Ukraińskie złoża. Ile jest warta karta przetargowa Zełeńskiego

Ukraina jest zasobna nie tylko w metale ziem rzadkich, ale też w ropę i gaz. Jak do tego doszło, że nowa administracja USA zaczęła uzależniać dalsze wsparcie dla Kijowa od dostępu do tych złóż? I czy ceną za tę dalszą pomoc ma być pozbawienie Ukrainy jej suwerenności ekonomicznej?
z Kijowa
Czyta się kilka minut
Kopalnia metali ziem rzadkich w obwodzie żytomierskim. Ukraina, 25 lutego 2025 r. // Fot. Kostiantyn Liberov / Libkos / Getty Images
Kopalnia metali ziem rzadkich w obwodzie żytomierskim. Ukraina, 25 lutego 2025 r. // Fot. Kostiantyn Liberov / Libkos / Getty Images

Miejscowość Irszańsk w obwodzie żytomierskim to kilkutysięczne osiedle typu miejskiego – czyli trochę wieś, a trochę miasteczko. W jego okolicy, pośród księżycowego krajobrazu, pracują wielkie gąsienicowe urządzenia, które wyglądają jak z sowieckiej adaptacji „Diuny”: wygrzebują w ziemi coraz większą dziurę.

Pierwsza ruda tytanu została tutaj wydobyta w połowie lat 50. XX w. Dziś miejsca takie jak Irszańsk, po części zapomniane i niedoinwestowane, są w centrum politycznej uwagi – i mogą przesądzić o dalszym amerykańskim zaangażowaniu w pomoc dla Ukrainy.

Dlaczego niektóre surowce są dziś uważane za krytyczne?

Ukraina już teraz wydobywa takie minerały jak tytan, mangan czy grafit. Wszystkie zostały uznane przez Komisję Europejską za surowce krytyczne, tj. niezbędne dla rozwoju kluczowych sektorów, jak energetyka, obronność, przemysł kosmiczny i cyfrowy. Na liście są 34 pozycje. Podobny spis sporządziły Stany Zjednoczone.

Uruchamianie odtwarzacza...

Problem w tym, że obecnie rynek surowców krytycznych zdominowany jest przez Chiny. Zaspokajają one ok. 60 proc. zapotrzebowania krajów Unii oraz Stanów. Ale w przypadku metali ziem rzadkich, które są podgrupą surowców krytycznych, unijna zależność od Chin wynosi dziś niemal 100 procent.

To uzależnienie budzi coraz większy niepokój zachodnich polityków. Bo jeśli Europa i USA mają pozostać konkurencyjne i innowacyjne, będą potrzebować coraz więcej tych surowców. A jeśli nie znajdą się nowe źródła dostaw, Chiny będą mieć tutaj zdecydowaną przewagę – i gospodarczą, i w efekcie także polityczną – nad Zachodem.

Nowa filozofia polityczno-biznesowa Trumpa

Ukraina ma świadomość rosnącej roli surowców krytycznych. Zanim jeszcze Trump wrócił do Białego Domu, w pięciopunktowym „Planie Zwycięstwa dla Ukrainy”, który Wołodymyr Zełenski przedstawił w październiku 2024 r., znalazło się miejsce dla współpracy z zachodnimi partnerami przy ich wydobyciu.

Mapa z olbrzymimi połaciami ukraińskiej ziemi, zasobnymi w niemal wszystkie surowce, zaczęła krążyć po redakcjach świata. Sam Zełenski prezentował ją w Kijowie zagranicznym delegacjom, a państwowa agencja geologiczna przygotowała folder zachęcający przyszłych inwestorów.

Wraz ze zmianą w Białym Domu, nadejściem Trumpa i pojawieniem się jego nowej filozofii „robienia biznesów”, Ukraina postanowiła zaprząc swoje złoża do celów politycznych. Inicjatywa wyszła z Biura Prezydenta i zakładała, że w zamian za gwarancje bezpieczeństwa Stany uzyskają udział w ukraińskich złożach.

Amerykanie zmieniają reguły i stawkę

Plan wydawał się zręczny: Trump będzie mógł ogłosić, że ugrał konkretny deal z wyraźnym zyskiem dla Ameryki (w przeciwieństwie do Joego Bidena), podczas gdy Ukraina będzie mieć Stany po swojej stronie w negocjacjach z Rosją – wraz z dalszym wsparciem militarnym i gwarancjami bezpieczeństwa.

Jednak Amerykanie zmienili i reguły, i stawkę. Z projektu umowy w ich wersji zniknęły gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy, a surowce krytyczne zostały rozszerzone na wszystkie (sic!) surowce, łącznie z ropą i gazem.

Ostatecznie stronom nie udało się znaleźć konsensusu, pod koniec lutego obaj prezydenci starli się w Gabinecie Owalnym, na początku marca USA wstrzymały pomoc wojskową. Potem spór załagodzono, pomoc znów ruszyła. Od tego czasu Trump co jakiś czas powtarza, że umowa zostanie wkrótce podpisana – ale na razie kończy się na słowach.

Czy nowa wersja umowy z USA pozbawi Ukrainę ekonomicznej suwerenności?

Tymczasem kolejna wersja umowy, zaproponowana przez Biały Dom jako ostateczna, zakłada, że zyski ze wszystkich inwestycji wydobywczych mają być dzielone po połowie, a dotychczasowa pomoc USA dla Ukrainy zostanie uznana za wkład w inwestycję (czyli de facto za pożyczkę). Wspólna spółka zarządzająca inwestycjami miałaby nawet podatki płacić w USA.

To nie wszystko. Amerykanie poszli o krok dalej – i, jak się zdaje, o krok za daleko. 

Jeśli Kijów podpisze umowę w takim kształcie, wszystkie inwestycje energetyczne i infrastrukturalne w Ukrainie będą podlegały prawu pierwokupu przez spółkę kontrolowaną przez Stany. 

Chcecie budować rafinerię albo gazoport w Odessie, np. z udziałem Polaków? Ok, ale najpierw pokażcie nam plany, a jeśli to będzie opłacalne, nie zrobicie tego bez nas.

Wątpliwe, by taka umowa została podpisana przez Ukrainę. Po starciu z Trumpem rankingi Zełenskiego wśród Ukraińców poszły w górę, prezydenta wsparła nawet opozycja. Ukraińcom podoba się jego asertywność, a zgoda na warunki, które media (także zachodnie) określają jako „grabieżcze” i „pozbawiające Ukrainę suwerenności”, uderzyłaby w jego pozycję. Wątpliwe też, by taką umowę ratyfikował ukraiński parlament. Tymczasem bez niego prezydent może podpisać co najwyżej niezobowiązujące memorandum.

Wyrobisko w kopalni grafitu w obwodzie kirowohradzkim. Zawalia, Ukraina, 28 lutego 2025 r. // Fot. Olena Koloda / Getty Images

Czy dane o ukraińskich złożach są wiarygodne?

Z folderu dla inwestorów, który opublikowała ukraińska agencja geologiczna, można wyczytać, że kraj „posiada 22 z 50 surowców uznanych przez USA za krytyczne oraz 25 z 34 uznanych przez UE za krytycznie ważne”. Ponadto ma mieć największe w Europie złoża grafitu, tytanu, litu, berylu czy uranu. Łącznie ukraińska ziemia ma skrywać aż 5 proc. światowych złóż surowców krytycznych.

Problem z prezentowanymi przez Ukrainę danymi polega jednak na tym, że nikt ich nie weryfikuje. Informacje o bogatych złożach pochodzą często jeszcze z czasów sowieckich i jedynie nieliczne były sprawdzane w ostatnich dekadach. Nikt nie weryfikował nowych złóż zwłaszcza pod kątem opłacalności wydobycia. Tymczasem cała procedura ich zbadania wymaga czasu i zagranicznego kapitału.

Największym wyzwaniem byłby jednak następny krok: budowa nowej kopalni. Tutaj od podjęcia decyzji do osiągnięcia pełnych mocy produkcyjnych potrzeba około siedmiu lat. W tym czasie konieczne jest to, co w Ukrainie dziś deficytowe: pewność, że na plac budowy nie spadnie rosyjska rakieta; ciągłe dostawy energii; stabilne otoczenie prawne. Krótko mówiąc: konieczny jest pokój i reformy.

Dlaczego ukraińskie złoża to kot w worku

Podczas rozmów z ukraińskimi ekspertami wskazują oni jednak rozwiązanie alternatywne wobec budowy nowych kopalń i stąd bardziej perspektywiczne: doinwestowanie już działających przedsięwzięć, takich jak irszańska kopalnia tytanu.

Tu zastrzyk finansowy mógłby skutkować zwiększeniem nie tylko produkcji tytanu, ale też współwystępującego cyrkonu (to surowiec krytyczny na liście USA, niezbędny m.in. w przemyśle jądrowym). Podobnie rzecz wygląda w przypadku eksploatowanych złóż grafitu.

Jednak rekomendacje ekspertów nie znajdują odzwierciedlenia w zainteresowaniu biznesu. Ukraińska spółka wydobywcza UMCC, która eksploatuje kopalnię w Irszańsku, została sprywatyzowana w październiku 2024 r. Jedyną ofertę, na sumę ok. 100 mln dolarów, złożył azerski biznesmen posiadający już w kraju sieć komórkową Vodafone Ukraine. Żadna firma z Europy czy USA nie złożyła oferty.

Do pewnego stopnia temat ukraińskich surowców krytycznych przypomina więc historię z „Teksasem Europy”, którym, jak sądzono jakiś czas temu, Polska miała się stać dzięki olbrzymim pokładom gazu łupkowego. Wówczas to warunki geologiczne, bardziej skomplikowane niż zakładano, przekreśliły ambitne plany.

Przez kilka lat temat polskich łupków był jednak rozdmuchiwany przez media, na czym zresztą zależy teraz Ukrainie w kwestiach surowcowych. Im więcej mówi się o jej potencjale wydobywczym, tym większe szanse, że Trump kupi tego kota w worku.

Ukraińskie bogactwa naturalne

Ukraina jest zasobna nie tylko w surowce krytyczne, w tym metale ziem rzadkich, ale też węglowodory, jak ropa i gaz. Zwłaszcza w kontekście surowców krytycznych brak jest jednak wiarygodnych i aktualnych danych dotyczących zasobności złóż i opłacalności ich eksploatacji. Znane jest ich położenie, ale konieczne są dodatkowe badania geologiczne.

Orientacyjne szacunki mówią, że ukraińska ziemia skrywa złoża o wartości nawet 26 bilionów dolarów, z czego 12 bilionów to wartość surowców krytycznych. Wśród nich są:

  • grafit: 6 proc. światowych złóż, największe zasoby w Europie (nie licząc Rosji),
  • lit: 1 proc. światowych złóż, największe zasoby w Europie (nie licząc Rosji),
  • tytan: 1 proc. światowych złóż, największe zasoby w Europie (w pierwszej piątce na świecie),
  • uran: 2 proc. światowych złóż, największe zasoby w Europie (w pierwszej dziesiątce na świecie),
  • pozostałe: metale ziem rzadkich, złoto, nikiel, miedź, cynk, rtęć, kobalt czy mangan.

Na terenach okupowanych przez Rosję może znajdować się nawet 50 proc. tych zasobów.

Do wszelkich danych należy tu jednak podchodzić z wysoką rezerwą. Rozbieżności w danych sięgają nawet kilkunastu miliardów dolarów.

Apetyt Trumpa dotyczy także elektrowni jądrowych

Jednak apetyt Trumpa, gdy idzie o Ukrainę, sięga dalej. Choć negocjacje surowcowe wciąż trwają, Amerykanie rzucili na stół kolejną „propozycję”: w rozmowie z Zełenskim prezydent USA miał zaproponować przejęcie na własność ukraińskich elektrowni jądrowych, argumentując, że byłaby to najlepsza ich ochrona.

Państwowa spółka Enerhoatom jest prawdziwym srebrem rodowym Ukrainy: zarządza trzema siłowniami i w dużej mierze dzięki nim kraj wciąż ma prąd (czwarta, Zaporoska Elektrownia Jądrowa, od marca 2022 r. jest pod rosyjską okupacją i nie produkuje energii).

Ukraina szybko zdementowała informacje przekazane w komunikacie Białego Domu, jakoby rozmawiano o „elektrowniach”, tj. w liczbie mnogiej. Zdaniem Ukraińców mowa była tylko o Zaporoskiej Elektrowni: w jej przypadku wejście Amerykanów, w takiej czy innej formie, mogłoby być sposobem na odzyskanie jej z rąk Rosjan.

Taki układ odpowiadałby Ukrainie, gdyż obecnie nie ma perspektyw na wyzwolenie tego terytorium siłą i odzyskanie kontroli nad tą największą w Europie elektrownią jądrową (zaspokajała 20 proc. potrzeb kraju). Amerykańska kontrola nad nią dałaby szansę na wznowienie przez nią pracy i wciągnęłaby fizycznie USA na samą linię frontu.

Z tego też powodu szans na to porozumienie nie ma. Rosja już odniosła się do tej opcji, twierdząc, że Zaporoska Elektrownia należy do niej. Z kolei Amerykanie zapewne będą domagać się kontroli jedynie nad elektrowniami działającymi i zarabiającymi.

Rosja największym konkurentem biznesowym Ukrainy

Celem Rosji jest obalenie ładu międzynarodowego, który opiera się na poszanowaniu suwerenności wszystkich narodów bez względu na to, jak są silne. W nowym systemie decydować miałyby tylko mocarstwa – i brutalna siła.

Z kolei po stronie USA w poprzednim świecie, tym przed nadejściem Trumpa, zasadą polityki zagranicznej Stanów była obrona dotychczasowego ładu, a więc siłą rzeczy powstrzymywanie Rosji. To wystarczało, by uzasadnić wspieranie Ukrainy. Jednak teraz, w nowym świecie, liczy się deal: Stany mają jak najwięcej zarobić.

Surowce krytyczne miały załatwić tę sprawę dla Ukrainy. Mglista perspektywa ich wydobycia w zamian za gwarancje bezpieczeństwa wydawała się doskonałym planem. Apetyt Amerykanów okazał się jednak większy. Teraz Ukraina jest przyparta do muru. Administracja Trumpa nie ma skrupułów, wobec czego Kijów gorączkowo szuka sreber rodowych na sprzedaż.

Może się jednak okazać, że nie ma takiego dealu, który przekonałby Trumpa do dalszego wspierania Ukrainy. Nie dość bowiem, że jego wizja świata (w którym decydują najsilniejsi) jest zbieżna z wizją Putina, to Kreml ma też swoją ofertę biznesową, może bardziej atrakcyjną niż ukraińska. Aby doszło tu do dealu, wystarczy tylko, bagatela, znieść sankcje…

Tekst ukończono 3 kwietnia

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 15/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Ile kosztuje wsparcie Trumpa