Nie jestem amerykańskim milenialsem. Polska wychowała nas inaczej

Jeśli szukać jakiejś grupy, która cechuje się w miarę podobnym doświadczeniem, sensowniej spojrzeć na roczniki 1976-1985, niż ślepo stosować podział na Iksy i Igreki.
Czyta się kilka minut
W centrum Warszawy. Luty 2025 r. // Fot. Witold Jarosław Szulecki / East News
W centrum Warszawy. Luty 2025 r. // Fot. Witold Jarosław Szulecki / East News

Mamy tendencję do importowania zjawisk oraz pojęć zza Oceanu. I nie da się ukryć, faktycznie za sprawą rozwoju internetu i social mediów wiele trendów politycznych i społecznych przechodzi z USA na polskie podwórko. Istnieją jednak zjawiska, które zbyt pochopnie przekładamy na nasz grunt, a jednym z najbardziej istotnych jest powielany w mediach i debacie publicznej podział pokoleniowy. 

Polska to nie Ameryka

Możliwe, że pokolenie Z oraz wchodzące właśnie na scenę pokolenie Alfa są tożsame w Polsce i USA. Osoby urodzone na przełomie XX i XXI wieku wychowywały się przecież i tam, i tu, w rzeczywistości wirtualnej, która dość skutecznie glajchszaltowała regionalne specyfiki. Jednak dyskusja wokół zetek to zarazem dobra okazja, by zastanowić się nad wcześniejszym pokoleniem, które określane jest jako milenialsi i oznaczane literą Y. Wzięliśmy bezkrytycznie jego definicję, łącznie z przekonaniem, że do pokolenia tego należą osoby urodzone pomiędzy 1981 a 1996 rokiem, i postanowiliśmy dopasować jakoś te amerykańskie obserwacje do analizy rodzimych milenialsów

Sam urodziłem się w 1984 roku, ale szybko wpadłem w konfuzję, gdy usłyszałem o tym, jakimi to niby wspólnymi cechami mielibyśmy się charakteryzować. Nie za bardzo spinało mi się to z rzeczywistością.

Co łączy polskich milenialsów

Podstawowy problem, który zawsze pojawia się w momencie, w którym tworzymy takie kategorie poznawcze jak pokolenie, dotyczy przekonania, że osoby urodzone w jakimś oznaczonym okresie stanowią zwartą, jednorodną grupę. Takie uproszczenia pozwalają nam co prawda ujarzmiać i nazywać rzeczywistość, ale jednocześnie ją upraszczamy – nawet wspomniane zetki czy alfy potrafią się wzajemnie bardzo różnić, w zależności od statusu społeczno-ekonomicznego swoich rodziców czy przebytej ścieżki edukacyjnej. Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia także w Polsce, tworząc własny termin tzw. pokolenia JP2. To prawda, w latach 80. i 90. XX wieku choćby przez takie środowiska jak Ruch Światło-Życie przewinęło się bardzo wiele młodych osób, dla których papież stanowił niezwykle istotny punkt odniesienia. Już wówczas jednak ze sporym rozbawieniem słuchałem opowieści o papieżu jako ikonie całego pokolenia, widząc jak rozpędzają się procesy sekularyzacyjne, choć jeszcze po cichu, pod kołderką kulturowego katolicyzmu.  

Mój drugi problem z rozważaniami o pokoleniu Y dotyczy ram czasowych. Zapewne w USA istnieją podobieństwa pomiędzy osobami urodzonymi na początku lat 80. i w połowie lat 90. XX wieku. W Polsce jednak takie porównania nie mają chyba większego sensu. Ktoś, kto urodził się w 1981 r. i niemal całe dzieciństwo spędził w okresie gnijącego PRL-u, a dojrzewanie zaliczył w szalonych, posttransformacyjnych latach 90., ma radykalnie inne doświadczenia od osoby urodzonej w 1996 r. Ta bowiem najntisów niemal w ogóle nie pamięta, nie wspominając już o życiu w komunie, która to może być dla niej równie odległa, co epoka dinozaurów.

Jeśli zatem szukać jakiejś grupy, cechującej się w miarę podobnym doświadczeniem, sensowniej spojrzeć na roczniki 1976-1985, czyli pokolenie wyżu demograficznego. Obecni czterdziestolatkowie to niemal 7 mln obywateli, którzy mają faktycznie o wiele więcej cech wspólnych, niż ludzie zaliczani według amerykańskiego wzorca do milenialsów. Nie należy traktować tej cezury bardzo sztywno – może być tak, że w tym opisie odnajdą się osoby nieco starsze, jak i nieco młodsze.

Poza dzieciństwem w PRL i młodością w latach 90. podstawowy punkt wspólny mojego pokolenia stanowi jednak fakt, że jest nas po prostu dużo.

Pokolenie walki o zasoby

Aby zrozumieć różnicę, wystarczy porównać średnią liczbę urodzeń dla następujących po sobie dekad: 1966-1975, 1976-1985 oraz 1986-1995. W pokoleniu wyżu średnia ta wyniosła prawie 689 tys. dzieci rocznie. W poprzedzającym (dzisiejsi pięćdziesięciolatkowie) było to 567 tys., a w następującym po nim (trzydziestolatkowie) – 542 tys., czyli ok. 20 proc. mniej.  

Różnica ta miała (i w przyszłości znów mieć będzie) bardzo konkretne konsekwencje. Gdybym miał znaleźć jakieś symboliczne określenie, które dobrze oddaje wspólny los mojego pokolenia, to byłoby nim: „10 na 1 miejsce”. Od samego początku musieliśmy bowiem konkurować o ograniczone zasoby. Dotyczyło to edukacji (zarówno na poziomie średnim, jak i wyższym), ale także ochrony zdrowia, a później – atrakcyjnych stanowisk na rynku pracy. Doświadczenie to jest wśród nas na tyle powszechne, że spokojnie można je uznać za wyróżnik pokoleniowy. W przyszłości zaliczymy też największy spadek stopy zastąpienia w systemie emerytalnym (a w efekcie poziomu życia), kiedy nagle tak liczne roczniki wejdą w okres postprodukcyjny. 

Drugim wyróżnikiem, mocno związanym z wzrastaniem w konkurencyjnej rzeczywistości, jest tzw. kultura zapierdolu. Od najmłodszych lat musieliśmy zaakceptować, że życie jest walką, i jeśli chcemy przetrwać, musimy być lepsi od innych, by zwyczajnie wygryźć pozostałą dziewiątkę starającą się o to symboliczne jedno miejsce. Takie podejście można spotkać także u osób młodszych i starszych niż dzisiejsi czterdziestolatkowie, ale jest ono o wiele wyraźniejsze u przedstawicieli tej grupy.

Kolejną cechą, która ją spina, jest boom edukacyjny przełomu wieków. Jeszcze w roku akademickim 1995/1996 współczynnik skolaryzacji na poziomie edukacji wyższej wynosił 22,3 proc. Pięć lat później, kiedy na uniwersytetach studiowały już głównie roczniki wyżu, wskaźnik ten wzrósł do 40,7 proc. Kiedy moje pokolenie wychodziło z tradycyjnego wieku akademickiego 19-24 lata, współczynnik skolaryzacji przekroczył wręcz 50 proc. A kiedy już ustąpiło miejsca dzisiejszym trzydziestolatkom, odsetek absolwentów szkół średnich decydujących się na rozpoczęcie studiów zaczął powoli spadać. Różnice te widać w liczbach bezwzględnych – w pierwszej dekadzie XXI w. liczba studentów przekraczała 1,5 mln, a w jej drugiej połowie dobijała nawet do dwóch milionów. Obecnie jest to o jakieś 40 proc. mniej. 

Dorosłość milenialsa: trudno o pracę, trudno o kredyt, łatwo o emigrację

Niezależnie od samego faktu walki o miejsce na bezpłatnych studiach (udawało się to średnio zaledwie czterem na dziesięciu studentów), boom edukacyjny wiązał się z masowym exodusem z tzw. prowincji do dużych miast. To z kolei oznaczało istotny wzrost popytu na mieszkania i wzrost ich cen. Problem ten dotknął szczególnie młodszą połówkę pokolenia wyżu, która trafiała na rynek pracy już po wejściu Polski do UE i przy gwałtownie rosnących cenach mieszkań

Zjawisko to pokazuje zresztą, iż nawet w obrębie analizowanej grupy można wskazać pewne różnice. Roczniki 1980-1985 wpadły w pułapkę dużych kredytów hipotecznych o wiele mocniej, niż ich nieco starsi koleżanki i koledzy, wchodzący na rynek pracy w okresie 20-procentowego bezrobocia przełomu wieków (wraz z wejściem do UE wielu z nich podjęło decyzję o emigracji). Najgorzej mają chyba roczniki 1983-1985: były najliczniejsze, a jednocześnie wchodziły na rynek pracy w okresie światowego kryzysu finansowego. Jak pokazują badania, roczniki te nigdy nie odrobią strat poniesionych na starcie kariery zawodowej. Oczywiście w sensie statystycznym; przynależność pokoleniowa nie znosi innych, w tym zwłaszcza klasowych podziałów.

Niezależnie jednak od tego, czy ktoś emigrował, czy był zmuszony pracować na zabój, by spłacić ratę kredytu, jego możliwości realnego angażowania się w sprawy publiczne w Polsce były mocno ograniczone. Tak, moje pokolenie na jakiś czas zniknęło z rzeczywistości społeczno-politycznej, choć także z innych powodów. Roczniki wyżu doświadczyły jeszcze zablokowania ścieżek awansu – w polityce, biznesie, nauce, mediach, Kościele. Chyba tylko sektor pozarządowy, który dopiero zaczął się rozwijać na początku XXI w., tworzył w tej materii większą przestrzeń. 

Milenialsi to także Bosak, Mentzen i Stanowski

Wchodziliśmy zatem w dorosłość na przełomie wieków, kiedy wiele nowych stanowisk, powstałych po transformacji, zostało już zaklepanych przez obecnych 50- i 60-latków. Wystarczy spojrzeć na życiorysy liderów partyjnych, prezesów największych firm, redaktorów naczelnych opiniotwórczych mediów, rektorów i dziekanów lub kluczowych postaci polskiego Kościoła – reprezentują oni głównie wcześniejsze roczniki i zdążyli się na swoich pozycjach mocno okopać. Nie tak zupełnie abstrakcyjna jest obawa, że nim ich era przeminie, my zdążymy się zestarzeć. Zjawisko to stanowi zapewne jeden z wielu powodów fenomenu wzrostu poparcia dla Konfederacji – jej liderzy Krzysztof Bosak (rocznik 1982) i Sławomir Mentzen (rocznik 1986) to w końcu ludzie z naszego pokolenia.

Nie można zarazem zapomnieć, iż równocześnie najlepsze lata kariery zawodowej przypadły w tej grupie na okres prosperity drugiej dekady XXI wieku. To czas, kiedy realne wynagrodzenia, zwłaszcza w porównaniu do innych państw UE, galopowały. Dodatkowo pojawiło się 500 plus, które w przypadku części rodziców zwiększało dochód rozporządzalny nawet o 20 proc. Jest pośród nas także sporo obywateli, którzy mając trzydzieści lat skupili się na zarabianiu pieniędzy, by po czasie dorobić się znaczących majątków, nawet jeśli nie piastowali wysokich funkcji. Zresztą często właśnie z tego powodu zakładali własne firmy, ale też stawali się beneficjentami rozwoju sektora usług biznesowych w największych polskich miastach, w których zostali po ukończeniu studiów. 

Dzisiejsi 40-latkowie są w miarę zamożni, czują się wciąż młodzi (inaczej niż inżynier Karwowski ze słynnego serialu z lat 70.) i nie mają już takich kompleksów wobec mitycznego Zachodu jak starsze roczniki, które nie załapały się choćby na studenckie wymiany w ramach programu Erasmus. Więcej – nie tylko nie mają kompleksów, ale charakteryzują się ogromnymi aspiracjami. W moim odczuciu nie ma absolutnie żadnego przypadku w tym, że właśnie ta grupa wiekowa tak mocno kupiła opowieść wokół CPK i jest otwarta na inne projekty cywilizacyjne.

Głosem tego pokolenia jest w moim odczuciu m.in. Krzysztof Stanowski, rocznik 1982. Nie twierdzę oczywiście, że czterdziestolatkowie tłumnie pójdą do urn wrzucić kartkę z jego nazwiskiem. Chodzi raczej o to, że stworzony przez niego Kanał Zero stał się przestrzenią, która odpowiada na emocje, potrzeby i aspiracje roczników wyżu demograficznego. Widać to wyraźnie także wśród prowadzących, większość z nich pochodzi z tego właśnie pokolenia.

Dlaczego Polska zależy od rodzimych milenialsów

Ludzie, którzy do tej pory głównie zarabiali pieniądze, zaczynają powoli upominać się o swoje. Tym bardziej że najczęściej odchowali już dzieci i mają więcej zasobów finansowo-czasowych, by się bardziej zaangażować – już na swoich warunkach. To zapewne nie jest przypadek, że PiS w wyborach prezydenckich postawił na Karola Nawrockiego, rocznik 1981. Te dziesięć roczników wyżowych to bowiem jedna czwarta wszystkich głosujących. Co więcej, w przeciwieństwie do starszych, zwłaszcza z grupy 60+, którzy są już okopani po dwóch stronach „popisowskiego” frontu, 40-latkowie to dziś kluczowy swing state, używając porównania z amerykańskiej polityki. Sukces koalicji 15 października to w jakiejś mierze zasługa rekordowej frekwencji nie tylko najmłodszego pokolenia, ale także mobilizacji wyborczej pokolenia wyżu w PRL. Tym bardziej że tych pierwszych jest zwyczajnie niewielu: dla roczników 1996-2005 średnia liczba urodzeń to niecałe 380 tysięcy. Dla przypomnienia, w rocznikach 1976-1985 to prawie 690 tysięcy.

Nie mam większych wątpliwości, że na ostateczny wynik wyborów prezydenckich, ale także kolejnych parlamentarnych, wpłynie mobilizacja wyborcza pokolenia wyżu demograficznego. Ten, komu uda się do tych ludzi dotrzeć, ma sporą szansę, by już w 2027 r. zgarnąć całą pulę. Co prawda w powszechnej opinii łatwo znaleźć argumenty, że o wyniku wyborów rozstrzygają w Polsce seniorzy, których jest najwięcej, jednak ich preferencje wyborcze są zasadniczo stałe – cała walka toczy się wyłącznie o to, czy pójdą do wyborów, i to głównie do nich kierowane są kampanie profrekwencyjne.

W przypadku czterdziestolatków nie wystarczy zachęcić do głosowania. Trzeba ich też przekonać, by zagłosowali na konkretnego kandydata. Nie sądzę, że w Polsce powstanie „partia CPK”, ale intuicja coraz mocniej podpowiada mi, że władzę zdobędzie ktoś, kto umiejętnie odpowie na emocję, która się za taką nieistniejącą partią kryje.

O co chodzi polskim milenialsom

Warto podkreślić, że czterdziestolatkowie nie zmienią wyłącznie sfery polityki partyjnej. Świetnym przykładem, pokazującym ogromny wpływ tej grupy na rzeczywistość społeczną, jest edukacja (która często jak w soczewce skupia szereg różnych zjawisk). Wychowani w kulturze zapierdolu mamy głębokie przekonanie, że sukces naszych dzieci zależy od tego, ile zainwestujemy w ich edukację i rozwój. Nie jest moim zdaniem żadnym przypadkiem fakt, że współcześni polscy rodzice są tak wymagający i mają tak wysokie oczekiwania zarówno wobec własnych dzieci, jak i szeroko rozumianego otoczenia. Dziś jednak, w przeciwieństwie do czasów naszej młodości, mamy już zasoby finansowe, żeby te oczekiwania w coraz bardziej wysublimowany sposób realizować. 

Rozmawiałem niedawno ze znajomym z Warszawy, który pracuje w Brukseli. Opowiadał mi, że jakość usług edukacyjno-opiekuńczych w sektorze prywatnym w Polsce i Belgii jest nie do porównania – oczywiście na korzyść Polski. Oferta zajęć dla dzieci i młodzieży, włączając w to korepetycje, jest u nas rzeczywiście ogromna i wydajemy na nią majątek. Sam fakt, że już 10 proc. polskich uczniów kształci się w niepublicznych szkołach, jest jakimś dowodem potwierdzającym tę tezę. Widać to także w obciążeniach edukacyjnych polskich nastolatków (licząc łącznie czas spędzony na naukę w szkole i poza nią), którzy są jednymi z najbardziej zajętych pośród uczniów z państw rozwiniętych, zgromadzonych w OECD. Może nie staliśmy się jeszcze Chinami, Japonią czy Koreą, ale zaryzykowałbym twierdzenie, że jesteśmy na dobrej drodze. Co na marginesie widać także w statystykach dotyczących dzietności – to inna strona medalu kultury zapierdolu.

Bardzo ciekawym odpryskiem opisywanego przeze mnie zjawiska jest dyskusja wokół zakazu zadań domowych. Z wielu stron od 40-letnich rodziców słyszę, że to obniżanie wymagań, że uczniowie potrzebują „dociśnięcia śruby”, że życie jest pełne stresu i trzeba dzieciaki na to przygotować, że bez pracy niczego nie osiągną etc. Wreszcie, że uczniowie dziś niejako szantażują i nauczycieli, i rodziców, a prawo ich w tym zakresie zbyt mocno chroni. Gdzieś w głowie pojawiła mi się jednak myśl, iż może to być forma samoobrony dzisiejszej młodzieży przed niespełnionymi oczekiwaniami dorosłych. A z drugiej strony, że reformując system oświaty musimy zarazem uwzględnić mentalność tej grupy rodziców.

Mam bardzo głębokie przekonanie, że nie da się skutecznie uprawiać polityki w Polsce, zarówno tej partyjnej, jak i polityk sektorowych, bez dogłębnego zrozumienia duszy dzisiejszych polskich czterdziestolatków i tego, co będzie się z nimi dziać w wyniku postępującego starzenia się. O ile w ogóle w dobie słabnącego państwa da się jeszcze prowadzić jakąkolwiek skuteczną politykę.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 9/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Pokolenie aspiracji