Tradycjonaliści w Polsce. Oaza czy oblężona twierdza?

Obok ekskomunikowanych niedawno przez Watykan lefebrystów istnieją środowiska tradycjonalistyczne działające w ramach Kościoła katolickiego. Ich liczebność w Polsce gwałtownie wzrosła.
Czyta się kilka minut
Abp Guido Pozzo, sekretarz Papieskiej Komisji Ecclesia Dei, celebruje Mszę pontyfikalną w bazylice MB Bolesnej Królowej Polski, Licheń Stary, lipiec 2018 r. // Fot. Dawid Gospodarek
Abp Guido Pozzo, sekretarz Papieskiej Komisji Ecclesia Dei, celebruje Mszę pontyfikalną w bazylice MB Bolesnej Królowej Polski, Licheń Stary, lipiec 2018 r. // Fot. Dawid Gospodarek

Trudno nie odnieść wrażenia, że czas stanął w miejscu, gdy w niedzielne południe w wypełnionym wiernymi krakowskim Kościele św. Łazarza wybrzmiewają dźwięki chorału i organowych preludiów. Ksiądz celebruje mszę zwrócony przodem do ołtarza, łacińskie słowa mszalnych modlitw przeplatają się z ciszą, kobiety w mantylkach i kapeluszach, a mężczyźni w garniturach klęczą w skupieniu. 

W porównaniu do standardowej parafii dostrzegalna jest nadreprezentacja osób młodych i mężczyzn – nie mamy więc do czynienia z nostalgią za przeżytymi czasami. W tej dawnej liturgii młodsze pokolenia odkrywają coś nowego, odmiennego od codzienności. 

O ile sekularyzacja młodych jest w Polsce alarmująca, tu tego nie widać. Można odnieść wrażenie historycznej rekonstrukcji, ale trudno nie dostrzec też autentyczności. To cotygodniowe niedzielne rytuały kilkudziesięciu tysięcy polskich katolików, których przyciąga tzw. msza w klasycznym rycie rzymskim, szerzej znana jako msza „trydencka”.

Środowisko tradycjonalistów przestało być marginesem, co widać zwłaszcza w mediach społecznościowych. Jeszcze dwie dekady temu w Polsce istniało zaledwie sześć miejsc z dawną mszą odprawianą za specjalnym pozwoleniem biskupa (indultem) – wspomina Jarosław Syrkiewicz ze Śląska, od 21 lat związany z tradycyjną liturgią (wcześniej z Ruchem Światło Życie i Odnową Charyzmatyczną), członek zarządu Una Voce Polonia – stowarzyszenia wiernych wspierających rozpowszechnianie klasycznej formy rytu rzymskiego. 

Środowiska były na tyle niewielkie, że raczej wszyscy się znali, co dawno się zmieniło. Wzrost jest realny i trwały. 

Dziś liczba oficjalnych duszpasterstw i kaplic wzrosła do ok. 120 miejsc pozostających w pełnej jedności z Kościołem, a w rycie uczestniczy regularnie od 50 do 60 tysięcy wiernych skupionych wokół różnych ośrodków duszpasterskich. 

Środowisko okrzepło i jest różnorodne. Wielu mężczyzn tu rozeznało swoje powołanie do sakramentu święceń kapłańskich.

Między kryptolefebryzmem a prawowiernością

Nikt nie przeprowadził badań, samo środowisko z różnych względów też o to nie zadbało. Jednak zwłaszcza w kontekście niedawnych i nielegalnych sakr biskupich w Bractwie Kapłańskim św. Piusa X (tzw. lefebrystów czy piusowców), skutkujących ekskomuniką, można zauważyć, że i wśród uczestników oficjalnych duszpasterstw pewna część popiera radykalne działania i teologię negującą przełomowe elementy nauczania ostatniego soboru.

– Niestety wielu wiernych związanych z tradycyjnym duszpasterstwem w diecezjalnych strukturach nie odbiega poglądami od lefebrystów. Widać tu tego samego krytycznego i krytykanckiego ducha. Najbardziej rzuca się to w oczy w mediach społecznościowych – wskazuje jeden z księży celebrujących „po staremu” i zauważa, że również wśród duszpasterzy zdarzają się „kryptolefebryści”, co wpływa na wiernych. Z wielu ośrodków duszpasterskich w Polsce do tej pory tylko w trzech zdecydowano, by w trosce o dobro wiernych przestrzec przed schizmatyckimi działaniami lefebrystów.

W pełnej jedności z papieżem działa np. Bractwo Kapłańskie Świętego Piotra (FSSP) – założone w 1988 r. przez księży wywodzących się ze środowiska arcybiskupa Lefebvre’a, którzy sprzeciwili się jego schizmatyckiemu aktowi. W Polsce jest ono obecne przede wszystkim w Krakowie i okolicach. Globalnie FSSP przeżywa rozkwit: jego seminaria kształcą ok. 180 kleryków – to więcej niż wiele diecezji zachodnioeuropejskich razem wziętych. 

W kilku miastach Polski działa też Instytut Dobrego Pasterza (IBP) – założony w 2006 r. przez pięciu księży opuszczających piusowców, w tym ks. Aulagniera, bliskiego współpracownika abp. Lefebvre’a. W przyszłym roku planowane są tu święcenia kolejnych dwóch Polaków. W pozostałych ośrodkach w Polsce, stanowiących większość, duszpasterzują wyznaczeni przez biskupów kapłani diecezjalni lub zakonni.

Za wszystkie duszpasterstwa w diecezjach odpowiedzialni są biskupi. Czy wystarczająco dbają o to, by księża wyznaczeni do opieki nad osobami preferującymi dawną mszę troszczyli się o pogłębianie ich jedności z Kościołem?

Co przyciąga ludzi do mszy trydenckiej

Motywacje są różne, choć kilka wątków powraca z regularnością chorałowych refrenów. Monika, nauczycielka z Warszawy, opowiada, że nawróciła się właśnie przez zaciekawienie starą liturgią: 

– Doświadczyłam rytuału, którego nie rozumiałam, pewnej tajemniczości, może i dziwności. To mnie wybiło z rytmu. Po prostu zaczęłam zgłębiać, o co chodzi, czytałam dogmatyczne traktaty i liturgiczne opracowania, widzę spójność między doktryną i rytuałem. I po prostu wciągnęło mnie, uświadomiłam sobie, co to znaczy być katolikiem, i staram się tym żyć. Wcześniej nie utożsamiałam się z Kościołem, miałam szczątkową wiedzę, już w szkole średniej nie chodziłam na religię. Teraz mogę o sobie powiedzieć, że wierzę w to, co Kościół do wiary podaje, staram się to zrozumieć, chodzę regularnie na mszę i modlę się codziennie.

Podobnie Aleksander Barszczewski, 32-letni dziennikarz z Poznania, który – jak to sam ujmuje – odkrywał starą liturgię jako zbuntowany młody chłopak. Jego wybór nie był estetyczny ani doktrynalny, a duchowy. Stara msza pozwala mu stanąć naprzeciw Absolutu bez rozproszeń i gadulstwa – w świecie, który kipi rozpraszaczami i przegadaniem. 

Jan Walczak z Konina, student teologii, podkreśla z kolei wrażliwość na piękno, w tym na chorał gregoriański, który daje mu, jak mówi, przedsmak liturgii niebieskiej.

Ks. Dawid Tyborski z Kaszub, celebrujący czasem po staremu, opisuje tę liturgię jako rodzaj oazy, która w przebodźcowanym świecie pozwala na wytchnienie i kontemplację. 

Teolog dr Paweł Beyga, 36-letni nauczyciel we wrocławskim LO nr IX, wskazuje natomiast na coś, co nazywa niedowolnością liturgii. 

W świecie, gdzie wszystko zależy od nastroju celebransa, stary ryt oferuje bezpieczeństwo i spokój – jest też lekarstwem na lęk przed banalizacją sacrum.

 – Tradycyjna liturgia jest ze swej natury bardziej nastawiona na adoracyjność, ma więcej momentów ciszy, która nie jest przerwaniem liturgii, ale jej naturalną częścią – tłumaczy ks. Tyborski.

Uczestnicy dawnej liturgii wskazują też, że ważne jest dla nich poczucie ciągłości historycznej i łączności z poprzednimi pokoleniami katolików. Dla wielu istotna jest wspólnotowość – poczucie związku z osobami o podobnej wrażliwości i poglądach, a także obecność rodzin z dziećmi, niektórzy wyrażają też przekonanie, że tak sformalizowany ryt i społeczne oczekiwania porządku pomagają przy wychowaniu dzieci. 

Zwłaszcza młodsi podkreślają, że cenią sobie duszpasterstwa wymagające i angażujące – co też może być reakcją na sekularyzację i pluralistyczne społeczeństwo: wierzący szukają mocniejszej identyfikacji, stabilności, zakorzenienia, rytmu.

Moda tradsa, czyli ubiór nie jest obojętny

Wizualna strona tych wspólnot rzuca się w oczy już od kruchty. Mantylki i inne nakrycia na głowach kobiet, wyraźnie dandysowski styl u wielu mężczyzn. Filip Łuczak, znany z mediów społecznościowych „Pan Kościelny”, pracujący też w branży pielgrzymkowej, zauważa, że dla wielu jego znajomych poznanie starej liturgii wiązało się z przemianą stylu ubierania się na co dzień – koszule i marynarki stały się standardem. 

Tłumaczy to prosto: Estetyczna wrażliwość ma uzasadnienie we wrażliwości religijnej, ale bywa też polem kontrowersji, a niekiedy zwykłej agresji. Monika wspomina z przykrością sytuację sprzed kilku lat: pod kościołem dwie kobiety próbowały ją przekonywać, że musi zakrywać głowę, bo tylko prostytutki kuszą mężczyzn odsłoniętymi włosami. Ten epizod nie jest, jak się okazuje, odosobniony. 

Presja na wygląd – zwłaszcza kobiet – bywa w tych środowiskach odczuwalna i niekiedy przybiera formy, które trudno pogodzić z ewangeliczną delikatnością.

Niemile widziane są oczywiście spodnie u pań, tym bardziej krótkie spódniczki, w niektórych miejscach krzywo się patrzy nawet na inne niż „cieliste” rajstopy. Panowie nie powinni zakładać krótkich spodenek i raczej wystrzegać się dżinsów. Są miejsca bardziej i mniej liberalne. Podobnie jeśli chodzi o nakrycie głowy kobiet. 

Paweł Beyga dystansuje się od romantyzacji przeszłości, przypominając, że np. mantylki nigdy nie były właściwie polską tradycją – dawniej kobiety nosiły kapelusze lub chustki. A w tym środowisku o tę zewnętrzność potrafią wybuchnąć naprawdę bardzo ostre spory.

Tradwife, wielodzietność i pytanie o kobiety

W mediach społecznościowych wśród osób związanych z tradycjonalizmem liturgicznym widoczny jest trend określany tradwife – tradycyjna żona – promujący życie domowe i „tradycyjny podział ról płciowych”. Zjawisko jest od dawna obecne na Zachodzie, zwłaszcza w USA, w Polsce też zyskuje w tych środowiskach popularność.

Karolina, ok. 40-letnia pedagożka szkolna, szukając partnera trafiła do jednej z takich wspólnot za namową koleżanki, która przekonywała ją, że jest tam wielu dbających o siebie kawalerów. 

Podczas jednej z konferencji ksiądz z pasją wykładał, że katolicka żona musi być posłuszna mężowi jak Chrystusowi, i analizował starą przysięgę ślubną ze zobowiązaniem do posłuszeństwa. 

Karolina co prawda spotkała osoby podchodzące do tego z dystansem, ale – jak mówi – napotykane postawy niektórych mężczyzn i kobiet budzą jej niepokój, zwłaszcza że wie o różnych formach przemocy w niektórych małżeństwach.

Podobnie irytuje ją presja na wielodzietność: rozumie, że dziecko jest darem, ale, jak mówi, „mam czasem wrażenie, że rozmawiam z ortodoksyjnymi Żydami z filmu, a nie z katolikami w XXI wieku”. Aleksander Barszczewski wskazuje, że wizerunkowa tradwife w mediach społecznościowych jest często kreacją bez pokrycia w rzeczywistości, dostępną głównie dla osób uprzywilejowanych. 

Którą partię popierają tradycjonaliści

Z aktywności w mediach społecznościowych można odnieść wrażenie, że wśród zwolenników tradycji przeważają sympatycy Konfederacji. Jarosław Syrkiewicz potwierdza, że kiedyś faktycznie środowisko było bardziej jednorodne politycznie, jednak upowszechnienie starej liturgii to zmieniło.

Paweł Beyga wskazuje na postać Marka Jurka jako przykład „politycznej bezdomności”, charakterystycznej dla wielu tradycjonalistów rozczarowanych brakiem obrony wartości przez rządy deklarujące się jako konserwatywne. Poglądy teologiczno-społeczno-polityczne, jak przekonuje Beyga, nie przekładają się wprost na wrażliwość liturgiczną. Przypomina, że jednym z najczęściej celebrujących starą mszę biskupów był uchodzący za „liberała” Tadeusz Pieronek

W tych środowiskach zauważalna była nadreprezentacja osób powątpiewających w istnienie pandemii covid-19, ulegających teoriom spiskowym, sprzeciwiających się obostrzeniom. 

Trudne do przyjęcia okazuje się tu też m.in. nauczanie Kościoła o migracji czy elementy nauczania o ekologii. Uprzedzenia do mniejszości, zwłaszcza Żydów, są w tych środowiskach raczej powszechniejsze niż w przeciętnej parafii.

Dlaczego tradsi nie lubią Franciszka

Lipiec 2021 r. przyniósł tradycjonalistom wstrząs, z którego skutkami wciąż się zmagają. Papież Franciszek ogłosił motu proprio „Traditionis custodes”, ograniczające sprawowanie starej mszy do miejsc i okoliczności wymagających zgody biskupa lub samej Stolicy Apostolskiej. Dokument cofnął liberalizację wprowadzoną przez Benedykta XVI w „Summorum pontificum” z 2007 r.

Aleksander Barszczewski przyznaje, że na początku poczuł się skrzywdzony, zwłaszcza że dokument uderzył w grupy lojalne wobec Rzymu, podczas gdy lefebrystom udzielono przywilejów. 

– Jednak po latach obserwowania, jak środowisko pozostające w formalnej jedności z Watykanem i obowiązującym nauczaniem Kościoła odnosi się do papieża i nauczania, które przynajmniej formalnie uznaje, zacząłem trochę inaczej patrzeć na ten dokument. Nadal uważam, że pewien styl „Traditionis custodes” oraz jego konkretne zapisy są przynajmniej w części raniące i szkodliwe, jednak mam nadzieję, że papież Leon zadba o szerokie udostępnienie tradycyjnej liturgii, ale tym, którzy nie upierają się przy przestarzałej eklezjologii – dodaje.

Paweł Beyga uważa, że argumentacja „Traditionis custodes” jest teologicznie słaba i niesprawiedliwa, szczególnie w zestawieniu z dużą swobodą liturgiczną przyznaną np. konwertytom z anglikanizmu. Zauważa jednak, że krytyczne głosy pod adresem dokumentu Franciszka płynęły także ze stron nieoczywistych, jak „Tygodnik Powszechny” czy „Więź”.

Jarosław Syrkiewicz wskazuje, że zakaz odprawiania mszy „trydenckiej” w parafiach jest narzędziem, które ma ograniczyć zainteresowanie tą formą wśród parafian, tolerując jedynie grupy entuzjastów i szczególnie zainteresowanych. 

– Taką sytuację mamy np. w Tychach, gdzie po przeniesieniu mszy do innego kościoła w pobliskim mieście zanotowaliśmy spadek frekwencji, gdyż parafianie z poprzedniego miejsca celebracji już na nią nie przychodzą.

Reakcja polskich biskupów okazała się w porównaniu z Zachodem umiarkowana, a w wielu miejscach bardzo życzliwa. Sytuacja w Polsce pozostała przez to stabilniejsza niż na Zachodzie, gdzie część diecezji zlikwidowała duszpasterstwa tradycyjne. Niemniej Jarosław Syrkiewicz przyznaje, że radykalizacja cały czas niestety postępuje – część wiernych przeszła do kaplic lefebrystów.

Pokusa oblężonej twierdzy

Wśród tradycjonalistów wybijają się też niepokojące tendencje, w jakiejś mierze będące skutkiem zaniedbań duszpasterskich. Jedną z nich Paweł Beyga scharakteryzował jako próbę zamknięcia Opatrzności w klamrę czasową. Aleksander Barszczewski mówi wprost: granica ortodoksji zostaje przekroczona w momencie, gdy wierny zaczyna wierzyć, że Duch Święty przestał działać w Kościele od rozpoczęcia Soboru Watykańskiego II. To postawa prowadząca do odrzucenia nie tylko nowej liturgii, ale i całego nauczania współczesnych papieży.

Wielu wiernych ma problem z tym, że kościelna rzeczywistość się zmienia (rytuały, język, nawet elementy nauczania) i problematyczne jest dla nich np. pogodzenie nauczania przedsoborowych papieży o relacjach z chrześcijanami innych wyznań z soborowym ekumenizmem.

Ks. Tyborski diagnozuje zjawisko, które określa mianem samowoli doktrynalnej: osobiste interpretacje, prywatne objawienia lub własne „widzimisię” stają wyżej niż oficjalne nauczanie Kościoła.

Drugą pokusą jest intelektualne uproszczenie. Paweł Beyga zwraca uwagę, że duszpasterzem dla wielu staje się internet. Zamiast trudu zrozumienia teologicznej głębi, łatwiej zadowolić się prostymi, czarno-białymi odpowiedziami, „memami teologicznymi” – chwytliwymi sloganami i wyrwanymi z kontekstu cytatami z dawnych papieży, mającymi służyć za ostateczny argument w sporach. 

– Łatwiej jest oczywiście wziąć dwa cytaty np. z Piusa IX i Jana Pawła II, i zamknąć dyskusję stwierdzeniem, że te nauczania są sprzeczne. Zamiast trudu zrozumienia rozwoju doktryny mamy krytykanctwo zastępujące roztropne wyważenie – mówi Beyga. 

Najbardziej jaskrawym błędem eklezjologicznym jest jednak tworzenie tego, co Beyga nazywa równoległym Kościołem. Radykalnym przykładem za czasów papieża Franciszka było pomijanie jego imienia w mszalnym kanonie. 

Jeden z księży zauważa, że wiele zależy jednak od konkretnego duszpasterza: gdy ma szerokie horyzonty, wspólnota jest bardziej otwarta. 

Choć wielu księży nie porusza tematów kontrowersyjnych dla tradycjonalistycznych wiernych z lęku, że ci uznają to za „modernizm” i przejdą do lefebrystów. 

Zdrowym wspólnotom sprzyja też obecność w nich wielodzietnych rodzin, których codzienny trud sprowadza na ziemię i broni przed ideologicznym nakręcaniem.

Środowisko skupione wokół dawnej liturgii jest pełne młodzieńczej pasji i pragnienia sacrum. Wykazuje się nieprzeciętną ofiarnością w odpowiedzi na materialne potrzeby, i konkretnym zaangażowaniem (remonty kaplic, formacja, uczenie się chorału czy ministrantury, osobista pobożność). Tego potencjału nie można bagatelizować. Zarazem grozi mu zamknięcie we własnym, coraz szczelniejszym świecie.

Paweł Beyga podkreśla, że Kościół ani nie zaczął, ani nie skończył się na ostatnim soborze. Perspektywiczne jest odczytywanie tradycji w jedności z aktualnością Kościoła, bez pogardy dla tego, co stare, i bez lęku przed tym, co nowe. Granica nie przebiega między starą a nową mszą, tylko między wiernością a separatyzmem.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 28/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Oaza czy oblężona twierdza