Polska na politycznym urlopie. Czy los Ukrainy przestał nas obchodzić?

Polacy długo marzyli o awansie w międzynarodowej hierarchii. Ale wtedy nie było ku temu zasobów i zewnętrznych warunków. Dziś pojawiło się i jedno, i drugie, ale nie ma już woli, by marzenia realizować.
Czyta się kilka minut
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski i przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen przed rozpoczęciem szczytu UE. Bruksela, 2025 r. // Fot. Thierry Monasse / Reporter
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski i przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen przed rozpoczęciem szczytu UE. Bruksela, 2025 r. // Fot. Thierry Monasse / Reporter

Niestety, takie wnioski są przedwczesne. Relacje bilateralne Warszawy z Waszyngtonem są bardzo ważne ze względu na kluczową rolę USA dla bezpieczeństwa Polski i Europy, ale to nie znaczy, że uczynią nas rozgrywającymi choćby w naszym regionie. Przy stole, gdzie zapadają kluczowe decyzje, Polska siedzieć nie będzie.

Nieobecni w Waszyngtonie, nieobecni w debacie

Wizyta Nawrockiego w Waszyngtonie, podczas której Trump potwierdził obecność wojsk USA na naszej ziemi, medialnie przykryła inną wizytę w Białym Domu. Miało do niej dojść ledwie dwa tygodnie wcześniej, ale na miejsce nie dotarł ani Karol Nawrocki, ani Donald Tusk

Kancelarie prezydenta oraz premiera przerzucały się później odpowiedzialnością za tę absencję, a wielu komentatorów dało się wciągnąć w dyskusję, po aptekarsku rozliczając winę obu stron. Niezależnie od finalnego werdyktu, częstą konkluzją było podkreślenie fatalnych konsekwencji rosnącej polaryzacji na linii rząd–prezydent, która wykluczyła Polskę z ważnej debaty liderów Zachodu w Waszyngtonie.

Inni komentatorzy uznali, że nieobecność naszego reprezentanta dowodzi czegoś jeszcze gorszego: wypadnięcia Polski z dyskusji o wojnie na Ukrainie i międzynarodowym porządku po jej zakończeniu. Przestaliśmy być na tyle istotni, aby warto było z nami uzgadniać kluczowe kwestie.

Polska zmęczona Ukrainą

Brutalna prawda jest jeszcze gorsza. Polska sama przekonuje światowych liderów, że nie jest przesadnie ważna. W Waszyngtonie obok Zełenskiego nie było Tuska czy Nawrockiego nie dlatego, że nikt nas nie zaprosił, ale dlatego, że sami nie chcieliśmy tam jechać. 

W sytuacji, w której wielu przywódców państw europejskich dałoby wiele, by znaleźć się tego dnia w Białym Domu, nasi liderzy uznali, że takie spotkanie nie jest warte, by się o nie starać. A przecież gdyby jeszcze niedawno ktoś zapytał, czy powinniśmy skorzystać z okazji do dyskusji w wąskim gronie kluczowych polityków świata, to pewnie każdy z nas by odpowiedział, że taka wizyta jest nie tylko prestiżowa, ale wręcz konieczna w czasach, w których ważą się losy konfliktu zmieniającego międzynarodowy ład i wpływającego na nasze bezpieczeństwo.

Wszystko to pokazuje, jak wiele się w Polsce ostatnio zmieniło – w konsekwencji trzech powiązanych ze sobą procesów, które łącznie można opisać jako „zmęczenie Ukrainą”. Po pierwsze, odnosi się ono do ukraińskich uchodźców. Wielu Polkom i Polakom fakt przyjęcia tak licznej rzeszy osób z zagranicy zaczyna doskwierać. Czasami są to realne doświadczenia, kiedy indziej zasłyszane, a najczęściej jest to lęk nie tyle o teraźniejszość, co o przyszłość – widać w nim obawę, że Polska może stać się państwem migracyjnym na wzór krajów Europy Zachodniej.

Po drugie, widzimy ponadpartyjne rozczarowanie administracją Zełenskiego. Zaczynając od eksplozji ukraińskiej rakiety w Przewodowie, przez spór o rolnictwo i transport, a skończywszy na polityce historycznej i ekshumacjach na Wołyniu – tematy te mocno rozczarowały Polaków oczekujących wdzięczności ze strony Kijowa.

Po trzecie wreszcie, zmieniają się nasze postawy wobec samej wojny. O ile na początku byliśmy w awangardzie obozu „sprawiedliwych”, domagających się bezkompromisowego wsparcia dla Ukrainy i takiej samej presji na Rosję, o tyle teraz Polacy dołączyli do obozu „spokoju”, który na tyle zmęczył się wojną, że chciałby ją zakończyć – nawet jeśli warunki nie będą satysfakcjonujące dla Kijowa.

Te trzy procesy spowodowały w ostatnim czasie wzrost nastrojów jeśli nie antyukraińskich, to przynajmniej ukrainosceptycznych. To właśnie one sprawiły, że w kampanii prezydenckiej kolejni kandydaci prowadzili zawody, kto bardziej zdystansuje się od Ukrainy. Jak silny był to proces, świadczy pomysł Rafała Trzaskowskiego (europejskiej i progresywnej twarzy liberałów), aby ograniczyć ukraińskim uchodźcom świadczenie 800 plus.

Polska w awangardzie dystansu i kunktatorstwa

Mając na uwadze społeczne emocje, rząd Tuska tuż po rozpoczęciu europejskiej dyskusji o gwarancjach bezpieczeństwa dla Kijowa jednoznacznie przekreślił obecność polskich żołnierzy na Ukrainie. Co ważne, deklaracja ta była zdecydowana, bez żadnego „ale”, aby nie dać przestrzeni do nadinterpretacji w trwającej wówczas kampanii. 

W efekcie inni kandydaci na prezydenta, z Nawrockim na czele, zaczęli ulegać presji i dołączać do tego stanowiska. Podobnie zrobiły stojące za nimi partie polityczne. W efekcie Polska, będąca wcześniej w awangardzie wsparcia dla Ukrainy, zaczęła być w awangardzie dystansu i kunktatorstwa.

Pojawił się klimat, w który świetnie wpasowałaby się Ewa Kopacz ze swoją odpowiedzią na pytanie o reakcję Polski na rosyjską napaść na Ukrainę w 2014 r. Powiedziała wtedy, że Polska powinna zachować się „jak rozsądna polska kobieta. Nasz kraj, nasz dom, nasze dzieci są najważniejsze”. Ponad dekadę temu infantylna wypowiedź byłej premier była wyszydzana. 

Dziś wpisałaby się w klimat epoki, w której wielu Polaków uwierzyło, iż najlepszym sposobem na trudy życia jest ucieczka od rzeczywistości. Niczym małe dzieci, które chowają się pod kołdrę wierząc, że jeśli niebezpieczeństwa nie zobaczą, to ono po prostu zniknie.

Co istotne, w toczącej się dyskusji o gwarancjach dla Ukrainy zdecydowana większość państw nie stawia kropki nad „i”. Wielu liderów podkreśla, że wszystko zależy od finalnych ustaleń z Rosją, których nie ma. Nie chcą zobowiązywać się do działań, które okażą się niemożliwe z uwagi na presję społeczną. Wielu też zdaje sobie sprawę, iż choćby z przyczyn czysto taktycznych nie ma sensu deklarować twarde „nie”. Niewiele to przyniesie korzyści, a gwarantuje natychmiastowe odejście od stolika.

Niestety, Polska postanowiła już na wstępie wypisać się z rozmów o gwarancjach dla Ukrainy, choć nikt nie oczekiwał, byśmy deklarowali konkretną liczbę żołnierzy. Ba, nikt nie wymuszał nawet deklaracji, że polscy żołnierze tam w ogóle pojadą. 

Polska mogła zrobić to, co zrobiła większość państw – nie wysyłać żadnego komunikatu i czekać na rozwój sytuacji. W obliczu zbliżania się Europy do konkretnych rozwiązań moglibyśmy znaleźć rozsądne, alternatywne wyjście, np. wysłać polskich żołnierzy do państw bałtyckich, aby zastąpić stacjonujące tam oddziały z państw zachodnich – one zaś pojechałyby na Ukrainę.

To tylko przykład konstruktywnego podejścia, w którym można było zaproponować inną formę wkładu w proces budowy nowego ładu w Europie. Jednak ani polski rząd, ani opozycja, ani prezydent takiej oferty nie przedstawili, bo nie chcieli. Z obawy, że każda forma deklaracji zostałaby odebrana w Polsce jako „proukraińska” i naraziłaby polityków na negatywne konsekwencje, także podczas wyborów.

W takich okolicznościach trudno się dziwić, dlaczego nikogo z Polski nie było obok Zełenskiego w Białym Domu. Ani Nawrocki, ani Tusk nie chcieli uczestniczyć w spotkaniu, na którym mogło paść niekomfortowe pytanie ze strony Trumpa, co każdy z obecnych „kładzie na stół”. Niezręczna cisza, jaka musiałaby zapaść w takiej sytuacji, spowodowała, że polscy liderzy polityczni postanowili zostać w domu.

Był czas, gdy ambicje rodziły decyzje

Niedoszłe spotkanie nie było fundamentalne dla losów wojny. Nie zapadły na nim kluczowe decyzje. Zresztą, takich spotkań będzie więcej, bo negocjacje Ukrainy z Rosją to proces długi, skomplikowany i obfitujący w spotkania w różnych formatach. Na zjazd w Waszyngtonie należy jednak spojrzeć jak na soczewkę, w której skupia się problem dotyczący nie tylko polskiej dyplomacji, ale przede wszystkim – polskich ambicji.

Wielu w tym zjawisku widzi winę klasy politycznej. Gdyby była bardziej dojrzała i dalekowzroczna, byłaby w stanie podjąć dojrzalszą decyzję. Choćby taką, jak w 2001 roku, gdy postanowiono wysłać polskich żołnierzy do Afganistanu, czy w roku 2003, kiedy posłano ich do Iraku. Obie te operacje były niepopularne, a jednak w polskich elitach – zarówno postsolidarnościowych, jak i postkomunistycznych – dominowało przekonanie, że trzeba podjąć „męską” decyzję. 

Po latach wiemy, że operacje te były poważnymi błędami Stanów Zjednoczonych, ale nie Polski. Dzięki wysłaniu żołnierzy nasza pozycja na arenie międzynarodowej wzrosła, tak samo jak znaczenie dla USA – nie mówiąc o cennym doświadczeniu polskiego wojska. Z pewnością dużo trudniej byłoby starać się o amerykańskich żołnierzy w naszym kraju, gdyby Polska odmówiła wsparcia wtedy, kiedy Amerykanie go potrzebowali.

Te czasy minęły. I pewnie w dużej mierze są za to odpowiedzialni politycy. Utknięcie w polaryzacji i sondażach pozbawiło ich wszelkich zdolności do gry „pod wiatr”. Niemniej koncentracja na politykach jest zbyt łatwą wymówką i ucieczką od prawdziwego źródła problemu. 

Politycy w państwach demokratycznych jedynie odpowiadają na popyt, który zgłaszają wyborcy. Ci w Polsce zaś nie sygnalizują zapotrzebowania na „ofensywną” politykę zagraniczną. Wręcz przeciwnie, żyjemy w czasach mocno „defensywnych”.

Polski awans rozmieniony na drobne

Polacy od lat marzyli o awansie w międzynarodowej hierarchii. Po sukcesie gospodarczym i społecznym wydawało się, że przyszedł czas na awans międzynarodowy, o który dotychczas było trudno. Polska przez lata była przecież petentem proszącym Zachód o różne usługi i zasoby; najpierw prosiliśmy o umorzenie pożyczek zagranicznych, potem o wpuszczenie do UE i NATO, następnie o żołnierzy amerykańskich i NATO-wską infrastrukturę, w końcu o unijne pieniądze. 

Prosiliśmy, niewiele mając w ofercie. Dlatego nasze relacje z kluczowymi państwami były mocno asymetryczne. Do tego Polska widziała od zawsze zagrożenia tam, gdzie wpływowi gracze nie chcieli ich dostrzec. W efekcie trudno było wpływać na politykę międzynarodową z pozycji outsidera, który odgrywa rolę kamienia w bucie zachodniego mainstreamu.

Po 24 lutego 2022 r. sądziliśmy, że wiele się zmieniło. Jakkolwiek obrazoburczo by to nie zabrzmiało, wojna na Ukrainie podniosła automatycznie znaczenie Polski. Fakt bycia potężnym hubem pomocowym, przyjęcie ponad miliona uchodźców, aktywna polityka, a przede wszystkim przesuwanie się stanowisk europejskiego mainstreamu na pozycje Polski – spowodowały, że zaczęliśmy dyskutować o awansie. 

Fakt, że definitywnie zamknęliśmy rozdział fukuyamowskiej wizji „końca historii”, gdzie liczy się przede wszystkim gospodarka, a weszliśmy z futryną w świat starcia cywilizacji Huntingtona, gdzie liczy się głównie bezpieczeństwo – sprawił, że Polska automatycznie dostała w nowym rozdaniu bardzo dobre karty. 

Ponadpartyjny konsensus wokół wysokich wydatków na wojsko spowodował z kolei, że pozycja Polski w NATO stała się nieporównywalna z pozycją Polski w UE. Kluczowe dla naszej roli było to, że przesłaliśmy Ukrainie znaczącą pomoc, robiąc to zdecydowanie i szybko. Po raz pierwszy w najnowszej historii przestaliśmy być biorcą zasobów, a staliśmy się ich dawcą, dostrzegając zarazem korzystne efekty.

Polska okazała się fundamentalnym państwem na początku wojny, ale późniejsze okoliczności spowodowały, że sukces ten nie był trwały. Rozmieniliśmy go na drobne.

Paradoks polega na tym, że Polacy długo marzyli o awansie w międzynarodowej hierarchii. Na konferencjach różnych think tanków kwestia naszego zagrania w wyższej lidze była centralnym zagadnieniem od wielu lat. Wszyscy od prawa do lewa mieli poczucie, że stać nas na więcej. Ale wtedy, gdy mieliśmy marzenia, nie było ku temu zasobów i sprzyjających zewnętrznych warunków. Dziś pojawiło się i jedno, i drugie, ale nie ma już woli, by marzenia realizować.

Polska w nowej roli

Dlaczego tak się stało? Wydaje się, że nie jesteśmy mentalnie gotowi na awans. Gdy w końcu zobaczyliśmy, czym on pachnie, przestał być dla nas atrakcyjny, albo oszukujemy się, że możliwy jest awans „na skróty”. Chcielibyśmy korzyści wynikających z silnej pozycji, ale nie chcemy ponosić kosztów, jakie się z tym wiążą. 

Tymczasem przywództwo, także polityczne, nie polega tylko na korzyściach. Świetnym dowodem są Stany Zjednoczone. Bez wątpienia przez lata były beneficjentem systemu światowego, który stworzyły, ale jednocześnie ponosiły duże koszty jego utrzymania, choćby poprzez zapewnienie bezpieczeństwa. 

Innym przykładem są Niemcy, które czerpią ogromne korzyści z integracji europejskiej, ale wiedzą doskonale, że inne państwa muszą coś dostać w zamian. Tym czymś są unijne środki, pochodzące w znacznej skali z niemieckich kieszeni.

To właśnie unijne środki będą już niedługo kolejnym testem naszej dojrzałości. Polska rozwija się szybko, i wraz z tym procesem będzie coraz więcej dopłacała, a coraz mniej dostawała z UE, za jakiś czas stając się dawcą netto do unijnego budżetu. 

Dla wielu z nas będzie to szok, bo Polska nie od dekad, ale od wieków jest na mentalnych pozycjach biorcy, a nie dawcy. Nie widzimy w tym problemu: wszak naród tak pokiereszowany przez historię zasługuje, by otrzymać słuszną rekompensatę za krzywdy.

Zmiana naszej pozycji będzie testem nie tylko przywiązania Polaków do UE, ale też sprawdzianem, czy rozumiemy mechanizmy rządzące polityką. Mało kto w Polsce łączy władzę i znaczenie z pozycją płatnika netto. A to właśnie fakt dawania czegoś od siebie jest podstawowym mechanizmem budowy własnej pozycji. Tylko wtedy, gdy wrzuca się coś istotnego do koszyka, można mieć głos oraz oczekiwania.

Ryzyko politycznej bierności

Polska nie będzie się liczyć na świecie, jeśli tego nie zrozumie. Za zasługi dostaje się medale i nieco prestiżu, ale nie realny wpływ na decyzje. Przejęcie przez Europę (z rąk USA) odpowiedzialności za swe bezpieczeństwo jest nieuchronne. W tym procesie Polska powinna pełnić kluczową rolę. Mamy zasoby, by wzmocnić nie tylko polskie bezpieczeństwo, ale też wpłynąć na cały region. Mimo sprzyjających okoliczności tej gry nie podejmujemy.

Dużo było rozmów o tym, jak to CPK dowodzi naszych aspiracji, i jak nasze młode pokolenie nie zadowala się zastanym status quo. Tymczasem okazuje się, że w fundamentalnej kwestii definiującej nie tylko przyszłość Ukrainy, ale i całego naszego regionu, chowamy głowę w piasek. 

Proces politycznej „mikromanii” szczególnie dziwi w odniesieniu do prawicy, która latami wypominała liberałom kunktatorstwo. Tymczasem dziś prawica bez specjalnej presji „odklepuje matę”. Z kolei liberałowie, choć przez lata zapatrzeni w Zachód, teraz akurat postanowili skopiować swoich rywali z prawicy. I choć liga mistrzów wciąż kusi, to na jej zapleczu jest ciepło i stabilnie. Wcześniej byliśmy tam, bo musieliśmy. Teraz jesteśmy tam, bo po prostu chcemy.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 37/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Puste krzesło