docenia. Nie ma jednej granicy, jest tylko szukanie balansu.

Rywalizujemy o uwagę z technologią, za nami pandemia, czas izolacji społecznej, trwa niepokój związany z wojną. Czy grozi nam erozja empatii?

Badania pokazują, że masowe kryzysy stwarzają większe ryzyko wyłączania empatii w sposób nieświadomy, bo chronienie siebie wychodzi na pierwszy plan. Na co dzień spotykamy coraz więcej osób w kryzysie, a sami możemy mieć nadszarpnięte zasoby z powodu ilości zagrożeń wokół. To się odbija zwłaszcza na najmłodszych. 

Z relacji psychologów i nauczycieli szkolnych, choć nie ma tu statystyk, wynika, że dzieci w kryzysie jest teraz zatrważająco dużo. Pedagodzy sami są wyczerpani. Potrzebują kogoś, kto by ich wspierał, gdy wzbiera spirala potrzeb. A tego wsparcia jest bardzo mało.

Nie chcę idealizować przeszłości, bo kiedyś też były wojny i epidemie, ale czy gdy się żyło w plemiennej społeczności, w otoczeniu krewnych, prościej było oswoić świat?

Tak. Dlatego musimy teraz walczyć o te relacje mimo wszystko. A nawet o uwagę, o którą coraz trudniej w świecie zdominowanym przez ekrany. Niedostępni rodzice wychowują niedostępne dzieci. Niewiele jest podwórkowych relacji wśród nastolatków. Więc rzeczywiście, ryzyko słabszych więzi społecznych jest o wiele większe.

A może za bardzo demonizujemy te ekrany? Może każde pokolenie doświadczało jakiegoś skoku technologicznego i ludzi zawsze to przerażało? 

Współczesna technologia stwarza na pewno dużo wyzwań. Chociaż czasami myślę, że jeśli nie mamy do kogo się zwrócić w trudnej sytuacji, porozmawianie w chatbotem nie zawsze musi być złe. Jest natomiast ryzykowne, bo grozi uzależnieniem emocjonalnym. Znowu: wszystko jest kwestią proporcji. Zależy od tego, w czyich rękach znajdzie się dane narzędzie. Tak jak z empatią – technologia to też ryzykowny zasób.

W buddyzmie uczy się serii medytacji o nazwie Brahma Vihary, które służą świadomemu rozwijaniu życzliwości dla drugiego człowieka, współradowania się jego radością i współodczuwania jego cierpienia. Ale pierwszym etapem każdej z tych medytacji jest życzliwość dla siebie.

Różne wątki z buddyzmu rzeczywiście są coraz częściej wykorzystywane jako metody terapeutyczne, tyle że w oderwaniu od religii. W terapii poznawczo-behawioralnej coraz bardziej popularne są metody tzw. trzeciej fali: trening uważności oraz terapia oparta na akceptacji i zaangażowaniu, częściowo inspirowane buddyzmem. Punktem wyjścia jest akceptacja tego, czego doświadczamy, bycia na to uważnym. I to się łączy z wątkiem empatii, bo punktem wyjścia jest uważność na siebie.

Dopiero świadomy swoich emocji człowiek, który potrafi je w sobie „pomieścić”, ma przestrzeń na emocje innych?

Tak. Jest tu pewne ryzyko, żeby nie zapaść się w uważności wyłącznie na siebie. Dlatego uczy się przy tym uważności na innych, choćby poprzez trening uważnego słuchania. 

Czy empatia nie jest przypadkiem luksusem klasy średniej, która ma czas i zasoby na terapię, medytację i mindfulness?

Myślę, że w dużym stopniu jest, ale pojawia się coraz więcej ogólnodostępnych inicjatyw gminnych i lokalnych. Przybywa warsztatów i treningów. Badania pokazują, że najefektywniejsze jest uczenie się tych umiejętności w grupach, właśnie poprzez wczuwanie się w sytuację innych ludzi. I to się powoli zaczyna dziać, np. w szkołach.

Z badań wynika też jednak, że wykształcenie rodziców wiąże się z poziomem empatii i umiejętności mentalizacji poznawczej, to jest wyobrażania sobie sytuacji drugiego. Choć oboje wiemy, że to generalizacja. Każda rodzina ma swoją specyfikę. 

Co robić w warunkach domowych? 

Świadomie wykazywać się zainteresowaniem drugą osobą, rozmawiać. Być uważnym, odłożyć telefon. Trzeba zacząć od małych kroków, usiąść i posłuchać bliskiej osoby, spróbować zrozumieć. Przyjmować, ale nie naprawiać. I szanować, gdy druga strona nie ma akurat ochoty na rozmowę. Nie chodzi o to, żeby stać się nagle empatycznym na siłę, tylko zachowywać się adekwatnie do potrzeb bliskich. Szukać wspólnej przestrzeni. 

Prof. Małgorzata Gambin // materiały prasowe

MAŁGORZATA GAMBIN jest profesorem w Katedrze Psychologii Klinicznej Dziecka i Rodziny na Wydziale Psychologii UW. Bada rolę relacji rodzinnych, mentalizacji i regulacji emocji w rozwoju oraz zdrowiu psychicznym dzieci i młodzieży. Ma doświadczenie kliniczne i terapeutyczne w pracy z dziećmi i rodzinami. Współtworzy zespół SocLab, współpracuje z Fundacją Dajemy Dzieciom Siłę i koordynowała grupę „Psychologiczne Aspekty Pandemii”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 06/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Wejdź w moje buty