Był październik 2023 r., gdy świat obiegła wiadomość, że prokuratorzy generalni Stanów Zjednoczonych wytoczyli proces firmie Meta (właściciel Facebooka, Instagrama i WhatsAppa), oskarżając ją o projektowanie swoich produktów w sposób szkodzący nastolatkom. Ponieważ było to działanie bezprecedensowe, zastosowano typowe w takich sytuacjach testowanie systemu: trzydziestu trzech prokuratorów złożyło pozew zbiorowy, a ośmiu pozwy indywidualne.
Moment był przełomowy: po raz pierwszy w historii instytucje państwa rozpoczęły skoordynowaną ofensywę przeciwko właścicielowi platform społecznościowych – i to jeszcze w USA, kolebce social mediów. Trudno już było ten fakt zbyć hasłami o „hamulcowych postępu”, jak często określano osoby i organizacje działające przeciwko VLOP-om, czyli wielkim platformom online (z ang. Very Large Online Platform).
A takich głosów nie brakuje i trudno się im dziwić. W końcu przez ostatnie dwie dekady wielu uwierzyło w dobroczynne skutki postępu technologicznego i czerpało zyski z promowania go. Coraz wcześniej wręczaliśmy dzieciom smartfony, by „nie były wykluczone” (z czego?), cyfryzowaliśmy szkoły, by uczyły kompetencji przyszłości (jakich?), zapraszaliśmy do rozmaitych ciał doradczych przedstawicieli big techów, wierząc, że zostaniemy tygrysami gospodarki cyfrowej (dla czyich korzyści?).
Jak Google, Meta, TikTok budowały swój wizerunek
Przez ostatnie dwie dekady towarzyszyła nam narracja, którą konsekwentnie powtarzali przedstawiciele platform: nasze produkty są narzędziem, jak nóż czy młotek, trzeba po prostu umieć się z nimi obchodzić. Żadne dostępne źródła nie informują jednak o istnieniu noża, który wysyła swojemu właścicielowi powiadomienia sprawiające, że nie można się oprzeć używaniu go.
Opowieść o neutralnych mediach społecznościowych przenosiła odpowiedzialność na użytkownika, a w przypadku dzieci i nastolatków – na rodziców. I była bardzo skuteczna.
W drugiej dekadzie tego wieku debata publiczna i działania systemowe koncentrowały się z kolei na edukowaniu dzieci i młodzieży, które miało wspierać rzekomo niewydolnych wychowawczo w tym obszarze dorosłych.
Wiele z tych działań było hojnie finansowanych przez firmy takie jak Google (właściciel YouTube’a), wspomniana Meta, a potem TikTok, które dotując pozarządowe, a nawet rządowe programy, budowały swój wizerunek podmiotów odpowiedzialnych społecznie, które – że zacytuję ich przedstawicieli – dokładają wszelkich starań, by ich produkty były bezpieczne dla nastolatków.
Zapytacie: a dla dzieci? Otóż, jak utrzymywali przedstawiciele VLOP-ów, dzieci w mediach społecznościowych nie ma, gdyż regulaminy platform pozwalają na założenie konta wyłącznie osobom powyżej 13. roku życia.
Wnioski po lekturze raportu „Internet dzieci 2026”
Dlaczego przez tak długi czas podtrzymywano iluzję niewiedzy o istnieniu dzieci korzystających z mediów społecznościowych? Czy chodziło o niechęć do podcinania gałęzi, na której rozsiedli się dorośli?
Dzieci w sieci były świetnym biznesem: traciły poczucie kontroli nad czasem, klikały, skrolowały i trafiały do statystyk jako osoby powyżej 13. roku życia.
Jeśli z opublikowanego właśnie raportu „Internet dzieci 2026” dowiadujemy się, że z mediów społecznościowych (wliczam w nie również YouTube’a, ze względu na możliwość komentowania, obserwowania się nawzajem i kontaktu użytkowników między sobą) wbrew regulaminowi korzysta 1,5 mln dzieci, to dokładnie o tyle spadłaby liczba użytkowników tych aplikacji, gdyby skutecznie ograniczyć im dostęp.
A mniej użytkowników to mniejsze zasięgi i mniejsze zyski. Trudno się dziwić, że nie było chętnych do podniesienia ręki prawa na firmy z amerykańskim kapitałem. Zwłaszcza wśród polityków, którym media społecznościowe oferują narzędzia oddziaływania na wyborców: taki obrażony TikTok mógłby realnie wpłynąć na wyniki wyborcze kandydata czy nawet całego ugrupowania.
Jak dzieci korzystają z internetu
W Polsce kres twierdzeniom o nieobecności dzieci w mediach społecznościowych położył pierwszy raport „Internet dzieci”. Zaprezentowany w marcu 2025 r., prezentował dane z narzędzi analitycznych Gemiusa, mierzących korzystanie z internetu co do sekundy.
Okazało się wtedy, że w grupie wiekowej 7-12 lat ponad połowa populacji to użytkownicy mediów społecznościowych. Że korzystają głównie z TikToka i YouTube’a – połowa wchodzi do nich od razu po przebudzeniu i tuż przed zaśnięciem. I że rośnie grupa dzieci spędzających na TikToku ponad dwie godziny dziennie.
A druga edycja raportu „Internet dzieci”, zaprezentowana 15 czerwca br., potwierdziła to, co wynikało z badań deklaratywnych, publikowanych m. in. w raportach Naukowej Akademickiej Sieci Komputerowej (NASK) czy Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę.
Raport „Nastolatki wobec pornografii” NASK-u donosił o porażającej skali dostępu do pornografii, po którą codziennie sięga 20 proc. nastolatków w wieku 14-17 lat, i o obniżającym się wieku pierwszego kontaktu z takimi treściami, wynoszącym obecnie między 10 a 11 lat.
I choć jesienią 2025 r. TikTok wspólnie z Fundacją SexedPl opublikował badanie, z którego wynikało, że blisko dwie trzecie młodzieży obcuje w aplikacji przede z treściami edukacyjnymi, trudno dać temu wiarę. Symboliczna jest wypowiedź ósmoklasistki, która na jednym ze spotkań powiedziała do mnie: „Ilekroć wchodzę na TikToka, wyświetlają mi się materiały pornograficzne. Niech dorośli coś z tym zrobią, bo ja nie chcę tego widzieć”.
Lobbyści big techów w Parlamencie Europejskim
W czerwcu 2025 r., podczas prezentowania wyników raportu Sejmowej Komisji ds. Dzieci i Młodzieży, przedstawicielki Mety i YouTube’a nadal utrzymywały, że wiekiem startowym ich użytkowników jest 13. rok życia. Wiceminister cyfryzacji Michał Gramatyka upomniał mnie wówczas, że swoimi pytaniami sprawiam przykrość przedstawicielom VLOP-ów, którzy przecież angażują się w prace resortu cyfryzacji.
Nie była to zresztą jedyna jego wycieczka pod moim adresem; innym razem nazwał mnie „samozwańczym Robin Hoodem polskiego internetu”, co zresztą bardzo mi schlebiło: jeśli Robin Hood odbierał bogatym i oddawał biednym, to moje środowisko stara się odzyskać czas odbierany nam przez rozmaite manipulacyjne rozwiązania zaprojektowane w platformach społecznościowych. Pytaniem otwartym pozostaje, kto w tym układzie jest szeryfem z Nottingham.
Ale polski wiceminister cyfryzacji nie jest jedynym politykiem, któremu trudno się pogodzić z krytyką big techów. A firmy technologiczne włożyły wiele wysiłku w zapewnienie sobie wsparcia.
W 2024 r. Parlament Europejski liczył 720 europosłów. W tym samym czasie przy unijnych instytucjach akredytowano 860 lobbystów reprezentujących największe firmy technologiczne świata. Innymi słowy: na każdego eurodeputowanego przypadał więcej niż jeden przedstawiciel branży big tech.
Według danych Reutersa i Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, w Brukseli działa ok. 29 tys. lobbystów związanych z sektorem technologicznym – najwięcej reprezentantów mają Google, Meta, Apple, Amazon i Microsoft. Tylko w 2024 r. big techy przeznaczyły na oficjalne działania lobbingowe 151 mln euro.
W Polsce nie prowadzimy takiego rejestru, ale zarówno w Radzie ds. Cyfryzacji przy ministrze cyfryzacji, jak i w Radzie Nowych Mediów przy prezydencie RP znajdziemy specjalistów od public relations lub public affairs właścicieli trzech głównych VLOP-ów: Mety, Google’a i TikToka.
Jak na nas wpływa brak higieny cyfrowej
W mojej pracy spotykam wielu nastolatków, rodziców i nauczycieli. Od lat obserwuję ich rosnący niepokój i niezadowolenie, których jednak nie powodują wyniki badań, lecz sytuacja we własnym domu. Oto bowiem zaczynamy się mierzyć z pierwszymi konsekwencjami niekontrolowanej inicjacji cyfrowej, w postaci zaburzeń zdrowotnych związanych z negatywnymi porównaniami czy problemami z koncentracją, albo stresu wynikającego z przenikniętych przemocowymi zachowaniami grup klasowych na komunikatorach.
O tym ostatnim niezwykle wnikliwie piszą autorki raportu „Dziewczynki i komunikatory”, wydanego w 2025 r. przez Fundację Kosmos dla Dziewczynek. Kiedy dziecko budzi się i widzi kilkaset nieprzeczytanych wiadomości w wątku klasowym, jego pierwsza myśl dotyczy tego, czy ktoś się właśnie z niego nie nabija.
Książkę „Twój telefon, twoje zasady. Jak dzięki higienie cyfrowej żyć po swojemu?” kierowałam do młodzieży i młodych dorosłych, dużo uwagi poświęciłam więc poznaniu ich punktu widzenia. Spodziewałam się, że usłyszę o obniżonej samoocenie, negatywnym stosunku do własnego ciała czy doświadczaniu przemocy, tymczasem młodzi mówili przede wszystkim o tym, że z powodu używania godzinami mediów społecznościowych mało śpią, gorzej się uczą lub nie mają czasu na pasje. W ich opowieściach pojawia się przede wszystkim TikTok, a usunięcie aplikacji społecznościowych z telefonu wskazują jako klucz do zapanowania nad czasem ekranowym.
Te osobiste doświadczenia odbijają się w ogólnopolskich badaniach higieny cyfrowej – zarówno w grupie dorosłych, jak młodzieży ponad połowa respondentów uważa, że spędza przed ekranem dużo lub za dużo czasu. I choć w debacie o używaniu internetu odchodzi się od samego czasu ekranowego, to jednak subiektywne odczucia użytkowników są ciekawe. Otóż, jesteśmy zmęczeni od skrolowania.
To już nie media społecznościowe, tylko algorytmiczne
Nie kwestionuję faktu, że w mediach społecznościowych można znaleźć treści edukacyjne ani tego, że dla wielu nastolatków mogą być one wsparciem. Mówi o tym wiele interesujących raportów, choćby „Pozytywny internet i jego młodzi twórcy” pod redakcją Jacka Pyżalskiego. Bez wątpienia mówimy tu o przedmiotach codziennego użytku.
Są to jednak przedmioty wysokiego ryzyka, które niewiele już mają wspólnego z prostymi serwisami do odnajdywania znajomych. Zresztą ich twórcy od dawna nie kryją się ze swoimi intencjami. W doskonale udokumentowanym reportażu „W trybach chaosu”, pióra Maksa Fishera, znajdziemy wiele wypowiedzi twórców Facebooka i innych platform, także tych związanych z grami cyfrowymi, że ich celem jest również doprowadzenie do utraty kontroli nad uwagą i spożytkowanie tego, co Shoshana Zuboff nazywa nadwyżką behawioralną.
Biorąc jednak pod uwagę fakt, że blisko połowa polskich nastolatków w dni wolne od szkoły skroluje ponad 7 godzin dziennie, a co dziesiąty nawet do dwunastu godzin (odwołuję się do badania dostępnego na stronie higienacyfrowa.pl), wygląda na to, że platformy starają się zagarnąć znacznie więcej niż nadwyżkę.
Jest to możliwe dzięki projektowaniu produktów cyfrowych z wykorzystaniem wiedzy o słabościach ludzkiej psychiki, często obecnych również w grach hazardowych. Oraz oczywiście dzięki projektowaniu algorytmów podsuwających nam treści, które mają wywołać silne emocje: lęk, złość czy radość.
Dziś mamy więc do czynienia z mediami nie społecznościowymi, lecz algorytmicznymi. Algorytmy zaś projektowane są tak, by realizować cele biznesowe właścicieli platform i ich klientów. W obliczu tego przekonanie, że media społecznościowe służą naszemu indywidualnemu rozwojowi, jest nieporozumieniem i całe szczęście, że zaczynamy z tej iluzji wychodzić.
Mamy prawo domagać się od państwa działań
Świadczą o tym nie tylko rozmaite zakazy, wprowadzane lub dyskutowane w kolejnych krajach. We Włoszech rusza właśnie proces zbiorowy rodziców, którzy oskarżają Metę i TikToka o podsuwanie dzieciom treści, które pogłębiły ich kryzys psychiczny i prowadziły do samobójstw.
W obliczu opisywanych tragedii wyjątkowo cyniczne wydaje się oświadczenie Mety, że „wpływ platform społecznościowych zależy od sposobu ich użytkowania, obowiązujących zabezpieczeń oraz poziomu zaangażowania rodziców”.
Bo rodzice mówią co innego. Z badania przeprowadzonego przez organizację More in Common wynika, że aż 85 proc. z nich czuje się bezradne wobec zagrożeń w sieci i domaga się od państwa wsparcia i konkretnych działań. I bardzo słusznie: skoro państwo pozwoliło, by w internecie oferowano nam konkretne produkty i usługi, mamy prawo domagać się jako obywatele, aby – wzorem innych gałęzi gospodarki – spełniały one określone standardy i były dla nas bezpieczne.
Dla każdego, nie tylko dla dzieci i nastolatków. Bo, jak słusznie zauważa suicydolożka i pedagożka Lucyna Kicińska, nie ma takiego wieku, w którym natknięcie się w mediach społecznościowych na pornografię, przemoc czy inne drastyczne sceny jest bezpieczne.
Australia i inni: przełomowa zmiana w kwestii odpowiedzialności
Nakładanie przez kolejne kraje rozmaitych zakazów na gospodarkę cyfrową nie jest ograniczaniem komukolwiek wolności. Czy jakikolwiek rozumny człowiek uważa za ograniczenie wolności takie rozwiązania, jak np. cezura wiekowa w prawie jazdy, certyfikacja produktów farmaceutycznych i żywnościowych lub standardy sanitarne? Traktujemy je raczej jako wyraz chronienia przez państwo swoich obywateli.
Spoglądając na to z tej perspektywy, tzw. zakaz mediów społecznościowych jest po prostu narzędziem edukacyjnym i motywacyjnym dla producentów produktów i usług cyfrowych. Największym nieporozumieniem debaty wokół nich jest przekonanie, że chodzi o zakaz dla dzieci.
Australia, która stała się w tej kwestii światowym laboratorium, nałożyła na firmy technologiczne zakaz udostępniania osobom poniżej 16. roku życia określonych produktów, których katalog jest znacznie szerszy niż media społecznościowe. To dlatego używam sformułowania: tzw. zakaz mediów społecznościowych.
Fraza ta stała się potocznym określeniem, które z jednej strony pozwala szybko skojarzyć temat, z drugiej może jednak rodzić przekonanie, że to znowu po stronie użytkownika leży odpowiedzialność. Tymczasem tym, co przełomowe w ruchach kolejnych krajów, jest właśnie zmiana podejścia z odpowiedzialności konsumenta na odpowiedzialność producenta. Analogii należy szukać w dostępie do alkoholu: jeśli dziecku udałoby się kupić wódkę, nie spotka go za to kara, w przeciwieństwie do sprzedawcy, który w ten sposób złamał prawo.
Śladem Australii idą kolejne kraje, choć różnią się na poziomie katalogu produktów lub metod egzekwowania zakazu (kontrolowanie stosowania nowego prawa, czyli weryfikacja wieku użytkownika, to nie lada wyzwanie). W tej grupie są Francja, Norwegia, Hiszpania, niektóre stany USA, ostatnio dołączyła Wielka Brytania.
Skutecznego ograniczenia dostępu do cyfrowych produktów ryzyka poszukuje się także na forum UE. Na początku tego roku premier Grecji zażądał od Komisji Europejskiej wypracowania rozwiązania wspólnego dla wszystkich krajów członkowskich. Biorąc pod uwagę obecną sytuację geopolityczną i niechęć do konfliktowania się z Donaldem Trumpem, wydaje się to lepszą strategią niż indywidualne krajowe polityki.
Jakie wymogi należy wprowadzić w gospodarce cyfrowej
Zakaz nie jest jednak rozwiązaniem totalnym. To raczej półśrodek, za którym powinny iść regulacje zmuszające producentów do poprawienia swoich produktów.
Gospodarkę cyfrową należy objąć wymogami, jakie obowiązują w innych gałęziach gospodarki. Potrzebujemy co najmniej europejskiej klasyfikacji produktów i usług cyfrowych pod względem ryzyka. Na pytanie, czy w danej aplikacji istnieje ryzyko kontaktu z pornografią czy scenami przemocy, wszystkie VLOP-y musiałyby zaznaczyć odpowiedź twierdzącą. I nie pomogłyby zapewnienia o „dokładaniu wszelkich starań”.
Wówczas np. ustawa o pornografii, jaką proponuje nasze Ministerstwo Cyfryzacji, nakładałaby obowiązki nie tylko na serwisy pornograficzne sensu stricto, ale także na platformy algorytmiczne i komunikatory, które stanowią jedno z głównych źródeł kontaktu dzieci z pornografią. Bo dlaczego serwis pornograficzny, który wyświetlił dziecku taki materiał, ma zostać ukarany, a TikTok już nie?
Każdy producent oferujący w Europie swoje produkty i usługi cyfrowe powinien raportować ich skład, wzorem opakowań produktów żywnościowych czy kosmetycznych. Czy w danej aplikacji stosowane są mechanizmy hazardowe? Czy wykorzystywane są funkcje prowadzące do utraty kontroli, jak infinite scroll? Czy dopuszczalne jest kontaktowanie się z osobami nieznajomymi?
Gdyby owe „składy” produktów cyfrowych były powszechnie znane, poradzilibyśmy sobie z lobbingową ślepotą ustawodawców. Trudno by było także zakwestionować potrzebę wdrażania takich aktów jak DSA (Akt o Usługach Cyfrowych), którego podpisania odmówił prezydent Karol Nawrocki.
Jako obywatele i obywatelki mamy prawo do tych informacji. A jeśli Polska i kraje Europy nadal będą zwlekać z zapewnieniem nam prawa do bezpiecznego środowiska do życia, doczekamy się procesów wytaczanych nie VLOP-om, lecz Skarbowi Państwa. Skoro mamy w Polsce wygrane procesy o prawo do czystego powietrza, dlaczego nie mielibyśmy w taki sposób wywalczyć sobie prawa do bezpiecznego internetu?
MAGDALENA BIGAJ jest prezeską fundacji Instytut Cyfrowego Obywatelstwa. Medioznawczyni, autorka książki „Wychowanie przy ekranie” oraz „Twój telefon, twoje zasady”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.






