Wygląda na to, że zawód przyszłości to oszust

Dzisiejsze oszustwo celuje w może największy głód człowieka epoki informacyjnej – potrzebę autentyczności, spontaniczności, luzu. Nie dajcie się nabrać.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Zawód przyszłości – to brzmi marzycielsko i dumnie, pobudza ambicję i każe sięgać ku dalekim horyzontom. A przynajmniej tak było, bo dzisiaj, kiedy miałabym się zastanowić, co gwarantuje murowany sukces, musiałabym udzielić odpowiedzi, której chyba nie usłyszałby chętnie żaden rodzic myślący o przyszłości swego dziecka. Taki zawód to mianowicie, i zaręczam, że przykro mi to pisać, bo wolałabym, by było inaczej – oszust.

Kiedyś funkcjonowała obiegowa mądrość, że rozmaite innowacje i sposób adaptowania się człowieka do nich testują dwie branże: ezoteryczna i dla dorosłych. Ale im częściej słyszę o zdumiewających czasem pomysłach na oszustwa, kłamstwa i wyłudzenia, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to właśnie ta dziedzina ewoluuje najszybciej, a zarazem zawsze wypływa na powierzchnię, pozostając odporną na wszelkie krachy, niezniszczalną jak niesporczak

Niedawno dowiedziałam się, że na dużym festiwalu metalowym pod sceną krążyli akwizytorzy oferujący rzekomo wydane własnym sumptem i zarejestrowane gdzieś w garażu nagrania pasjonatów z Estonii. Zawartość musiała rozczarować nabywcę, który znajdował w niej co najwyżej „aromat sztuczny identyczny z naturalnym”, bo płyta została w całości wygenerowana cyfrowo. 

Publiczności na szczęście natarczywość sprzedawców wydała się stosownie podejrzana – przede wszystkim to, że umożliwiali wpłatę każdym możliwym sposobem i byli, jak na amatorów, zaskakująco przygotowani, wręcz z rozgorączkowaniem czekając na akceptację płatności. Widocznie wspomnienia z czasów akwizycji magicznych garnków i kołder nie zatarły się jeszcze dostatecznie i dzięki temu udało się wypracować ostrzegawczą kontrę.

Ta przygoda pokazuje, że oszustwo celuje teraz w być może największy głód człowieka epoki informacyjnej – potrzebę autentyczności, spontaniczności, luzu. Oferuje chwilę oddechu od sztuczności, a gdy klient już weźmie solidny haust, zaczyna wdychać trujące opary. Wydawałoby się, że mniej komercyjne obszary życia człowieka, takie jak granie w amatorskim zespole, są wolne od zagrożenia. Przeciwnie: być może są nawet bardziej zagrożone.

To przypomina mi, że niestety w Polsce zdumiewająco mało rozpowszechniona jest wiedza o fabrykowaniu spontaniczności, czymś, co w angielskim nazywa się astroturfingiem, czyli „sianiem sztucznej trawy”. Oznacza to ukartowane działania, które mają wyglądać na autentyczne i oddolne: zwołanie manifestacji z udziałem statystów, graffiti pisane przez wynajętych ludzi, „oburzonego blogera”, który oburza się na zlecenie. 

Nasza lokalna, polska wiedza potoczna jest na ogół wyczulona na ściemę, kit, nie lubi niespójności i udawania. Lśniący uśmiech akwizytora w garniturze – nie tędy droga. To dobre dla naiwnych, a na naiwnego nikt wyjść nie chce. Dlatego w Polsce naprawdę celne oszustwo udaje coś nieudawanego.

Niestety, oprócz autentyczności, jesteśmy najwyraźniej też spragnieni możliwości zaufania i odpoczynku od podejrzliwości. Dlatego czasami wystarczy, żeby ktoś wrzucił niedoskonałej jakości film, jak sobie gada w samochodzie „o tym, co go denerwuje”, żeby założył profil z „takimi sobie rozkminkami”, albo „ironicznie punktował rzeczywistość”, żeby ludzie zmęczeni po pracy mogli sobie, może niezbyt higienicznie, odreagować.

Ot, jedne z wielu stron czy kanałów, jakie ludzie zakładają z nudów albo z marzeń o sławie. Tylko tyle potrzeba, żeby wielu ludzi bezkrytycznie uznało, że to właśnie spontaniczny, niekłamany głos ludu, który musi, bo się udusi itp. 

Wszak obiegowa opinia głosi, że Polacy lubią narzekać i że są tak agresywni, bo nie ma słońca. Niezadowolony, czyli taki jak ja! I nikomu nie przyjdzie do głowy, że „głos ludu” może być równie wiarygodny, co przed laty tegoż ludu trybuna, a po dziesięciu materiałach ze zwyczajnym narzekaniem pojawi się jakiś na podejrzanie aktualny i gorący temat. 

I nikt nie pyta, po co właściwie ktoś miałby dzielić się tak często i tak publicznie swoimi monologami za darmo. A już zwłaszcza, gdy zakłada cały taki profil, gdzie dzieli się sążnistymi przemyśleniami... Moment, moment: za darmo?! W 2026 roku?!

Podstępny wąż w (prawdziwej) trawie // Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 26/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Sztuczna trawa