Monika Ochędowska: Wczoraj odebrałaś Fryderyka za singiel roku, a dziś...
Daria ze Śląska: ...będzie fajnie, bo spędzę cały dzień z mamą. Wczoraj to było takie latanie.
Lubicie być razem?
Trochę się uczymy naszej relacji na nowo. Ale to dlatego, że to ja zawsze jeździłam do niej na Śląsk, a teraz mama – ze względu na problemy ze zdrowiem – mieszka z nami. Jak tylko przyjechałam z tych Fryderyków, od razu spytałam, czy oglądała mnie w telewizji.
Oglądała?
Zasnęła! Ale cieszy się ze statuetki, jest ze mnie dumna.
A co Ty oglądasz w telewizji? W Twoich piosenkach – tekstach, aranżacjach – jest mnóstwo nawiązań do kina, muzyki filmowej.
Kurczę, co ja oglądam? Wiesz, ja mam straszną pamięć, naprawdę żenującą...
Ale do słów masz dobrą. Szczególnie tych nieprzyjemnych, prawda?
Gdy wydarza się coś radosnego, na przykład odnoszę sukces albo przydarzają mi się rzeczy obiektywnie piękne, to nie potrafię się z nich tak naprawdę ucieszyć. Mój wskaźnik emocji wskazuje zero. To było chyba widać na gali wręczenia Fryderyków, prawda? Kiedy odbieram jakąś nagrodę, to jest dla mnie trochę takie...
Trudne?
Czasem ciężko zaufać, że za rogiem czekają „Anioł z Bogiem”. Raczej na każdym kroku spodziewam się przeszkód, dziur w jezdni. Oczywiście próbuję pielęgnować w sobie nadzieję. Ale jeśli bardzo długo – za długo – nosisz w sobie ból, ciało nabiera pewnego ciężaru.
A przypomniałaś sobie tytuł filmu?
„The Boys” – znasz? Bardzo lubię.
Grupa samozwańczych obrońców sprawiedliwości przeciwstawia się superbohaterom, którzy nadużywają swoich mocy. To mnie zaskoczyłaś!
Lubię ten serial ze względu na błyskotliwie poprowadzone dialogi. Ale też dlatego, że superbohaterowie wcale nie są tam tacy „superbohaterscy”, a bardzo ludzcy, zdradzają wiele powszednich rozterek. No i to, w jaki sposób jest to podane: nieustannie leje się krew, a jak ma być źle, to jest naprawdę bardzo źle. Lubię tego typu realizm.
Stąd u Ciebie w piosenkach Tarantino?
Kocham go za to, że kiedy już myślisz, że jest dobrze, on nagle wjeżdża z jakąś masakrą. Chcę, żeby tak wyglądały moje teksty. Chcę śpiewać wersy, które zaskakują. Uwielbiam jego „Django”, ale też takie filmy jak „Jedna bitwa po drugiej” Paula Thomasa Andersona. Kręcą mnie wątki turpistyczne, pochwała brzydoty.
Mam zresztą taki teledysk o miłości, w którym ktoś mi przypala twarz żelazkiem. Niektórzy mówią, że odwracają w tym momencie wzrok od ekranu, a ja celowo użyłam tego zabiegu. Chciałam, żeby ból był wyraźny, odczuwalny. Być może mam granicę odporności w nieco innym miejscu niż większość ludzi...
Ale ja bym na twoim miejscu zapytała o jakąś książkę.
Bardzo proszę – co lubisz?
Zwracam uwagę na sposób, w jaki jest prowadzona narracja. Dzisiaj zrobię sobie na przykład prezent za tego Fryderyka i kupię nową książkę Zyty Rudzkiej.
Ona dużo kombinuje w słowach...
Tak, ma bardzo charakterystyczny styl pisania...
...i lubi kreować w swoich tekstach silne, bardzo bezpośrednie bohaterki, jak Ty.
Wydaje mi się, że jestem trochę bardziej odważna niż kiedyś i moja najnowsza płyta, a szczególnie druga jej część, to pokazuje. Ale mówię też na niej dość trudne dla mnie rzeczy, np. w piosence „Ciężki plecak” albo w numerze „Miłość”, w którym rzeczywiście opisuję, jak żenującym się bywa, kiedy się jest nieszczęśliwie zakochanym, co jest – skądinąd – absolutnie naturalne, ale nie każdy lubi się do tego przyznawać, ujawniać swoją naiwność.
W Twoim sposobie pisania piosenek coś się zmienia?
Częściej wychodzę spoza swojej przestrzeni „metr siedemdziesiąt i pięćdziesiąt trzy kilo”, by patrzeć na ludzi, którzy mnie otaczają. Czasem przyglądam się tym, którzy mnie dotknęli, powiedzieli może coś nie tak, jak bym chciała. Wiesz, mnie się nieustannie coś przytrafia.
Kwestia wrażliwości?
Ktoś mi powiedział, że ta wrażliwość jest jednocześnie moją największą siłą i przekleństwem. Chyba rzeczywiście tak jest. Wiem, jakie są koszty pracy artystycznej, ile ona niesie ze sobą emocjonalnego wyczerpania, bo jednak decyduję się, żeby opowiadać trudniejsze, czasem osobiste historie.
Nie przychodzi moment dystansu?
Różnie z tym bywa. Jak w życiu osobistym albo w głowie jest gruz, to na koncercie nie da się tego tak absolutnie wyłączyć – jesteś tylko człowiekiem, nieustannie przeżywasz. Jeśli z czymś się mierzę, trudniej mi się śpiewa na przykład piosenkę „Falstart albo faul”. Ale na pewno słuchacz może mnie wtedy zobaczyć w zupełnie nowych emocjach.
Pamiętam ten moment trzy lata temu, gdy postawiłaś wszystko na jedną kartę. Zrezygnowałaś z pracy na etacie, by iść wyłącznie w muzykę, nie wiedząc, co się wydarzy. Jaka to była droga?
Długa. Zapewne dlatego, że żyję projektem „Daria ze Śląska” od rana do wieczora. Piosenki, koncerty, spotkania z dziennikarzami, scenografia do wymyślenia, aranż. Tak naprawdę dobre rzeczy – wydane single, płyty, nagrody – to są wisienki na torcie. Wierzchołek góry lodowej tej roboty.

Wierzę, że twórca, który robi coś, co kocha, dąży do tego, żeby wszystko było zrobione jak najlepiej. A ja do tego mam tendencje do zbyt mocnego kontrolowania wszystkiego i wszystkich wokół.
Skąd to masz?
Myślę, że z okresu dojrzewania, domu typowego dla lat 90., w którym zawsze był jakiś rodzaj napięcia. To napięcie trzeba było rozładowywać, a nie bardzo wiedziało się jak. Wiesz, wychowałam się na osiedlu górniczym z tatą górnikiem i mamą, która robiła, co mogła, żeby jakoś prowadzić dom.
Dlatego moją weną są obserwacja i nasłuch. Ucho nadstawiam właściwie w każdej rozmowie, nieustannie rejestruję. Czasami to dość długo trwa, ale jak już przyjdzie do mnie jakiś wers, to nawet jak jestem pod prysznicem, to na szybie paluszkiem sobie wszystko zapisuję i wybiegam szybko, żeby utrwalić, zanim zniknie.
Śląsk Cię ukształtował?
Jest całym moim dzieciństwem, czasem pierwszych miłości i przestrzenią, w której szukałam sobie miejsca do życia. Ale dużo dał mi też rap. Rzeczy, które się tam wydarzają, wciąż są zaskakujące. Na przykład Rau, czyli Tomasz Rałowski i jego ostatnia płyta „Strefa dyskomfortu” – świetna.
Byłam na jego koncercie kilka dni temu, mamy kontakt i wzajemnie się dopingujemy. On też pisze o pięknych, odważnych, ale w środku poturbowanych ludziach, którzy za wszelką cenę nie chcą pozwolić innym dalej się turbować.
Pierwszy zespół?
Pierwszy i jedyny, jaki miałam, nazywał się The Party is Over.
Jak powstał?
Spotkałam się z chłopakiem, który dał ogłoszenie na Facebooku, że chce założyć grupę. Umówiliśmy się pod Stokrotką w galerii handlowej, w której wcześniej pracowałam. Krótka rozmowa: dobra, ja chyba umiem śpiewać, ty umiesz grać – zróbmy to. Tak się poznawaliśmy: on mi puszczał muzykę elektroniczną, a ja się tym zajarałam i zaczęliśmy robić coś z niczego. Wszystko sami – miksowaliśmy, masterowaliśmy, produkowaliśmy, pisaliśmy teksty.
Dlatego Śląsk kojarzy mi się też z etapem tworzenia zespołu i muzyki elektronicznej.
Skądinąd stoi elektroniką – choćby dzięki Festiwalowi Tauron Nowa Muzyka.
To było wtedy moje marzenie: żeby z The Party is Over wystąpić na Tauronie. Robiliśmy wszystko, żeby się udało, stawaliśmy na rzęsach, jeździłam na wszystkie możliwe warsztaty, dobijałam się, pisałam maile. Chodziłam z torbami ze swoim „merchem”, rozdawałam ulotki po koncertach, na festiwalach.
Mam zresztą takie zdjęcie z Dawidem Podsiadłą na jakimś festiwalu w Poznaniu – mówię mu, że ja to ja, mam zespół i fajnie, jakbyś posłuchał. Później zaczęłam się uczyć, szukać tutoriali w internecie i poczułam, że chciałabym spróbować działać sama. To trwało siedem czy osiem lat i wtedy zobaczyłam, jak różne rzeczy w branży muzycznej funkcjonują. Ale oczywiście jak weszłam do wytwórni, i tak gówno wiedziałam. Wszystko się wyzerowało, jakbym zaczynała naukę chodzenia od początku.
Kiedy się narodziła Daria ze Śląska?
Wewnętrznie? W momencie poznania autorki piosenek Agaty Trafalskiej – ona we mnie zobaczyła coś, co ją zaintrygowało, zaczęłyśmy razem pracować. Agata zauważyła mnie na warsztatach, z całej grupy byłam tą najbardziej upartą. Zresztą zawsze byłam typem dziewczyny, która siedzi w pierwszej ławce z wyciągniętą ręką i „wie”. Czasami nienawidzę tego w sobie, ale nikt mi nie zarzuci, że nie jestem pracowita.
A odpoczywasz?
Teraz muszę, bo moje ciało jest absolutnie wyczerpane emocjami, obowiązkami, rzeczami, które chcę robić. Krzysiek, mój menadżer, powiedział wprost: „bardzo cię proszę, wpisz w kalendarzu urlop i się go trzymaj, nie odpowiadaj na maile ani żadne wiadomości, nic nie rób”. No więc teraz pojedziemy może na jakieś festiwale, a w październiku jadę na najdłuższe moje wakacje w życiu: dwa i pół tygodnia.
Zresztą jak klikałam w kalendarzu te wakacje, to się okazało, że i tak muszę wrócić dzień wcześniej, bo mamy zaplanowany koncert.
To jak Ty się nauczysz odpoczywać?
Jezu, nawet mi nie mów! Nie wiem, muszę to sprawdzić w internecie... Oczywiście nie mówię, że już nie sprawdzałam, bo czytam tysiące książek, chodzę do osteopaty, medytuję. O tym jest też moja piosenka „Houston”.
„Robię sobie seanse, rytuały naprawcze, zjadam zdrowe śniadanie, medytuję i walczę. Słucham mądrych podcastów, jak poprawić swój nastrój”...
Robię to wszystko, a i tak gówno z tego jest. Ale gdybym tego nie robiła, może byłoby jeszcze gorzej?
Moje ostatnie wakacje trwały kilka dni, a jeszcze trzy godziny przed wyjazdem je sabotowałam. Nie potrafiłam się spakować, przekładałam Ubera, wszczęłam jakąś niepotrzebną awanturę. Wiesz, śmiejemy się, ale wtedy w ogóle mi nie było do śmiechu. Wpadłam w panikę.
Co takiego jest w tej robocie, że ciężko odpuścić?
Miłość. To chyba ona sprawia, że nie odpuszczasz. Momentami wszystko mnie oczywiście doprowadza do szewskiej pasji i mam dość, chciałabym to rzucić. Po czym wystarczy, że przelatuje mi przez głowę jakaś myśl, wers, i zaczynam momentalnie w tym grzebać. To jednocześnie okropne i wspaniałe. I może kiedyś się skończy, natomiast czuję, że nigdy się we mnie nie wyczerpie zainteresowanie słowem.
Stąd też moja fascynacja stand-upem – dużo gadam z ludźmi, także nowo poznanymi i strasznie lubię żartować. Uwielbiam rozśmieszać innych, daje mi to ogromną frajdę.
A co jest najważniejsze?
W życiu?
Tak.
Cel. Chyba cel jest jedną z ważniejszych dla mnie rzeczy. A jedną z najważniejszych wartości, oprócz poczucia bezpieczeństwa, jest poczucie przynależności, świadomość, że mamy coś wspólnego, że możemy działać razem, bez kalkulacji.
Wiesz, miałam ostatnio takie warsztaty w ZAIKS-ie. Moją rolą było posłuchać, jak inni śpiewają, pomagać im prowadzić tekst piosenki tak, żeby był sensowny. Skomponowałam niektóre części muzyczne, ktoś tam przyniósł sobie jakiś fragment piosenki i złapałam się na tym, że z zupełnie obcym człowiekiem potrafię być przez dobre pół godziny w niezwykle bliskim kontakcie. Ten moment łapania się ludzi, którzy są absolutnie sobie obcy, a jednak mają wspólny temat... taki moment jak nasze spotkanie tutaj – to jest piękne.
Bardzo ważne jest też, żeby mieć ludzi, którzy cię kochają i z którymi się czujesz dobrze. A ja chyba mam szczęście do ludzi. Gdziekolwiek pracowałam, gdziekolwiek żyłam, mimo że były czasami trudne momenty, były gruzy, to zawsze znajdowali się tacy, których opisuję w „Ciężkim plecaku”.
„Boże, jak dobrze jest czuć, że zawsze na mnie gdzieś czekasz. Aż chce się wierzyć w człowieka”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.










