Zacznijmy od kluczowego dla tego tekstu stanowiska: istnieje bardzo silne uzasadnienie ekonomiczne, społeczne i strategiczne dla inwestowania w kulturę, a rynek książki jest jednym z najistotniejszych jej obszarów.
Do tego takim, który wymaga natychmiastowej regulacji i wsparcia (i który, w odróżnieniu od innych sektorów kultury, np. kinematografii, nie był dotąd regulowany, więc nie miał obowiązku przesyłania danych o nakładach i sprzedaży do instytucji państwowych).
Dlaczego kultura jest ważna dla naszego kraju
Argumenty za takim stanem rzeczy nie opierają się wyłącznie na myśli o ochronie naszego dziedzictwa. Przeciwnie, zdrowy rynek książki jest kluczowy dla długofalowego rozwoju gospodarczego oraz społecznej odporności. Na potwierdzenie tej tezy znajdziemy wiele badań, prowadzonych zarówno przez ekonomistów i socjologów, jak i literaturoznawców. Pokazują one, że społeczeństwa o wyższym poziomie zaufania i aktywności obywatelskiej osiągają lepsze wyniki. A u źródeł ich sukcesu leży umiejętność krytycznej lektury.
Państwo powinno inwestować w rynek książki, ponieważ jest on częścią infrastruktury (wszyscy wiemy, co się dzieje, gdy brakuje przejezdnych dróg i dobrych autostrad). Takie podejście znajdziemy zarówno w najnowszych dokumentach OECD, UNESCO, jak i w wytycznych Komisji Europejskiej. Wszystkie te instytucje traktują kulturę jako element zrównoważonego rozwoju. Co to oznacza dla naszych rządzących? Przede wszystkim powinno dawać im uzasadnienie do ochrony i wspierania zdrowego rynku książki w Polsce.
Na co choruje polski rynek książki
Półtora roku temu wydawało się, że mniej więcej zgadzamy się w sprawie priorytetów. W lutym 2025 roku Instytut Książki opublikował raport, który miał być punktem wyjścia do prac nad ustawą o książce – wyliczając największe bolączki tego obszaru, wskazywał ustawodawcy przestrzenie szczególnie wymagające zabezpieczenia.
Dokument opracowany przez Polską Sieć Ekonomii udowadniał, że jedną z poważniejszych chorób rynku jest stosowanie przez dystrybutorów cen dumpingowych w postaci olbrzymich rabatów udzielanych przez wydawców dystrybutorom. Mediana rabatu wynosi dziś ok. 50 proc., choć coraz częściej jest to, jak przyznają sami wydawcy, nawet 70 proc.
Słowem: jeśli wydawca wie, że będzie zmuszony sprzedawać swoje książki z wysokim rabatem odliczanym od ceny okładkowej, celowo wydrukuje zawyżoną cenę książki, by zostało mu w kieszeni jak najwięcej.
Rykoszetem dostają w tym przypadku małe księgarnie i sklepy, które nabywają tytuły z mniejszym rabatem, a jednocześnie nie mogą oferować swoim klientom dużych zniżek (bo działają na mniejszym terenie, nie mają porównywalnych zasobów, płacą za wynajem lokali w centrach miast itd.).
Pozbawione wsparcia zarówno na szczeblu państwowym, jak i samorządowym księgarnie znikają z naszych ulic. Czy to źle? Tak, choć to temat na osobny artykuł. Ograniczę się na razie do jednego przykładu. Otóż jak wynika z najnowszego raportu Instytutu Książki, rodzice małych dzieci najchętniej kupują swoim pociechom książki w księgarniach – ponieważ tam mogą je przejrzeć i porównać.
Robią to również dlatego, że tak jest po prostu najszybciej. Wiemy z badania, że zakup książek dla naszych maluchów odbywa się przy okazji innych sprawunków albo podczas wizyty w galeriach handlowych. Ma to oczywiście swoje minusy – w galeriach są praktycznie wyłącznie empiki, ponieważ innych sprzedawców nie stać tam na wynajem lokali (a samorządy do wynajmu nie dokładają).
Co ciekawe, sami rodzice dostrzegają i zgłaszają ten brak we wspomnianym raporcie – narzekają na brak kompetentnych księgarzy, którzy mogliby polecić wartościowe tytuły.
Jakie są losy ustawy o książce
To wszystko można jeszcze naprawić. Wystarczy, by przez kilka miesięcy od premiery książki wszyscy sprzedawcy oferowali ją w tej samej, ustalonej przez wydawcę cenie. Takie rozwiązanie wyrównałoby szanse dużych i małych, a docelowo wpłynęłoby na obniżenie ceny okładkowej książki (wydawca nie musiałby jej sztucznie zawyżać).
W lutym 2025 roku ówczesna ministra kultury Hanna Wróblewska powołała zespół ds. pola literackiego, w którego skład weszli przedstawiciele rządu oraz organizacji zrzeszających pisarzy, tłumaczy, bibliotekarzy i księgarzy. W kwietniu br. opracowany przez MKiDN projekt ustawy o ochronie rynku książki – mającej, przypominam, zapobiegać rosnącej koncentracji rynkowej, zanikaniu lokalnych księgarń i małych wydawnictw oraz trudnościom w utrzymaniu się pisarzy z pracy twórczej – został skierowany do zaopiniowania Prezesowi Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Dlaczego? Ponieważ celem działania UOKiK jest zapewnienie, aby ten rynek działał uczciwie i efektywnie.
Z końcem maja szef UOKiK Tomasz Chróstny wysłał swoją opinię do ministerstwa kultury (a na prośbę „Tygodnika” biuro prasowe UOKiK przesłało ją także naszej redakcji).
Pamiętając o wszystkim, co przeczytaliście wyżej, przyjrzyjmy się wybranym opiniom szefa UOKiK.
Gdzie kupujemy książki i jakie to ma znaczenie
Pierwsze zaskoczenie dotyczy tego, jak UOKiK tłumaczy sobie znikanie z naszego sąsiedztwa księgarń (przypomnijmy: średnio co trzy dni zamyka się jedna). Otóż w opinii prezesa Tomasz Chróstnego „zanikanie ośrodków sprzedaży książek ma dwie podstawowe przyczyny: niski poziom czytelnictwa oraz przenoszenie się sprzedaży książek do internetu”.
Zacznijmy od niskiego poziomu czytelnictwa – otóż dane Biblioteki Narodowej pokazują, że czytelnictwo jednak z roku na rok odrobinę rośnie. Co więcej – rośnie ono szczególnie w grupie, której badania BN nie obejmują, czyli wśród najmłodszych (widać to na każdych targach książki, spotkaniach z autorkami i autorami książek dla młodzieży, wreszcie – w danych sprzedażowych).
Kwestię „przenoszenia sprzedaży książek do internetu” wyjaśniliśmy wyżej. Księgarnie zostały zdziesiątkowane z powodu nieuczciwych praktyk na rynku książki, a nie dlatego, że Polacy kochają taki model robienia zakupów. Podobnie sprawę postrzega zresztą Agata Diduszko-Zyglewska, przewodnicząca Zespołu ds. pola literackiego przy Ministrze Kultury i Dziedzictwa Narodowego, doradczyni Ministry Kultury.
– Fragment [opinii Prezesa UOKiK] dotyczący rzekomo nieistotnej roli księgarń stacjonarnych w kontekście rozwoju czytelnictwa i społeczności skupionych wokół czytania dotkliwie obnaża to, że konstruując swoją opinię UOKiK nie poświęcił czasu na zapoznanie się z tym, co w tej sprawie mają do powiedzenia eksperci zajmujący się czytelnictwem – powiedziała „Tygodnikowi” Diduszko-Zyglewska.

Zacytujmy choćby raport przygotowany w roku 2023 na zlecenie Arts Council England (to instytucja, której misją jest wspieranie i rozwój sztuk performatywnych, wizualnych oraz angielskiej literatury), który szczegółowo opisuje kulturalną i społeczną wartość niezależnych księgarń na Wyspach.
Otóż raport udowadnia, że księgarnie nie są jedynie punktami handlowymi, w których można nabyć książki (jak postrzega je Chróstny), lecz „prężnymi centrami społeczności lokalnych, wspierającymi czytelnictwo szczególnie wśród dzieci” (co potwierdza skądinąd cytowany wyżej nowy raport Instytutu Książki).
Dokumentacja sygnowana przez ACE zawiera także dane statystyczne oraz analizy przypadków, które podkreślają rolę księgarń w rewitalizacji centrów miast oraz – co dziś szczególnie istotne – w walce z izolacją społeczną. Autor raportu, Howard Davies, wskazuje na konieczność rządowego wsparcia i inwestycji, aby „te małe przedsiębiorstwa mogły przetrwać trudne realia ekonomiczne”.
Część wartości, którą tworzą księgarnie, ma charakter dobra publicznego. Dlatego wiele państw decyduje się na ich wspieranie poprzez dotacje, preferencje podatkowe lub regulacje rynku książki. Tego spodziewaliśmy się też po nowej ustawie.
Chróstny tymczasem jest zdania, że „głównym czynnikiem zapewniającym szeroką dostępność książek na obszarze całego kraju jest handel elektroniczny, dzięki któremu każdy mieszkaniec Polski może nabyć książki i otrzymać je w dostawie. Co więcej, zakres książek, jaki można nabyć dzięki sklepom internetowym, jest niezwykle szeroki – zdecydowanie szerszy niż w czasach, gdy jedynymi dostępnymi miejscami nabywania książek były lokalne księgarnie”.
Podczas gdy wszyscy zastanawiamy się, jak walczyć ze społeczną izolacją, szczególnie wśród młodzieży i seniorów, UOKiK jest dumny, że „czytelnicy są w stanie bez wychodzenia z domu zarówno nabywać książki, jak i uczestniczyć w życiu kulturalnym”.
Księgarnia internetowa to także algorytmy i wyniki sponsorowane
Ale to nie jedyny problem, którego nie dostrzega chwalący zakupy przez internet UOKiK.
– Przede wszystkim nie zauważa roli algorytmów, które decydują o tym, jakie okładki zobaczy, a jakich nie zobaczy czytelnik – wyjaśnia Agata Diduszko-Zyglewska. – Nie dostrzega, że możliwość obejrzenia okładki i kilku zdań promocyjnego opisu to istotnie ograniczony, a nie szeroki dostęp do książki. Możliwość przejrzenia książek, konsultacji z ekspertem-księgarzem, spotkania z autorem i innymi czytelnikami jako podstawowa funkcja działania księgarni w tej refleksji nie istnieje. A czytelnik jest zredukowany do biernego, samotnego odbiorcy treści podsuwanych mu przez algorytm w jego telefonie.
Rzeczywiście, wpływ zapośredniczonego przez ekran uczestnictwa w kulturze na zdrowie publiczne nie trapi Urzędu. Ale to nie wszystko. Jak wspomniałam, ustawa opiniowana przez UOKiK miała „zapobiegać rosnącej koncentracji rynkowej” oraz zastopować proces „zanikania lokalnych księgarń i małych wydawnictw”. Tymczasem UOKiK w swojej opinii troszczy się głównie o to, że proponowane „rozwiązanie będzie negatywnie wpływać na sytuację księgarni internetowych, prowadząc do (…) zmniejszenia ich konkurencyjności, a przez to ograniczenia ich rozwoju”. Słowem: troszczy się o losy najsilniejszych podmiotów na rynku.
Podobnie widzi problem Diduszko-Zyglewska:
– W swojej opinii UOKiK przedstawia wiele tez, które są zgodne, a czasami tożsame z przesłanymi resortowi opiniami kilkunastu największych podmiotów wydawniczych i dystrybucyjnych na rynku. Natomiast zupełnie niezgodne z faktami, które wynikają ze znanych publicznych badań, raportów i analiz.
Opinią prezesa UOKiK zaniepokojeni są także autorzy i autorki książek.
– Martwi nas, że Urząd praktycznie nie odnosi się do kosztów wojny rabatowej, które ponoszą wspólnie wydawcy, autorzy, księgarze, ale także sami czytelnicy – mówi Joanna Gierak-Onoszko, prezeska Unii Literackiej. – Opinia UOKiK nie zawiera odpowiedzi na podstawowe pytanie: czy obecny model funkcjonowania rynku rzeczywiście jest zdrowy i czy rzeczywiście służy ochronie konkurencji oraz konsumentów.
Z perspektywy Unii Literackiej rynek książki znajduje się dziś „w stanie systemowej zapaści i wymaga odważnych działań naprawczych”. Ustawa o ochronie rynku książki, nad którą pracowały również i poprzednie rządy, ma być właśnie takim instrumentem, zatrzymującym postępującą degradację rynku.
Po co nam jednolita albo minimalna cena książki
Przejdźmy do kolejnej opinii prezesa UOKiK, wedle której zapis o utrzymaniu jednolitej ceny książki „stanowi ingerencję w mechanizmy rynkowe” (tak, stanowi, i bardzo dobrze). Otóż „za główne zagrożenie wynikające z przyjęcia proponowanego rozwiązania należy uznać osłabienie konkurencji pomiędzy księgarniami”, pisze Chróstny. Słowem: powinniśmy się w nieskończoność ścigać na rabaty.

Prezes UOKiK w swojej opinii skupia się na tym, że „skutkiem wprowadzenia zasady jednolitej ceny będzie pogorszenie sytuacji księgarni internetowych”. Co ciekawe, za negatywny przykład służą autorowi opinii Niemcy, którzy kupują przez internet mniej książek niż Polacy (i mają ustawę chroniącą rynek książki).
Cóż, jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy może być fakt, że młodzi Niemcy otrzymują od państwa kieszonkowe do wydania na kulturę – ale muszą te pieniądze wydać stacjonarnie – aby wspierać lokalne biznesy. Podczas targów książki we Frankfurcie w roku 2023 Niemcy zaprezentowali wyniki tego programu: otóż ponad 50 proc. środków wydanych przez osiemnastolatków zostało właśnie w stacjonarnych księgarniach.
Prezes UOKiK, traktując rynek książki jak każdy inny, postrzega brak konkurencji jako sytuację niepokojącą. Aż chciałoby się zacytować współczesnych ekonomistów proponujących odejście od mierzenia sukcesu państwa wyłącznie za pomocą takich wskaźników. Powiedzmy sobie wprost: utrzymywanie na rynku książki wyłącznie wysokiej konkurencyjności cenowej nie wpłynie na poprawę naszej jakości życia, nie podniesie poziomu zaufania społecznego, nie poprawi naszego zdrowia. Czy najtańsza żywność to żywność najzdrowsza i najbardziej pożywna? Czy najtańszy mechanik albo fryzjer zawsze wykonują najsolidniej swoją pracę?
Może należałoby zatem ustawę o książce przepuścić przez idee gospodarki dobrostanu (Wellbeing Economy), ekonomii obwarzanka (Doughnut Economics, której twórczynią jest Kate Raworth) czy ekonomii fundamentalnej (Foundational Economy), które zakładają, że gospodarka ma przede wszystkim służyć ludziom i zrównoważonemu środowisku, a nie być celem samym w sobie.
Podobnie sprawę widzi reprezentująca interesy autorek i autorów Gierak-Onoszko:
– Projekt ustawy ma wspierać dłuższy cykl życia książki, ograniczać presję natychmiastowych wyprzedaży, wzmacniać biblioróżnorodność oraz wprowadzić jawne i przejrzyste raportowanie nakładów i sprzedaży. Zyskają na tym autorzy, wydawcy, księgarze, ale również konsumenci, czyli czytelnicy. Ta ustawa chroni także ich interesy.
Dlaczego?
– Ponieważ dobro konsumenta nie sprowadza się wyłącznie do możliwie najniższej ceny. A po drugie, rynek książki nie jest zwykłym rynkiem. Znajduje się częściowo w sferze dóbr publicznych i realizuje cele kulturowe oraz społeczne. W opinii Urzędu ta perspektywa wydaje się zbyt słabo obecna.
Agata Diduszko-Zyglewska powołuje się na analizę porównawczą Rhysa Williamsa z 2024 roku opublikowaną w „Journal of Competition Law&Economics”, z której wynika, że kraje stosujące różne warianty regulacji odnotowują wyższą sprzedaż książek w porównaniu z krajami, które nie chronią tego rynku.
Jak rozumiemy dobro publiczne i w jakiej rzeczywistości funkcjonujemy
Być może najsmutniejszym fragmentem dokumentu przygotowanego przez UOKiK jest nie tylko brak przekonania o tym, że książki należą do dóbr pierwszej potrzeby (w opinii Urzędu, co zostało podkreślone, nie należą). Ale też brak wiary w to, że wydawcy w Polsce realizują poprzez swoją działalność cele kulturowe i społeczne. Słowem: że wydając książki myślą również o wpływie na rozwój naszej kultury oraz o dobru czytelniczek i czytelników.
Prezes Chróstny pisze bowiem tak: „brak jest (...) przekonujących powodów, dla których racjonalnie działający wydawcy mieliby przeznaczać dodatkowe zyski, realizowane dzięki ograniczeniu konkurencji w zakresie sprzedaży wydawanych przez nich nowości, na nierentowne przedsięwzięcia w postaci wydawania książek, do których z założenia trzeba dopłacać”.
Gierak-Onoszko:
– Nie wiemy, na jakiej podstawie wysnuto tak daleko idący wniosek. Na wielu rynkach większa stabilność finansowa pozwala finansować książki niszowe, ciekawsze, debiuty i literaturę o większym znaczeniu kulturowym.
Oczywiście, UOKiK nie ma obowiązku zapewnienia rentowności małym księgarniom czy wydawcom ani też martwienia się o dostęp Polek i Polaków do dobrej literatury. Powinien jednak reagować, gdy struktura rynku powoduje, że ci mali wydawcy i mali sprzedawcy nie mają realnej możliwości konkurowania na uczciwych zasadach. Jeżeli kilka dużych przedsiębiorstw uzyskuje możliwość narzucania swoich warunków współpracy, może to ograniczać konkurencję i różnorodność rynku – czyli efekt, któremu UOKiK ma przeciwdziałać.
Zadaniem Urzędu jest – owszem – dbanie o to, aby zdrowa konkurencja na rynku książki przynosiła korzyści społeczne, czyli niższe ceny tam, gdzie jest to możliwe, ale również większy wybór, wyższą jakość, innowacyjność i ochronę konsumentów. W ekonomii przecież przyjmuje się, że konkurencja jest środkiem do zwiększania dobrobytu społecznego.
– Książka jest dobrem kultury – mówi Gierak-Onoszko. – Konkurencja jest niezwykle ważna, ale nie jest jedyną wartością, którą państwo powinno chronić. Od lat celowo ingerujemy przecież w rynek kultury, wspierając i finansując biblioteki, teatry czy muzea. Ustawa o ochronie rynku książki jest podobnym instrumentem, spóźnionym o całą epokę, ale wyrastającym z tego samego przekonania, że kultura jest wartością, którą należy wspierać.
– W opinii wybrzmiewa specyficzny punkt widzenia Urzędu, zajmującego się na co dzień o wiele większymi rynkami. Stąd może otwarcie wyrażana troska o dobrostan największych podmiotów, które dominują na rynku, i poczucie nieistotności oraz nieznajomość kluczowej roli małych księgarń czy wydawnictw – dodaje Diduszko-Zyglewska. – UOKiK rynkowi książki musi ze swojej pozycji przyglądać się przez lupę, ale wygląda na to, że chwilowo ją zgubił i przy pisaniu opinii użył kiepskich okularów kupionych nie u optyka, a okazyjnie na platformie internetowej.
Aby na tym rynku cokolwiek jednak dostrzec, należałoby – jak wspomniałam na początku tekstu – mieć o nim jakiekolwiek dane (obecnie ani wydawcy, ani sprzedawcy nie raportują o nakładach i sprzedaży). UOKiK i tu ma jednak wątpliwości (dotyczące ich gromadzenia).
Diduszko-Zyglewska:
– Wbrew temu, co pisze UOKiK, projektowany we współpracy z GUS i Biblioteką Narodową system raportowania danych nie oznacza nałożenia „dużych obowiązków informacyjnych na podmioty działające na rynku książki”, ponieważ dotyczy danych, które te podmioty już teraz zbierają i przekazują swoim kontrahentom, a które mają być w sposób zautomatyzowany przekazywane także do GUS.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.










