Dorosłość odroczona. Dlaczego młodzi Polacy coraz dłużej mieszkają z rodzicami

Wyprowadzka z rodzinnego domu wciąż uchodzi w Polsce za kluczowy warunek osiągnięcia dorosłości. Dla rosnącej grupy młodych ludzi ten milowy krok staje się coraz trudniejszy do wykonania. Kim są tzw. gniazdownicy?
Czyta się kilka minut
//il. SpeedKingz / Shutterstock // montaż „TP"
//il. SpeedKingz / Shutterstock // montaż „TP"

Puszczykowo od Poznania dzieli niespełna 20 kilometrów. Pociągiem kursującym na tej trasie (co kilkanaście minut) można dotrzeć na poznański Dworzec Główny w niecały kwadrans. 

– Gdy zacząłem studia, uznaliśmy z rodzicami, że przeprowadzka do wynajmowanego pokoju nie ma sensu – mówi 25-letni Piotrek, student biotechnologii.

Dziś jednak, choć w rodzinnym domu mieszka mu się dobrze, coraz częściej myśli o zmianie. To nie jest proste, bo od lutego bezskutecznie szuka stałej pracy, która pozwoliłaby mu zarobić na wynajem mieszkania. – Żeby to zrobić, muszę mieć stabilny i konkretny dochód, ale ciągle odbijam się od ściany. Z jednej strony cieszę się, że mogę być u rodziców, bo tak jest łatwiej, z drugiej czuję, że wciąż żyję w zawieszeniu – przyznaje.

– Kiedy dwa miesiące temu ostatnia znajoma wyprowadziła się od rodziców, pomyślałam, że chyba czas na mnie – śmieje się dobiegająca trzydziestki Ada z Sierosławia, która obecnie jest tzw. bumerangiem. Ponad rok temu, po kilku latach samodzielnego życia, wróciła do domu rodzinnego z powodu wysokich kosztów najmu. 

– Myślałam, że będę się z tym czuła jak przegryw, ale bardziej niż samo życie z rodzicami dobija mnie fakt, że po skończeniu studiów z grafiki oraz intermediów nie mam pomysłu na siebie – tłumaczy. Na razie pracuje na część etatu w kawiarni  i łapie freelancerskie zlecenia projektowe. O wyprowadzce „na swoje” myśli często, ale nie narzuca sobie terminu. Musi najpierw na ten luksus zarobić.

Uruchamianie odtwarzacza...

– U mnie mieszkanie z rodzicami to konieczność, a nie wybór – mówi z kolei Norbert, który jest osobą z niepełnosprawnością, poruszającą się na wózku. Mieszka na dużym poznańskim osiedlu, niebawem kończy studia marketingowe. Myśli o podjęciu pracy, ale zdaje sobie sprawę, że w jego przypadku droga do samodzielności będzie dłuższa i bardziej rozłożona w czasie. Dziś wizja samodzielnego mieszkania to raczej bliżej nieokreślone „kiedyś” niż konkretny plan. 

– Dla zdrowej i sprawnej osoby usamodzielnienie się jest dużym wyzwaniem. Dla mnie jest jeszcze większym; z umiarkowaną szansą na realizację – przyznaje.

Gniazdownicy – zbyt łatwo o stygmatyzację

Wedle socjologicznej nomenklatury Piotrek, Norbert i Ada są gniazdownikami. Tym terminem (nawiązującym do zwyczajów ptaków, których pisklęta po wykluciu nie są jeszcze zdolne do samodzielnego życia i wymagają stałej opieki rodziców) badacze zjawisk społecznych określają młodych dorosłych: w wieku 25-34 lata, mieszkających z rodzicami, nieposiadających współmałżonka i niebędących rodzicami.

Jak zauważa Przemek Staroń, psycholog, wykładowca i edukator związany z Uniwersytetem SWPS w Sopocie, samo określenie „gniazdownik” niesie w sobie pejoratywny wydźwięk. – Szybko zamienia się w etykietkę i ocenę, co może utrudniać spojrzenie na sytuację młodych ludzi z większą uważnością i zrozumieniem. Grupa młodych dorosłych mieszkających z rodzicami jest bardzo zróżnicowana – podkreśla Staroń.

Przytoczone na wstępie doświadczenia bohaterów nie są niczym wyjątkowym – coraz częściej dotykają przedstawicieli pokolenia Z i późnych milenialsów. Opublikowany niedawno przez Polskie Towarzystwo Polityki Społecznej raport „Diagnoza Młodzieży 2026”  podaje, że aż 39 proc. młodych dorosłych (25-34 lata) spełnia kryteria gniazdownictwa – to o 10 punktów procentowych więcej niż w 2005 r. Co istotne, podobny trend widać w całej Europie, bo moment wyprowadzki z rodzinnego domu przesuwa się w większości krajów Starego Kontynentu, choć w różnym tempie. 

Wedle danych Eurostatu najszybciej usamodzielniają się młodzi Skandynawowie: Finowie opuszczają rodzinny dom w wieku 21,4 lat, Duńczycy w wieku 21,7 lat, a Szwedzi – 21,9 lat. Na drugim biegunie znajdują się mieszkańcy Europy Południowej i Środkowej, a rekordzistami są Chorwaci, którzy z rodzinnego domu wyfruwają w wieku średnio 31,3 lat. 

W czołówce są też Słowacy (30,9 lat), Grecy (30,7 lat), Włosi (30,1 lat) oraz Hiszpanie (30 lat). Polska plasuje się mniej więcej w połowie stawki, bo wedle danych GUS młodzi Polacy opuszczają rodzinny dom w wieku 28,2 lat, a młode Polki już w wieku 26 lat (często z uwagi na lepsze wykształcenie).

Rosnące koszty życia kontra niskie zarobki

Jako społeczeństwo lubimy podnosić larum na temat rozpieszczonych i leniwych „dużych dzieci” żerujących na rodzicach. Jednak prawdziwy obraz gniazdownictwa jest dużo bardziej złożony i mniej stereotypowy. Jak wyjaśnia dr Monika Kwiecińska-Zdrenka, socjolożka z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, fakt, że coraz więcej młodych dorosłych mieszka z rodzicami, jest wypadkową kilku nakładających się czynników.

Na pierwszy plan wysuwa się kwestia ekonomiczna, czyli coraz mniej stabilny rynek pracy, na który mocno oddziałują czynniki globalne: kryzysy gospodarcze, długofalowe konsekwencje pandemii, napięcia geopolityczne związane z konfliktami na Ukrainie i Bliskim Wschodzie czy rozwój sztucznej inteligencji.

Monika Kwiecińska-Zdrenka // Fot. archiwum prywatne

– Do tego dochodzi rosnące poczucie samotności u młodych ludzi, problemy z budowaniem relacji oraz permanentne poczucie lęku i niepewności, bo rzeczywistość zmienia się w ekspresowym tempie, opóźniając przy okazji wejście w dorosłość – wyjaśnia badaczka. Jej zdaniem, popularne wyobrażenie o „wygodnych młodych”, którzy świadomie wybierają mieszkanie z rodzicami i nie traktują tego jak sytuacji przejściowej czy problematycznej, jest generalizacją. 

– Oczywiście jest grupa NEET-ów, czyli młodych ludzi mieszkających z rodzicami, którzy ani nie pracują, ani się nie uczą. To jednak margines zjawiska – podkreśla badaczka. Jej słowa mają pokrycie w danych, bo „Diagnoza Młodzieży 2026” precyzyjnie wskazuje główne przyczyny tego, dlaczego młodzi mieszkają z rodzicami. W czołówce są kwestie ekonomiczne: brak własnego mieszkania, dobre warunki w domu rodziców, niższe koszty utrzymania oraz niewystarczające dochody. 

Dwa ostatnie aspekty są najważniejszym elementem całej układanki – bo choć większość młodych dorosłych mieszkających z rodzicami pracuje (tylko 7 proc. badanych deklaruje, że to brak zatrudnienia jest główną przyczyną życia przy rodzinie), to ich zarobki często nie pozwalają na samodzielność.

Koszty najmu i zakupu mieszkań w dużych polskich miastach pochłaniają dziś (wedle „Diagnozy”) od 35 do nawet 55 proc. dochodu rozporządzalnego. To oznacza, że dla wielu młodych dorosłych wyprowadzka „na swoje” pozostaje poza zasięgiem, a zależność ekonomiczna od rodziców siłą rzeczy się wydłuża.

Rodzice jak współlokatorzy. A co z prywatnością?

Dane z raportu postanawiam sprawdzić w praktyce – wchodzę na popularny portal z ofertami mieszkań na wynajem. Szukam kąta w Poznaniu, nie skupiam się na konkretnej dzielnicy. Kawalerki za plus minus 2 tysiące złotych są standardem, ale po zsumowaniu odstępnego dla właściciela oraz czynszu i mediów – koszt najmu oscyluje w granicach 2,5-3 tys. zł miesięcznie. Mając na względzie to, ile realnie zarobić może młoda osoba tuż po studiach bez doświadczenia zawodowego, rachunek jest jeszcze mniej optymistyczny, niż sugerują cytowane wcześniej dane. 

Normą jest bowiem to, że „juniorzy” na start dostają najniższą krajową – w przypadku osób do 26. roku życia to kwota 3774 zł netto, w przypadku ludzi starszych – 3606 zł netto. Luźno licząc, po opłaceniu kosztów najmu i stałych opłat na przeżycie miesiąca często zostaje mniej niż 1000 zł (co dla wielu oznacza konieczność szukania pomocy u rodziny). 

Można oczywiście wynająć pokój, ale nie jest to specjalnie atrakcyjną alternatywą – za niewielką klitkę w mieszkaniu z kuchnią i łazienką (dzieloną z obcymi osobami) trzeba w dużych miastach zapłacić 1000-1500 zł za miesiąc. Najbardziej astronomiczne są jednak koszty zakupu własnego mieszkania – w dużych aglomeracjach ceny za metr kwadratowy oscylują w okolicach od 11 do 17 tys. zł, a zdarzają się też droższe oferty.

Właśnie z tego powodu Piotrek postanowił „przeczekać” u rodziców. 

– Nie jest idealnie, bo brakuje mi prywatności i mam poczucie, że nie jestem „u siebie”, ale koniec końców to trochę tak, jakbym mieszkał ze współlokatorami. Z tą różnicą, że moi ciągle dopytują, dokąd wychodzę i o której wrócę – śmieje się. Jego dziewczyna na razie wynajmuje pokój w Poznaniu i podobnie jak on szuka stałej pracy. Oboje zakładają, że gdy uda im się ustabilizować zawodowo, wynajmą coś razem. 

– Utrzymanie siebie i mieszkania z jednej pensji jest dziś niemożliwe. Razem będzie łatwiej – podsumowuje.

Państwo chciało pomóc – wyszło jak zwykle

Jak wyjaśnia prof. Adam Czerniak, ekonomista Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, ograniczona dostępność mieszkań – szczególnie dotkliwa dla osób, które startują od zera i nie posiadają żadnego majątku – jest efektem nałożenia się kilku opisanych wyżej czynników oraz wysokich stóp procentowych. Młodzi, którzy obiektywnie zarabiają najsłabiej i często są zatrudniani na umowach cywilno-prawnych, nie mają zdolności kredytowej. 

– W efekcie są grupą najbardziej narażoną na wpadnięcie w lukę czynszową, bo nie stać ich ani na zakup mieszkania, ani na samodzielny wynajem. Nie kwalifikują się również do wsparcia systemowego ze strony państwa, przez co samodzielność mieszkaniowa jest dla wielu z nich nierealna – wyjaśnia prof. Czerniak, zaznaczając, że problem dostępności mieszkań nie dotyczy wyłącznie Polski, bo trudności młodych z usamodzielnieniem się nasilają się w całej Europie. 

Skala problemu jest na tyle duża, że po raz pierwszy w historii Unii Europejskiej kwestia dostępności mieszkań stała się jednym z tematów polityki na poziomie wspólnotowym; powołano nawet specjalną grupę roboczą.

W Polsce podejmowano już próby rozwiązania tego problemu, m.in. poprzez rządowy program „Bezpieczny kredyt 2 procent”, uruchomiony w połowie 2023 r., który w teorii miał zwiększyć dostępność mieszkań dla młodych. W praktyce przyniósł odwrotny efekt, bo deweloperzy od razu podnieśli ceny.

– Państwo powinno działać tak, by mechanizmy rynkowe zapewniały mieszkania jak największej części społeczeństwa. Tymczasem program poszedł w przeciwnym kierunku. Pomógł wąskiej grupie, a jednocześnie wywindował ceny zakupu i pośrednio także najmu. Zamiast ustabilizować rynek, wybił go z równowagi – tłumaczy prof. Czerniak. 

Ekspert patrzy jednak z optymizmem na nowe rządowe plany, bo na politykę mieszkaniową zabezpieczono w tym roku rekordowe 6,7 mld zł. Do łask wraca również budownictwo społeczne. – Istnieje spora szansa, że w 2026 r. pobijemy rekord z 2004 r., kiedy to do użytku oddano 7,2 tys. społecznych mieszkań czynszowych. To wyraźna zmiana kierunku polityki mieszkaniowej, bo państwo nie dopłaca już do zakupu lokali własnościowych, ale zaczyna stawiać na te tańsze i bardziej dostępne – podsumowuje. 

Starsze pokolenia narzekają. Czy mają rację?

Ada otwarcie przyznaje, że powrót do rodzinnego domu był dla niej bezpiecznym rozwiązaniem. 

– Skoro rodzice dali mi taką możliwość, korzystam z niej. Chcę najpierw spróbować poukładać sobie życie, by stabilnie stanąć na własnych nogach – mówi. Jednak o ile rówieśnicy nie oceniają jej decyzji, o tyle starsze pokolenia mają na ten temat sporo do powiedzenia. Najwięcej komentarzy słyszy od sąsiadów i znajomych rodziców, bo jej rodzinny dom znajduje się w niewielkiej miejscowości, gdzie wszyscy się znają. 

– Regularnie słyszę pytania, kiedy znajdę sobie poważną pracę i w końcu się wyprowadzę. To frustrujące – przyznaje.

Napięcia międzypokoleniowe są nieodłącznym elementem dyskusji o młodych dorosłych. Ich źródłem w dużej mierze są skrajnie różne doświadczenia, bo jeszcze kilkadziesiąt lat temu młodzi po osiągnięciu pełnoletności (lub tuż po tym), chcąc nie chcąc, musieli się usamodzielnić. Tyle że wielu z nich dostało w PRL przydział na mieszkanie spółdzielcze, a potem była era dość przystępnych kredytów.

Starsze pokolenia często mówią: „nam też było ciężko, ale musieliśmy sobie radzić”. Tymczasem dr Kwiecińska-Zdrenka podkreśla, że trudno porównywać rzeczywistość Anno Domini 2026 z latami 80., 90. czy początkiem XXI w. 

– Oczywiście im też nie było łatwo, rzadko jednak mają na uwadze to, że wchodzili w dorosłość w zupełnie innych realiach społeczno-ekonomicznych. Funkcjonował inny, dużo tańszy rynek mieszkaniowy, dostępne były mieszkania spółdzielcze, rynek pracy też wyglądał inaczej i był zdecydowanie mniej konkurencyjny – zauważa badaczka i podkreśla, że dziś młodzi wchodzą w dorosłość w świecie znacznie mniej przewidywalnym. 

Pandemia, kryzysy gospodarcze, konflikty zbrojne, ciągły lęk przed wojną z Rosją i poczucie destabilizacji, wzmocnione coraz nowszymi technologiami pogłębiającymi samotność – wszystko to realnie wpływa na ich decyzje, poczucie bezpieczeństwa i sposób myślenia o przyszłości. W tym kontekście gniazdownictwo przestaje jawić się jako przejaw wygody, lenistwa, rozpieszczenia czy braku zaradności, a coraz częściej staje się strategią adaptacji do niepewnych warunków, w których młodzi wchodzą w dorosłość. 

Socjolożka zwraca też uwagę na kolejny istotny aspekt dłuższego mieszkania z rodzicami – na przestrzeni dekad zmienił się sposób wychowywania dzieci. Coraz więcej rodziców jest świadomych wyzwań, z jakimi mierzą się młodzi, i chce ułatwić im wejście w dorosłość. 

– Wiele zależy od kapitału społeczno-ekonomicznego rodziny, ale widzimy wyraźnie, że rodzice z klasy średniej i wyższej mogą i chcą pomagać swoim dzieciom. Finansują ich edukację, a często także zapewniają silne wsparcie materialne czy mieszkaniowe. I choć bywa to oceniane negatywnie, w praktyce zwiększa szanse młodych na usamodzielnienie się – wyjaśnia badaczka.

Kiedy w Polsce zaczyna się dorosłość 

Kiedy dziewczyna Piotrka powiedziała jednej ze swoich koleżanek, że jej partner nadal mieszka z rodzicami, ta stwierdziła, że facet powinien w końcu dorosnąć i dojrzeć. – Wiele osób wygłasza takie osądy, kompletnie nie znając sytuacji. Przecież ja nie spędzam całego dnia przed telewizorem, a rodzice nie dają mi nagród ani kar, gdy jestem niegrzeczny. Nie jestem maminsynkiem – mówi chłopak.

A jednak podobnie do sprawy podchodzi spora część społeczeństwa – wyprowadzka z domu rodzinnego wciąż uchodzi za jeden z najważniejszych wyznaczników dorosłości. Raport „Diagnoza Młodzieży 2026” wskazuje, że aż 44 proc. osób w wieku 19-29 lat uznaje opuszczenie gniazda za kluczowy warunek – ważniejszy niż inne symbole dorosłego życia. Tymczasem Przemek Staroń zauważa, że z perspektywy psychologa samodzielne zamieszkanie nie jest papierkiem lakmusowym bycia dorosłym i dojrzałym.

 – W Polsce ten społeczny wzorzec od lat pozostaje niezmienny. Wczesna wyprowadzka i pełna niezależność uchodzą za niezaprzeczalny symbol sukcesu oraz dorosłości. To bardzo sztywny model i jeżeli ktoś się w niego nie wpisuje, dostaje łatkę osoby niedojrzałej i rozpieszczonej, która nie zna prawdziwego życia – wyjaśnia Staroń. 

Psycholog zauważa tymczasem, że pojęcia dorosłości, pełnoletności i dojrzałości często wrzucane są do jednego worka, choć w rzeczywistości oznaczają coś odmiennego. Tym bardziej że z perspektywy psychologii rozwoju granice dorosłości od kilkunastu lat – ze względu na większą wiedzę o mózgu człowieka oraz zmiany społeczno-kulturowe – stale się przesuwają. 

Jeszcze kilkanaście lat temu uznawano, że dorosłość zaczyna się koło 18. roku życia, dziś za młodego dorosłego uznaje się osobę w wieku ok. 25 lat. – Wyznacznikiem jest dojrzałość emocjonalna, a nie to, czy ktoś mieszka sam, czy z rodzicami. Jest masa samodzielnie mieszkających dorosłych, którzy nie są dojrzali, i masa osób mieszkających z rodzicami, które są dojrzałe – podkreśla psycholog.

Według wszystkich ekspertów, z którymi rozmawiam, zjawisko gniazdownictwa w najbliższych latach będzie się nasilać. Co to oznacza dla społeczeństwa? 

Już dziś widać wyraźne konsekwencje dla demografii, bo aż 48 proc. osób do 29. roku życia odracza decyzję o rodzicielstwie właśnie z powodów mieszkaniowych. Dla wielu młodych dorosłych priorytetem staje się dziś nie tyle myślenie o założeniu rodziny, co zabezpieczenie podstawowych potrzeb: znalezienie stabilnej pracy, a potem zarobienie na „dach nad głową”.

A gdy codzienność sprowadza się do walki o przetrwanie, trudniej myśleć o czymś więcej – o rodzinie i dzieciach, o wspólnocie, zaangażowaniu obywatelskim czy długofalowym planowaniu. W takiej sytuacji przedłużone mieszkanie z rodzicami wiąże się także z narastającą frustracją, poczuciem niesprawiedliwości i utknięcia „pomiędzy” ważnymi etapami życia. 

Być może więc największą zmianą społeczną nie jest to, że młodzi decydują się zostawać w domach rodzinnych dłużej, ale to, że coraz trudniej im z tych domów wyfrunąć. Nawet wtedy, gdy bardzo tego chcą.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 25/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Dom z dzieckiem