Pożegnanie z Ameryką, jaką znaliśmy

Pierwszy miesiąc urzędowania prezydenta USA Donalda Trumpa zmusza nas, Europejczyków, do zadania sobie pytania: czy rzeczywiście nadal mamy te same cele i wartości co Stany Zjednoczone?
Czyta się kilka minut
Niszczyciel rakietowy marynarki wojennej USA w porcie w Gdyni, 7 lipca 2022 r. // Fot. Omar Marques / Getty Images
Niszczyciel rakietowy marynarki wojennej USA w porcie w Gdyni, 7 lipca 2022 r. // Fot. Omar Marques / Getty Images

Światowi prominenci, zebrani w walentynkowy piątek w monachijskim hotelu Bayerischer Hof na Konferencji Bezpieczeństwa, z przemówienia wiceprezydenta USA zapewne chcieli się dowiedzieć czegoś o planach Białego Domu dotyczących zakończenia wojny w Ukrainie. Ale o tym J.D. Vance ledwo wspomniał. Cel miał inny.

„Jakie znaczenie mają wysokie, wspólne wydatki czy zdolności obronne, jeśli mamy problem ze zdefiniowaniem wspólnych transatlantyckich wartości?” – pytał Vance, kwestionując, czy Europa zasługuje na obronę przez USA, skoro odwróciła się od „własnych najbardziej fundamentalnych zasad”. Ilustrował to przykładami: odmowy prawa do, jak dowodził, „cichej modlitwy” nawet we własnym domu, tłamszenia wolności słowa przez unijnych komisarzy, ograniczania wolności politycznej czy anulowania wyników wyborów, „gdy sprawy nie toczą się zgodnie z planem”.

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski i wiceprezydent Stanów Zjednoczonych JD Vance na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium. Niemcy, 14 lutego 2025 r. // Fot. POU / Zuma Press / Forum

W tym karceniu Europy pobrzmiewały znajome tony: wiele jej elementów powielało propagandę znaną z mediów społecznościowych – tę idącą ze wschodu. Mowę Vance’a warto jednak zapamiętać nie z powodu jego ignorancji i arogancji. Obnażyła, jak mocno drogi Ameryki i jej sojuszników się rozjechały. Jest też przykładem, jak administracja Donalda Trumpa – choć obiecał on uczynić Amerykę znowu wielką – demoluje wszystko, co zbudowało amerykańskie imperium.

Warto, by przy tej okazji sami Europejczycy odpowiedzieli sobie na pytanie: czy rzeczywiście nadal mamy te same cele i wartości co Stany Zjednoczone?

Na czym polegała amerykańska soft power

W latach 90. XX w. amerykański politolog Joseph Nye spopularyzował pojęcie „miękkiej siły”. Twierdził, że na potęgę państw składają się siła militarna i gospodarcza oraz właśnie soft power. Ona sprawia, że dzięki współpracy, a nie przymusowi, „kraj może osiągnąć pożądane rezultaty, ponieważ inne państwa – podziwiając jego wartości, naśladując jego przykład, aspirując do poziomu jego dobrobytu i otwartości – chcą za nim podążać”.

W opublikowanej w tamtym czasie „Wielkiej Szachownicy” inny politolog z USA, Zbigniew Brzeziński, pisał, że „hegemonia jest stara jak świat”, ale Stany są imperium innym niż wszystkie, bo nie zbudowały potęgi, podbijając militarnie inne kraje, ale uczyniły to dzięki sile przyciągania wyznawanymi wartościami, kulturą i innowacjami.

„Myślę, że znaleźliśmy się w wyjątkowo niefortunnym momencie” – mówił kilka dni temu Joseph Nye w wywiadzie dla NBC. I dalej: „Siła to zdolność skłaniania innych do robienia tego, co chcemy. Można to osiągnąć na trzy sposoby: przez przymus, przez zapłatę oraz przez przyciąganie, co znane jest jako kije, marchewki i miód. Trump zupełnie nie rozumie, na czym polega rola miodu”. Nye dodał, że polityka Trumpa „opiera się na braku rozumienia, na czym polegają role każdego elementu siły”.

Czy Trump pokazał Putinowi także „kij”?

Zróbmy na chwilę założenie, że Waszyngton zaczął z Kremlem wysublimowaną dyplomatyczną grę, a Donald Trump, dzwoniąc do Władimira Putina, pokazał Moskwie „marchewki” i „miód”. Tym mogły być przyjazne gesty wobec rosyjskiego dyktatora, m.in. dziękowanie za jego „wysiłki na rzecz pokoju”, a zwłaszcza stwierdzenie, że Ukraina nie ma szans wrócić do granic sprzed 2014 r., a jej członkostwo w NATO jest „nierealistyczne”.

W tym scenariuszu rolą pozostałych przedstawicieli administracji USA powinno być prezentowanie Moskwie „kija”. Dokładnie tak, jak zrobił to wiceprezydent Vance, który tuż przed konferencją w Monachium w wywiadzie dla „Wall Street Journal” przypominał, że „na stole” wciąż leży opcja wysłania wojsk USA do Ukrainy, jeśli Moskwa nie będzie negocjować w dobrej wierze i nie zagwarantuje Kijowowi niezależności.

Za takim scenariuszem mógłby przemawiać fakt, że Trump i jego administracja powiedzieli głośno to, co w Waszyngtonie, Kijowie i europejskich stolicach po cichu mówiono od dawna: okupowane ziemie Ukrainy są nie do odbicia z rąk Rosjan, a jej członkostwo w NATO to mrzonka. Do tego wszyscy – na czele z Ukraińcami – chcą jak najszybszego końca tej wojny. Optymiści dodają jeszcze, że Trump jest świetnym negocjatorem, którego atutem jest nieprzewidywalność.

Chaos w amerykańskiej komunikacji

Przedstawiony wyżej scenariusz wysublimowanej gry Waszyngtonu jest jednak mało prawdopodobny. Choćby dlatego, że w negocjacjach z Moskwą może nie być żadnego „kija”. Vance oświadczył, że „Wall Street Journal” zmanipulował jego słowa i nie ma mowy o grożeniu Rosji działaniami zbrojnymi. Za „kij” wobec Kremla ciężko też uznać plan USA, który wyciekł do mediów, a mający dotyczyć wyrwania Białorusi z rosyjskiej strefy wpływów w zamian za zniesienie części sankcji wobec Mińska.

Kolejnym powodem, dla którego ciężko wierzyć w istnienie jakiegoś planu, jest chaos, z jakim Amerykanie o nim komunikują. Przykład? Po środowej rozmowie z Putinem prezydent USA obwieścił, że „wkrótce” dojdzie do ich spotkania w Arabii Saudyjskiej, gdzie omówione zostaną warunki pokoju; o miejscu przy stole dla Kijowa nie wspomniał. Dopiero następnego dnia powiedział, że Ukraińcy wezmą udział w rozmowach. W piątek ludzie z jego administracji informowali, że rozmowy w Rijadzie będą prowadzone przez negocjatorów. W sobotę rano dodali, że „w ciągu pół roku”, ale potem, tego samego dnia, mówili o „przyszłym tygodniu”.

Zakomunikowali też, że nie ma mowy, by w rozmowach brali udział Europejczycy, choć – jak stwierdził wysłannik USA ds. Ukrainy i Rosji gen. Keith Kellogg – „ich stanowiska Waszyngton weźmie pod uwagę”. Niedługo potem prezydent Zełenski powiedział, że na razie również Ukraińcy żadnego zaproszenia na rozmowy nie dostali.

Czego nie chciał podpisać prezydent Zełenski?

„Misterny plan” spruł się także w sprawie umowy z Kijowem dotyczącej minerałów ziem rzadkich, jakie Amerykanie mieli pozyskać jako „zapłatę” za udzieloną pomoc wojskową, gdyż inaczej – wedle słów Trumpa – okazaliby się „frajerami”.

„Washington Post” relacjonuje, że Zełenski „grzecznie odmówił, gdy podstawiono mu dokument, którego wcześniej nie widział na oczy, a który miał dawać USA prawo do 50 proc. wszystkich odkrytych w przyszłości w Ukrainie złóż mineralnych”. Później prezydent Zełenski potwierdził, że w dokumencie nie było żadnych gwarancji bezpieczeństwa dla jego kraju.

– Mamy do czynienia z bezprecedensowo niekompetentną administracją i prezydentem, do którego pasuje określenie małpy z brzytwą – mówi „Tygodnikowi” prof. Roman Kuźniar,  kierownik Katedry studiów strategicznych i bezpieczeństwa narodowego UW. Jego zdaniem „tam nie ma żadnej strategii, bo gdyby była, to deklaracje poprzedziłyby rozmowy z sojusznikami czy staranne rozpoznanie pozycji ukraińskich”.

– Trump, który uważa siebie za „stabilnego geniusza”, uznał, że uda mu się siłą woli nagiąć przestrzeń. To osobowość niezdolna do myślenia w sposób strategiczny – twierdzi Kuźniar.

Mogą to potwierdzać nie tylko działania Waszyngtonu w sprawie Ukrainy, ale też dokonania Trumpa za jego pierwszej kadencji. To m.in. słynne negocjacje z Koreą Północną, podczas których nie osiągnął nic, czy zerwanie przez USA porozumienia nuklearnego z Iranem w 2018 r., które zwiększyło ryzyko konfrontacji militarnej w regionie. Część posunięć Trumpa udało się odkręcić Joemu Bidenowi, jego następcy. Tych powyżej – nie.

Trump nazywa premiera Kanady „gubernatorem”

Tym razem już po miesiącu nowej prezydentury można przypuszczać, że straty będą większe. I nie chodzi tylko o zrażenie do Amerykanów europejskich sojuszników. Oczy ze zdumienia przecierają w Kanadzie, na którą Trump na różne sposoby naciska, by dołączyła do USA, i już uparcie nazywa ją „51. stanem”. Można by to próbować tłumaczyć względami gospodarczymi, ale czemu innemu – poza bezmyślnym upokarzaniem – ma służyć nazwanie przez Trumpa premiera Justina Trudeau „gubernatorem”?

Na prezydenta USA wściekli są też Arabowie po tym, jak ogłosił, że Ameryka „weźmie sobie” Strefę Gazy, by po wysiedleniu Palestyńczyków zmienić ją w „riwierę Bliskiego Wschodu”. Ważnym sojusznikom, Egiptowi i Jordanii, prezydent USA grozi sankcjami, jeśli nie przyjmą wysiedlonych.

Think tank Chatham House w najnowszej analizie stwierdza, że samo przedstawianie takich pomysłów wzmacnia Iran, a „Bliski Wschód już teraz postrzega drugą kadencję Trumpa jak siłę niszczycielską dla resztek istniejącego porządku regionalnego”. Arabscy przywódcy gorączkowo starają się ten porządek ratować. W tym tygodniu na pilny szczyt w Rijadzie mają zjechać regionalni przywódcy. Tydzień później o kryzysie ma rozmawiać cała Liga Arabska.

Likwidacja USAID to zaproszenie dla Chin

 Innym ciosem, zadanym przez Trumpa amerykańskim wpływom, jest demontaż USAID – agencji, która przez dziesięciolecia kształtowała wizerunek USA jako dobroczynnej potęgi, zapewniając pomoc humanitarną, promując demokrację i wspierając wzrost gospodarczy w najbiedniejszych krajach. Teraz z dnia na dzień zawiesiła programy w ponad stu państwach – w tym od dożywiania w strefach konfliktów, przez szczepienia i badania nad szczepionkami, po programy stypendialne.

To szeroko otwiera drzwi dla Chin, których wpływy na świecie Trump chciał ograniczać. Pekin już skwapliwie wykorzystuje sytuację, oferując pomocną dłoń tam, gdzie nagle zniknęli Amerykanie. O tym, że komunistyczny rząd w Pekinie był pilnym uczniem i wyciągnął wnioski z tego, jak USA oddziaływały na świat, pokazując sympatyczną twarz, można przekonać się nie tylko za sprawą inwestycji „Pasa i Szlaku”, ale też dzięki filmikom na TikToku, które ukazują pejzaże chińskich wsi czy sympatycznych rzemieślników.

Max Boot, członek amerykańskiego think tanku Council on Foreign Relations, jako „gwoździe do trumny amerykańskiej miękkiej siły” dodaje „bezduszne postanowienie” o deportacji uchodźców z Wenezueli „z powrotem do marksistowskiej dyktatury” oraz groźbę wojny handlowej z Kanadą i Meksykiem.

Czy rozmowa Trumpa z Putinem dotyczyła także Polski?

„To tak, jakby sam Juliusz Cezar zadzwonił do barbarzyńcy” – tak rosyjski propagandzista Karen Szachnazarow komentował rozmowę Trumpa z Putinem. Metafora zasadna, prezydent USA istotnie zachował się jak Cezar, rozporządzając ukraińską ziemią, o czym prezydenta Zełenskiego poinformował ponoć dopiero po fakcie. W osłupienie może wprawiać też to, że walkowerem gotów był oddać najcenniejsze karty przetargowe Kijowa, zanim negocjacje z Moskwą się zaczęły.

Tymczasem żądania, jakie Kreml ma w zamian za pokój, dotyczą nie tylko Ukrainy. Putin domaga się nie tylko akceptacji dla aneksji ukraińskich terytoriów i poddania kontroli Rosji państwa ukraińskiego. Chce też m.in., by Amerykanie zakończyli program udostępniania broni jądrowej sojusznikom w Europie, a państwa zachodnie wycofały swoje siły z krajów, które dołączyły do NATO po 1997 r. (czyli z Polski, państw bałtyckich, Rumunii i Bułgarii).

Czy tego również dotyczyła rozmowa Trumpa z Putinem, nie wiemy. Prezydent Andrzej Duda po spotkaniu z sekretarzem obrony USA Petem Hegsethem ogłosił, że „jest spokojny, jeśli chodzi o amerykańskie plany dotyczące naszej części NATO”. Z kolei szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas mówiła BBC, że rozmowy z politykami z USA przebiegają w bardzo dobrej atmosferze, a to, co mówią oni przed kamerami, jest na użytek polityki wewnętrznej w Stanach. Ale czy to powinno nas uspokajać?

Stany trzymały nad Europą „parasol bezpieczeństwa”, ale od ponad 20 lat z roku na rok coraz głośniej powtarzały, że nasz kontynent musi zacząć bardziej dbać o swoją obronę. Ta w większości krajów, nawet po roku 2022, pozostaje na poziomie nieadekwatnym do zagrożeń. Co, jeśli pewnego dnia Trump zatweetuje, że zwija ten „parasol”?

Pax Americana zostaje zastąpiony przez rację silniejszego

Epoka Pax Americana, która początek miała podczas II wojny światowej, po 1989 r. przyniosła koniec komunizmu, bezprecedensowy wzrost gospodarczy i względny pokój. Ukształtowała nie tylko międzynarodowe sojusze, ale też to, że pod dyktando amerykańskiej soft power dokonywała się globalizacja.

„Ta sama epoka zasiała też jednak ziarna własnego upadku” – piszą w „Foreign Affairs” politolodzy Ivo H. Daalder i James M. Lindsay, wyliczając m.in. kosztowne i upokarzające wojny w Afganistanie i Iraku czy kryzys finansowy z 2008 r., „który podważył wiarę w kompetencje rządu USA i jego ekonomiczne recepty”. Ich zdaniem z tego powodu można zrozumieć, dlaczego niektórzy Amerykanie sądzą, że ich kraj lepiej poradzi sobie w świecie, jeśli rządzi w nim racja silniejszego – bo USA mają największą gospodarkę, najsilniejszą armię i możliwe, że najlepszą sytuację geopolityczną.

Dziś można odnieść wrażenie, że Trump uznaje międzynarodowe sojusze za obciążenie finansowe, a działania jego administracji kojarzą się z XIX-wieczną polityką siły i podziału na strefy wpływów. Wówczas mocarstwa dzieliły świat na regiony, którymi rządziły bez przywiązywania wagi do woli rządzonych w myśl maksymy Tukidydesa: „Silni robią, co mogą, a słabi cierpią, co muszą”.

Czy Stany mogą się izolować i pozostać bogate

Kłopot w tym, że Trump, stosując taką politykę, wprowadza Amerykę na nieznaną jej wcześniej ścieżkę. Po pierwsze dlatego, że gdy poprzednio Stany z zapałem stawiały na izolacjonizm, choć były zamożne i nawet dominowały nad niektórymi sąsiadami, nie były światowym mocarstwem. Stały się nim dopiero, gdy otworzyły się na świat. Dziś nie mogą na powrót zamknąć się i pozostać bogate. Gospodarka już tak nie działa, bo Ameryka to zmieniła.

Po drugie, wykorzystując siłę w polityce światowej, Trump może się przekonać, że jego główni przeciwnicy – Xi Jinping i Putin – w tej grze okażą się lepsi. „Ich reżimy nie mają wewnętrznych ograniczeń i mogą działać bez oglądania się na opozycję. Trump natomiast, chcąc tego czy nie, będzie się musiał zmierzyć z amerykańską demokracją, a jego konfrontacyjna polityka zagraniczna może stać się jego największą słabością” – piszą Daalder i Lindsay.

Czy USA i Europa mają dziś wciąż te same wartości?

W Monachium J.D. Vance dał do zrozumienia, że Europa i Ameryka mają różne wartości. Europejczycy powinni o tym pamiętać, mając na uwadze nie tylko amerykańskie groźby nałożenia na nas ceł, ale także m.in. sposób, w jaki wiceprezydent USA i Elon Musk ingerują w niemiecką kampanię wyborczą i wspierają radykałów z AfD – nie zważając, że zachowują się, jakby grali w tej samej drużynie co Kreml.

Po pierwszym miesiącu urzędowania Trumpa i jego administracji jest więc dość powodów do przemyśleń. Jeszcze więcej Europejczycy mają do zrobienia na własnym podwórku.

W międzyczasie mogą obserwować, jak administracja USA rozmontowuje kolejne źródło amerykańskiej potęgi: kilka dni temu do Pentagonu weszli przedstawiciele Departamentu Efektywności Rządowej, kierowanego przez Muska. Ich zadaniem jest ścięcie liczącego niemal bilion dolarów budżetu departamentu obrony (choć najbogatszy człowiek świata zapewne nie zacznie redukcji od własnych kontraktów dla wojska).

Na celowniku Muska znalazły się już m.in. lotniskowce klasy Ford i najnowsze myśliwce F-35, które jego zdaniem są „przestarzałe” i budowane przez „idiotów”. To te same F-35, których 32 sztuki zamówiła niedawno Polska

Tekst ukończono 16 lutego.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 8/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Pożegnanie z Ameryką, jaką znaliśmy