Iran i USA o krok od wojny totalnej. Świat zapłaci za blokadę cieśniny Ormuz

USA gromadzą wojska wokół Iranu. Jeśli konflikt wybuchnie na pełną skalę, Ormuz stanie się bramą do globalnego kryzysu. Kto wygrywa na obecnej eskalacji?
Czyta się kilka minut
Pogrzeb Alego Chameneiego. Teheran, 6 lipca 2026 r. // Fot. Fatemeh Bahrami / AFP / East News
Pogrzeb Alego Chameneiego. Teheran, 6 lipca 2026 r. // Fot. Fatemeh Bahrami / AFP / East News

Amerykańskie naloty, powtarzające się od dwóch tygodni, oficjalnie mają zmusić Iran do zaprzestania ataków na tankowce, które próbują przepłynąć cieśninę Ormuz szlakiem obok wybrzeży Omanu, ignorując trasy wytyczane przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej. 

Cele tych ataków układają się jednak w coraz wyraźniejszy plan. Oprócz radarów, portów, stanowisk obrony powietrznej, składów rakiet i dronów, Amerykanie bombardują też maszty telekomunikacyjne, mosty, drogi i linie kolejowe w prowincji Hormozgan. Wygląda to tak, jakby armia USA szykowała się do lądowej inwazji na wyspy w Zatoce Perskiej i na wybrzeże Iranu, a także do odparcia wówczas ewentualnego irańskiego kontrataku.

Czy tę wojnę można wygrać?

Gdyby taka inwazja faktycznie miała miejsce, nie byłaby to operacja w stylu Afganistanu czy Iraku. Nie ma mowy, by doszło do okupacji kraju pięć razy większego od Polski, w większości górzystego, którego armia od lat przygotowuje się do nieuchronnej konfrontacji z „wielkim szatanem”, jak w Iranie nazywane są Stany. Byłaby to misja skazana na porażkę i liczne straty w ludziach, więc nikt, kto w Waszyngtonie zachował rozsądek, nie zlekceważy eksperckich raportów, wykluczających widok pojazdów U.S. Army na ulicach Teheranu czy Isfahanu.

Jednak wojna nie musi mieć aż tak wygórowanych celów. Zwłaszcza dziś, gdy klęskę poniósł plan, który zakładał, że po zabójstwie Alego Chameneiego i kierownictwa armii irański system się rozpadnie, bo ludzie, którzy w styczniu tego roku demonstrowali tysiącami na ulicach irańskich miast, po raz wtóry zaryzykują życiem.

Do niczego takiego nie doszło. A po śmierci 168 dzieci w szkole w Minab, trafionej pociskami Tomahawk, oraz po katastrofie ekologicznej wywołanej izraelskimi nalotami na zbiorniki ropy pod Teheranem – liczba zwolenników rozprawy z reżimem w samym Iranie radykalnie spadła.

Dziś Irańczycy nie wierzą, że USA i Izrael – gotowe atakować ludność cywilną i infrastrukturę, w tym elektrownie, a przy tym grożące zniszczeniem całej cywilizacji irańskiej – w ogóle myślą o prawach człowieka.

Między ajatollahami a Trumpem: nastroje w Iranie

Z moich rozmów z Irańczykami z Teheranu wynika, że w kraju panuje ciężka atmosfera. Ludzie przeciwni islamskiej republice są zniechęceni, wielu straciło pracę w wyniku kryzysu wojennego, wielu czuje się jak w pułapce i nie ma nadziei na lepsze życie. 

Jedna z aktywistek opowiadała mi o kłótni ze swym przyjacielem, który wziął udział w propagandowym pogrzebie Alego Chameneiego – choć wcześniej, w styczniu, stracił brata, który został zastrzelony podczas demonstracji. Dziś jednak wybrał stronę ówczesnych przeciwników.

Atmosfera w Iranie determinuje postawę tamtejszych władz, które po zawarciu w połowie czerwca poniżającego dla USA memorandum, mającego zakończyć ostrą fazę konfliktu, widziały się na wygranej pozycji. W związku z tym przygotowywały już nawet system opłat za bezpieczną przeprawę przez cieśninę Ormuz. W tyle głowy miały zaś zapewne przekonanie, iż Ormuz stał się przetestowaną w boju „bramą”, którą zawsze można zamknąć, paraliżując światową gospodarkę.

Czy USA szykują się do uderzenia

Jednak dla Stanów, których potęga zasadza się na petrodolarze i gwarantowanej przez armię swobodzie żeglugi na świecie, taki irański szantaż jest nie do przyjęcia. I to nawet jeśli administracja Trumpa uznaje pewien rodzaj kontroli Iranu nad wodami Zatoki Perskiej po tym, jak Persowie nie dali się złamać Ameryce i wydrenowali jej magazyny najnowocześniejszej broni.

Konfrontacyjna postawa władz – ajatollaha Modżtaby Chameneiego (o ile on żyje), dowództwa Korpusu Strażników Rewolucji, prezydenta Masuda Pezeszkiana i szefa negocjatorów Mohammada Ghalibafa – zmusza dziś jednak Waszyngton do co najmniej przywrócenia równowagi.

Nie przypadkiem w ostatnich dniach Teheran opuścili dyplomaci Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii. Nie przypadkiem też w krajach wokół Iranu zgromadzono ponad 50 tys. żołnierzy USA, wśród których są siły specjalne i cały korpus marines. A przede wszystkim dwie grupy lotniskowców z kilkunastoma niszczycielami, okrętami podwodnymi i okrętami walki przybrzeżnej, nie wspominając o ponad 250 samolotach bojowych. W ostatnich dniach do regionu przerzucono też 150 lekarzy i szpitale polowe. To może być symboliczne.

Scenariusze amerykańskiej inwazji

Wiele wskazuje na to, że desant na wybrzeże Iranu, który miałby zarazem odciąć dowództwo w Teheranie od irańskich oddziałów na południu (przez zniszczenie infrastruktury transportowej na lądzie), może nastąpić w każdej chwili. 

Zadanie to bardzo ambitne. Wojskowi stratedzy twierdzą, że Amerykanie musieliby sparaliżować perską obronę w promieniu ok. 120 km, by móc w ogóle myśleć o wysadzeniu większych wojsk na terytorium kraju, który ma ogromną armię, tradycje państwowości sięgające 2,5 tys. lat i wyjątkową niechęć do obcych ingerencji.

To zaś oznacza, że nawet jeśli udałoby się początkowo stłamsić Irańczyków jednoczesnymi atakami na cele wojskowe i zastraszającymi nalotami na największe miasta, pozostaje pytanie, co dalej. Czy cofanie Iranu „do epoki kamienia” złamie opór władz, które ledwie pół roku temu przetrwały największy w historii islamskiej republiki bunt społeczny? Czy w takiej sytuacji Teheran się podda?

Można przeczytać w tej sprawie dziesiątki wnikliwych analiz, ale wnioski z nich nie są czytelne. W najbardziej optymistycznym dla świata wariancie Amerykanie przeprowadzają spektakularny, ale ograniczony atak, który będzie kubłem zimnej wody na rozpalone głowy ajatollahów i dowódców Korpusu Strażników, i zmusi ich do powrotu do negocjacji, których dziś Teheran unika.

Świat zapłaci za tę wojnę

Nie jest to jedyny scenariusz. Jeśli przywództwo Iranu nie da się złamać i nie zostanie zabite (zapewne w razie gwałtownej eskalacji Amerykanie spróbują zrobić to samo, co uczynili już na początku wojny, wtedy wraz z Izraelczykami) lub sprawnie zastąpione – to nie sposób wyobrazić sobie, co mogłoby nastąpić później. A może inaczej: można sobie wyobrazić niemal wszystko.

Szansą Teheranu, gdyby zdecydował się na pełnoskalową wojnę – mimo postępujących, degradujących militarnie i cywilizacyjnie nalotów ze strony USA – byłaby maksymalizacja kosztów drugiej strony. A tak naprawdę całego świata, który będzie się szybko mierzył z ceną ropy szybującą w stronę 150 dolarów za baryłkę. 

Nawet jeśli Amerykanie zajmą wybrzeże, muszą w końcu zawrzeć jakiś kompromis. Nie da się odblokować cieśniny Ormuz na dłużej bez rozejmu, pokoju lub kapitulacji przeciwnika (i jego sojusznika w postaci Hutich, grożących blokadą tzw. Bramy Łez na drodze do Suezu). Żadna firma ubezpieczeniowa nie zawrze umowy z armatorem kosztownych tankowców, jeśli będzie istnieć niebezpieczeństwo ataku dronem czy ręczną rakietą. 

Blokada cieśniny Ormuz i globalna gospodarka

To nie muszą być zresztą nieustanne ataki – wystarczy skuteczne uderzenie raz na kilka dni, aby liczba chętnych do przeprawy przez Ormuz spadła do wąskiego grona desperatów. Takie działania zaś, w rozległym regionie pełnym skał, ukrytych tuneli i ludności, której nie da się w pełni kontrolować, jest niemal pewne.

Mało tego, przez Ormuz coś musi płynąć. Tymczasem najprostsze, co w scenariuszu desperackiej obrony Iranu można sobie wyobrazić, to ciągłe salwy rakietowe wymierzone w infrastrukturę naftową i gazową oraz w odsalarnie wody w regionie Zatoki Perskiej; od tych ostatnich zależy wprost życie ludności państw arabskich. Skoro zezwoliły na amerykańskie ataki z baz na swoim terytorium, to zdaniem Teheranu są legalnym celem.

Nie do końca wiadomo, jak mocno zniszczone zostały podziemne oraz mobilne wyrzutnie irańskich rakiet balistycznych (dane wywiadu USA mówią o eliminacji maksymalnie 30 proc.). Ale pewne jest, że mimo wysokiej skuteczności obrony przeciwlotniczej państw Zatoki, Iran udowodnił, iż przy gęstych nalotach jest w stanie skutecznie przedzierać się przez wspomagane przez USA „tarcze” nad Bahrajnem, Kuwejtem i Jordanią, niszcząc też mocno infrastrukturę i sprzęt w bazach USA.

Izrael: jedyny wygrany wojny USA–Iran

Ataki na sąsiadów Iranu (wyłączono z nich chwilowo Emiraty i Arabię Saudyjską) musiałyby przynieść w końcu arabski odwet, jakiego dotychczas zwłaszcza małe kraje Zatoki próbowały unikać. Jednak w sytuacji zagrożenia ruiną gospodarczą i exodusem ludności pozbawionej wody, to może być jedyna opcja.

Wtedy jednak mielibyśmy cały ten region w ogniu – i straty w infrastrukturze energetycznej, których naprawa potrwać może ponad dekadę. Na to świat nie może się zgodzić, więc wszystkie ważne kraje będą dążyć do deeskalacji.

Na dziś wszyscy w tej wojnie są przegrani. Wszyscy – poza Izraelem, który, wciągając Donalda Trumpa w wojnę, doprowadził do osłabienia Iranu, swojego największego wroga. Samemu ponosząc przy tym umiarkowane straty – i mając teraz w swoim sąsiedztwie zszokowane irańskim odwetem, osłabione kraje arabskie.

Arabia Saudyjska państwem atomowym?

Tym zaś zostały dwa wyjścia. Albo pójdą na układ z Iranem, błagając go o pokój (ale bez gwarancji, co zrobią USA), albo staną się autokracjami totalnie uzależnionymi od pomocy Stanów. Zmuszających je do normalizacji stosunków z Izraelem wbrew własnym obywatelom, za to w zamian za pewne koncesje, np. technologię jądrową, wraz ze zgodą na wzbogacanie uranu przez Królestwo Saudów (o ile będzie gdzie te reaktory w ogóle bezpiecznie budować).

Cokolwiek w najbliższych tygodniach nastąpi, Bliski Wschód za rok już nie będzie taki sam. Tamto status quo sprzed 28 lutego jest niemożliwe do przywrócenia.

Tekst ukończono 24 lipca.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Brama wojny i pokoju